CZYLI O DOBRYCH KSIĄŻKACH DLA DZIECI NIE TYLKO DLA DZIECI
Blog > Komentarze do wpisu
"Świat Astrid Lindgren" w Vimmerby

O tym, że w Vimmerby – miasteczku, w którym urodziła się i wychowała Astrid Lindgren, istnieje poświęcony jej twórczości park tematyczny czyli  ”Świat Astrid Lindgren” dowiedziałam się w uroczej książki   ”Przygody Astrid – zanim została Astrid Lindgren”. Odkąd ją mamy, Vimmerby znalazło się na liście żelaznych punktów naszej Tour de Bałtyk.

              

Vimmerby powitało nas deszczem i słońcem. Potem na niebie ukazała się tęcza i było ją widać bardzo długo. Możecie się ze mnie śmiać, ale miałam wrażenie, że to sama Astrid Lindgren wita nas w ten sposób w mieście swojego dzieciństwa.

   

 „Astrid Lindgren Varld” nie przypomina Disneylandu. Zdecydowanie nie przypomina tez typowego wesołego miasteczka. Nie ma tam: po pierwsze - głośniej muzyki, po drugie – plastiku (szczególnie różowego), po trzecie - wyciągania z rodziców pieniędzy na każdym kroku. To miejsce jest po skandynawsku naturalne, a zabawy, które proponuje dzieciom – uroczo staroświeckie, np. chodzenie na szczudłach czy zabawa w „nie dotknąć ziemi”. Można też zrobić sobie zdjęcie jak na dawnym jarmarku.

      

Ceny biletów... no cóż... małe nie są (nawet jeśli się skorzysta z biletu rodzinnego), ale co jest w Szwecji tanie ? Pocieszające jest tylko to, że płaci się jedynie za wstęp, a w środku wszystkie atrakcje są już za darmo. Z wyjątkiem jedzenia i licznych sklepów z pamiątkami, ale trzeba im w tym miejscu oddać sprawiedliwość - oferują wyłącznie rzeczy związane z twórczością Astrid Lindgren. Jest też księgarnia z jej książkami, w której niestety (a może stety ? ;-) nie ma książek w języku polskim. Tylko od naszej siły woli zależy to, ile pieniędzy tam wydamy.

Zwiedzanie zaczęliśmy oczywiście od  ulicy Awanturników, gdzie na  naszą rodzinną Lottę oraz jej Niśka czekał nie tylko żółty dom Nymanów, ale także czerwony domek cioci Berg. Wyglądał tak, jakby gospodyni poszła właśnie do kuchni smażyć wafle dla gości, a na kanapie leżała jej robótka.

Następnie odbyłyśmy podróż  na Saltkrakan. W tym celu najpierw zmuszone byłyśmy odczekać w kolejce, która mojemu sceptycznemu Mężowi skojarzyła się z kolejką po papier toaletowy w zamierzchłych czasach PRL. No cóż - on w przeciwieństwie do nas nie należy do fanatyków twórczości Astrid ;-) Warto jednak było odstać swoje, bo potem miałysmy dużą frajdę w rozpoznawaniu scen z książki zainscenizowanych na trasie przejażdżki wagonikiem. Zresztą czekanie nie było wcale nudne, bo w trakcie można było oglądać fragmenty filmów o Saltkrakan.

Co było dalej ?  Zamek Mattisa, który Julka nazwała podróbą, bo Diabelska Czeluść nie była jej zdaniem należycie głęboka. No, ja się nie dziwię, że nie była !!! Wyobraźcie sobie co by było, gdyby wszystkie te dzieci kłębiące się po nim, zaczęły uważać, żeby do niej nie wpaść ;-)

      

                     

Następnie - Willa Śmiesznotka, gdzie obejrzeliśmy przedstawienie o Pippi i złodziejach i wcale nam nie przeszkadzało, że było po szwedzku.

          

Tam również zadziwiło nas drzewo, na którym wisiała masa smoczków, ale pozostało ono tajemnicą do rozwikłania następnym razem.

          

Potem była Dolina Wiśni z Zagrodą Jeźdźców i Dolina Kwitnących Róż z chatką Mateusza. Było nawet tajne przejście pod murem otaczającym dolinę, do którego wchodzi się przez kredens !

Oraz  Zagroda Katthult ze stolarnią. W sklepiku obok można było kupić ukochaną czapkę Emila i drewnianą strzelbę, a że dzieci były tam w większości jasnowłose, więc dookoła biegały tabuny Emilów. O – na przykład taki

           

I Domek Karlssona na dachu, do którego wchodziło się przez wielkomiejskie kamienice, a w dół zjeżdżało jedną z kilku zjeżdżalni.

           

Było jeszcze... wiele ciekawych rzeczy, ale nie będę odbierać przyjemności tym, którzy się tam wybiorą ;-)))

 „Astrid Lindgren Varld” jest adresowany przede wszystkim do dzieci szwedzkich – w tym języku odbywają się przedstawienia teatralne. Wystarczy jednak dobrze znać Jej książki – wtedy braki językowe nie będą przeszkodą w dobrej zabawie. Jednego tylko nie możemy odżałować – tego, że filmy o Saltkrakan były tylko w czterech językach: po szwedzku, duńsku, norwesku i fińsku. Moje  skandynawskie skrzywienie nie sięga jednak aż tak daleko, żebym zaczęła się ich uczyć. A może jednak... ???

czwartek, 11 września 2008, agnieszka_azj
Komentarze
2008/09/13 18:22:09
Witam! Blog jest swietny, fotorelacja też :) Czy mogła by Pani z rodziną zrecenzować "Zmierzch" i jego kontynuacje Stephanie Mayer? Pozdrawiam.
-
2008/09/15 14:02:00
Rewelacyjne miejsce! :) Serdecznie pozdrawiam z Wrocławia i czekam na kolejne recenzje książek!
-
2008/09/16 16:51:34
drzewo ze smoczkami to drzewo oddawania smoczkow :o)

-
2008/09/22 17:53:59
Wamika napisała:
drzewo ze smoczkami to drzewo oddawania smoczkow :o)

Tak własnie sobie wydedukowałyśmy, ale dlaczego własnie u Pippi ? Kto to wymyślił i kiedy ? Jaką ideologię temu przypisano ?
-
2008/09/24 13:27:47
cześć Agnieszko :)
Vimmerby zaliczyliśmy przypadkowo, w naszej przypadkowej podróży nadbałtyckiej dwa lata temu :) - ot, tak - wypatrzyłam na mapie, to zajechaliśmy - ależ był zabawy!!!!
przywieźliśmy stamtąd grę planszową - po szwedzku, a jakże - do tej pory nie ma chętnego do tłumaczenia......a szkoda.....

Czekam na Twoją recenzję "Atramentowej śmierci".....a przy okazji; czy wiesz może coś o losach filmu? Może trzeba jakąś petycję pisać, żeby nam to do kin (czy chociaż na dvd) na polski przetłumaczyli?
Mały Pokój z Książkami

Wypromuj również swoją stronę