CZYLI O DOBRYCH KSIĄŻKACH DLA DZIECI NIE TYLKO DLA DZIECI
Blog > Komentarze do wpisu
BFG czyli BFO czy Wielkomilud ?

Była noc i wszystkie dzieci w sierocińcu już spały. Tylko jedna mała dziewczynka nie mogła zasnąć – przeszkadzał jej w tym promień księżycowego światła wpadający przez szparę w zasłonach. Chciała je zasunąć, więc wstała i wyjrzała przez okno na uśpioną ulicę. Nagle usłyszała kroki. Nie mógł być to człowiek – wykluczone. Stwór ten był cztery razy wyższy od najwyższego człowieka, tek wysoki, że głową sięgał ponad okna pierwszego piętra. Kiedy zorientował się, że dziewczynka go zobaczyła, wsunął rękę przez okno, zabrał ją zawiniętą w kołdrę i oddalił się wielkimi krokami...

Tym stworem był BFG, a tego, dokąd ją zabrał i co było dalej, można dowiedzieć się z książki. Tylko której ?

  

Patrząc na te dwie okładki trudno się od razu domyślić, że jest to ta sama książka. Kolejna, którą mogę zaliczyć do kontrowersyjnych – tym razem z powodu tego, co robili z nią polscy wydawcy.

Po raz pierwszy ukazała się w Polsce jako „Wielkomilud”. Tytuł miły, tylko dlaczego tak odmienny od oryginalnego ? We wszystkich przekładach na inne języki, które udało mi się znaleźć brzmiał on nadal „BFG”.

Wielkomiluda” zilustrował Franciszek Maśluszczak – twórca niewątpliwie wybitny. Dlaczego jednak nie skorzystano z kanonicznych ilustracji Quentina Blake'a ? Blake był przyjacielem Dahla, pracowali razem przez 15 lat, aż do śmierci pisarza. Te ilustracje zostały przez autora zaakceptowane - takiego BFG sobie wymyślił.

Bardzo cenię twórczość Franciszka Maśluszczaka, ale moim zdaniem jego wizje nie pasują do treści książki. Nie są też odpowiednie dla dzieci. Moją Zosię skutecznie zniechęciły do tej lektury. Sposób w jakim deformują rzeczywistość – o ile w pewnym stopniu uzasadniony jest tam, gdzie rzecz dzieje się w ponurej krainie olbrzymów - już w części londyńskiej, która dzieje się Pałacu Buckingham, nie ma sensu. U Blake'a Królowa wygląda tak, jak wyglądać powinna – czyli jak prawdziwa angielska dama, jak królowa Elżbieta.

BFG to przecież Big Friendly Giant. O Wielkomiludzie Maśluszczaka można wiele rzeczy powiedzieć, ale na pewno nie wygląda przyjacielsko. Co innego BFG Blake'a – to jest naprawdę sympatyczny potwór ! W pierwszym odruchu chciałam napisać, że ma miłe oczy, ale przyjrzałam mu się jeszcze raz i zauważyłam, że przecież jego oczy to kropeczki. A jednak te kropeczki patrzą ciepło i serdecznie. Wielkomilud ma oczy smutne. Smutne to w ogóle jedyne określenie, jakie nasuwa mi się na widok tych ilustracji. Dlaczego takie, skoro BFG jest stworem opiekuńczym i wielkodusznym, a książka o nim – pełna ciepła i śmieszna ? Zastanawiam się - po co robić jeszcze raz tylko gorzej coś, co ktoś już zrobił lepiej ?

Po raz drugi po „BFG” sięgnęło poznańskie wydawnictwo „Zysk i S-ka” wydając całą serię książek Roalda Dahla. Na pierwszy rzut oka to wydanie robi dużo lepsze wrażenie – dzięki tytułowi, który już się bardziej kojarzy z oryginałem, i ilustracjom Blake'a. Niestety potem jest już tylko gorzej :-(((

Ta książka to ogromne wyzwanie dla tłumacza, bo BFG mówi w sposób bardzo specyficzny (inne olbrzymy też). Przekręca słowa, kaleczy składnię, tworzy rozmaite neologizmy. Jerzy Łoziński, tłumacząc „BFO”, miał podwójnie trudne zadanie, bo dodatkowo musiał jeszcze zrobić to inaczej niż Michał Kłobukowski w „Wielkomiludzie”. Wszędzie, gdzie tylko mógł, stosował synonimy słów użytych przez poprzednika. Efekty tego są różne. Czasem powstały wersje równorzędne jak w przypadku warzyny i jarzywa. W niektórych przypadkach zdania są podzielone – mi np. bardziej podobają się durnialuki, ale baniałupy też mają swoich zwolenników. Czasami jednak nie dało się znaleźć nic dorównującego pomysłowi poprzednika. Przykład jeden z wielu - napój gazowany, który piją olbrzymy to w „Wielkomiludzie” bąbliżada (z brąbelkami). U BFO piją one podniachę (z bzy bzy) i to już nie jest to. W „BFO” brakuje mi tej nuty poezji, którą miał „Wielkomilud”. Nie znalazłam też tam takich perełek językowych jak: ksztyliony (dużo to czy mało ?), każdziuteńkie każdziuteniectwo (a nie najszczególniejszy drobnik), tędy i szwędy czy co diabli, to ponagli, które niepostrzeżenie weszły do mojego języka.

Kiedy wiele lat temu pojawiła się nowa wersja Kubusia Puchatka czyli Fredzia Phi Phi, praca tłumaczki została przez kogoś skwitowana jako kawał roboty ze słownikiem w ręku odwalony zupełnie niepotrzebnie. Tu jest podobnie. Zastanawiam się - po co robić jeszcze raz tylko gorzej coś, co ktoś już zrobił lepiej ?

A więc - BFG czyli Wielkomilud czy BFO ?

Pytanie to, w tytule postawione tak śmiało, choćby z największym bólem rozwiązać by należało ;-) Jeśli nie mam szans na edycję marzeń – z tytułem Roalda Dahla, tekstem w przekładzie Michała Kłobukowskiego i ilustracjami Quentina Blake'a, to z bólem serca wybiorę „Wielkomiluda”. W książce jednak najważniejszy jest tekst – przecież służy ona do czytania.


Roald Dahl „Wielkomilud”, przekł.: Michał Kłobukowski, ilustr.: Franciszek Maśluszczak, wyd.: GIG, Warszawa 1991

Roald Dahl „BFO”, przekł.: Jerzy Łoziński, ilustr.: Quentin Blake, wyd.: Zysk i S-ka, Poznań 2003

wtorek, 03 lipca 2007, agnieszka_azj

Polecane wpisy

Komentarze
2007/07/03 22:12:03
i znowu Łozinski nawalił :-( Kto go wyjnamuje - cóżon miał z polskiego w szkole ? Przeciez "Władce pierscieni" tez zepsul. mOżedobrze że Harego tumaczy Polkowski ?
-
2007/07/17 13:49:01
no to ja zaczęłam od końca: najpierw dorwałam w bibliotece "BFO", bo nigdzie nie mogłam dorwać "Wielkomiluda". ( tak na marginesie pytanie: gdzie można go dorwać?). I podoba mi się! Po prostu podoba :)
Za to dziecięciu nie bardzo - twierdzi, że jest NUDNY - dziwne jakieś....
-
Gość: , 212.160.172.*
2007/10/15 19:08:26
czytałam niedawno BFO, super. niby taki prosty jakby bajka dla dzieci, ale właśnie takie książki lubie. (-:
nimcia
-
Gość: , *.chello.pl
2007/10/19 23:13:13
Kilkanaście lat temu czytałam 'Wielkomiluda' i na swój przewrotny, dahlowski sposób zauroczył mnie. Broniąc tytułu - "BFG" wymawiane po polsku czy "BFO" Łozińskiego zupełnie nie brzmią jak tytuły baśni a raczej jak nazwy partii politycznych czy organizacji. Ilustracje Maśluszczaka odstraszają, niestety. Wybór utrudniony (patrz: Maśluszczak), a jednak bez wachania zostaję przy 'Wielkomiludzie' Kłobukowskiego. Przy czytaniu przekładu Łozińskiego pamiętam swój 'płacz i zgrzytanie zębów' - wiele fragmentów po prostu nie jest po polsku! Zmyślone przez tłumacza wyrazy i zwroty (nie mylić z fragmentami, które wymagają inwencji twórczej od tłumacza!), wykrzywione związki frazeologiczne, zdania bez sensu- długo by wymieniać. Odmawiam czytania tego przekładu!
Magda
-
Gość: , *.chello.pl
2007/10/19 23:16:08
Bez wahania (patrz komentarz powyżej)-jednak nie warto się tak mądrzyć(he he)
-
2008/08/18 21:40:28
Dla mnie niezaprzeczalnie Wielkomilud. Mam tę książeczkę w dwóch egzemplarzach (a była w trzech, ale jeden gdzieś zaginął), nie wyobrażam sobie bez niej wyjść z chandry, pożyczam na prawo i lewo, i zarażam uwielbieniem dla niej, dla tłumaczenia Kłobukowskiego, dla ilustracji Maśluszczaka. Może dlatego, że dla mnie to była pierwsza książka Dahla, nie słyszałam nigdy wcześniej o samym pisarzu, nie znałam ilustracji Blake'a. A może dlatego, że książkę dostałam od koleżanki na osiemnaste urodziny? :-) Nie byłam już dzieckiem i Wielkomilud Maśluszczaka mnie nie przeraził, pokochałam go od razu! Do tego stopnia, że wolę go zdecydowanie od BFG Blake'a. Jestem wielką fanką tej historii- kupiłam sobie dvd, mam słuchowisko po angielsku, ale polski Wielkomilud to dla mnie genialna pozycja. Czytałam po Wielkomiludzie jeszcze Dahla dla dzieci po francusku i choć zazwyczaj bardziej doceniam stronę językową książek czytając nie w moim ojczystym języku (jakoś lepiej do mnie dociera siła słów... ot, takie "zboczenie"...) to w tym przypadku padam na kolana przed Kłobukowskim. Jak już będę znała angielski na tyle, żeby przebrnąć przez oryginalnego BFG, dam znać, jak wypadło porównanie:-)
-
Gość: Kaja, 94.75.122.*
2011/08/16 23:53:59
Wielkomiluda poznałam już jako starsze dziecko (na pewno miałam 10 lat, a może więcej) i to właśnie ilustracje Maśluszczaka sprawiły, że do dziś z nim właśnie kojarzy mi się Roald Dahl. Wiem, ze to pewnie niekanoniczne, ale oryginalne ilustracje mi się nie podobają i wg mnie zupełnie nie pasują do książki. Wszystkie inne książki Dahla, które czytałam, w wyobraźni ozdabiam Maśluszczakowskimi obrazkami :)
-
Gość: anonim, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2013/03/17 23:07:08
Ilustracje Maśluszczaka podobały mi się niesamowicie jako dziecku. Dzieci mają o wiele większą tolerancję na groteskę niż nam się wydaję - przecież jedna z najpopularniejszych w europie bajek dziecięcych posługuje się sceną wabienia dzieci do pieca przez starą kobietę. Maśluszczak trafia swoimi ilustracjami w dziesiątkę, bo nie jest przesłodzony jak Disney, ale też jego dziwactwo nie budzi wśród dzieci lęku, a sympatię. Jeżeli dziecko potrafi samo czytać, to jest odpowiednie duże na Maśluszczaka.
-
Gość: styskaqw, *.static.espol.com.pl
2014/05/17 00:04:28
Ja siegnęłam po "BFO" przypadkowo. Mialam moze ok 12 lat, szukałam czegos dla siebie w księgarni i natknęłam się na książkę o tajemniczym tytule i niesamowitych, niebanalnych, prostych, ale nie infantylnych ilustracjach Quentina Blake'a. Nie wiedziałam o istnieniu "Wielkomiluda", ale znając siebie wiem, że nie kupiłabym tej książki. Po pierwsze - ponura okładka, po drugie szukałam raczej tytułów odpowiednich dla nastoletnich dziewczynek, zabawnych i barwnych, a nie czegoś co na pierwszy rzut oka kojarzy się z jakąś opowiastką fantasy. W każdym razie, kupiłam BFO i zakochałam się od pierwszego wejrzenia. Teksty wydawały mi się cool, i nadal wydają, bo czytałam tę książkę również mojej młodszej siostrze. Dzisiaj, jako studentka scenografii w ramach swojej pracy dyplomowej robię projekt scenografii do adaptacji właśnie z "Wielkomiluda" i jestem szczerze zawiedziona tym, że mam do czynienia z łobgórcami zamiast szczegórków. Jako osoba zwracająca szczególną uwagę na aspekty wizualne, uważam, że nie powinno się pozbawiać tekstów Dahla (zdążyłam przeczytać jeszcze kilka innych) ilustracji Blake'a. A już, broń Boże, zastępować ich innymi. Te dwie rzeczy niesamowicie ze sobą współgrają, tak jakby tworzyli je ludzie z identycznym poczuciem humoru. Jestem za BFO!
-
Gość: X, *.dynamic.chello.pl
2017/01/24 14:00:15
Swoją przygodę z Dahlem zaczęłam od wydania właśnie w tłumaczeniu Łozińskiego i bardzo mi się podobało. Teraz, w ramach przygotowywania zajęć dla uczniów klasy I, sięgnęłam także po fragmenty w tłumaczeniu Kłobukowskiego - i nadal jestem za Łozińskim :) Może to kwestia sentymentu, ale język Kłobukowskiego wydaje mi się "łopatologiczny", a Łoziński wyczynia z nim cuda. A przytoczony fragment - o Sophie tudzież Zosi wyglądającej przez okno na ulicę zalaną blaskiem księżyca - u Łozińskiego ma w sobie tyle poezji i magii... Dodam, że dzieciom też się spodobało - słuchały z otwartymi buziami :) Cóż, de gustibus non est disputandum ;)
-
2017/01/24 14:53:09
Jak miło, że ten wpis sprzed 10 lat nadal bywa czytany i komentowany :-)
Co do wersji - mam wrażenie, że bardziej podoba nam się ta, którą czytaliśmy jako pierwszą. Znam jednak (nieliczne) osoby, które po Łozińskim sięgnęły po Kłobukowskiego i spodobał im się bardziej, ale o sytuacji "w drugą stronę" nie słyszałam.
BTW - pojawiło się kolejne wydanie. Tym razem z okładką filmową i tytułem "BFG", w nowym przekładzie - niestety, nie miałam okazji, żeby porównać.
Mały Pokój z Książkami

Wypromuj również swoją stronę