CZYLI O DOBRYCH KSIĄŻKACH DLA DZIECI NIE TYLKO DLA DZIECI
Kategorie: Wszystkie | A. Błotnicka | A. Chachulska | A. Frączek | A. Hearst | A. Jaromir | A. Kamiński | A. Mcghee | A. Michaelis | A. Niemierko - Pająk | A. Piwkowska | A. Vestly | A. Znamierowski | A.Bradley | A.D.Mizielińscy | A.Holmberg | A.Lindgren | A.M. Grabowski | A.Onichimowska | A.Provoost | A.Tyszka | albumy | atlasy | B. Cole | B. Gawryluk | B. Kaniewska-Pakuła | B. Leśmian | B. Lindgren | B. Massini | B. Moyeyaert | B. Ostrowicka | B. Rice | B. Wildsmith | B. Wróblewska | C. Compton | C. Frabetti | C. Kruusval | C. Wolff-Brandt | C.Funke | C.Rayner | C.Rees | Ch. Bjork | Ch. Dickens | Cz. Janczarski | D. Cali | D. Combrzyńska - Nogala | D. Geisler | D. Gellner | D. Walliams | D. Wawiłow | D.Terakowska | Dr. Seuss | E. Ainsworth | E. Beskow | E. Kozyra - Pawlak (aut.) | E. Piotrowska | E. Susso | E.Carle | E.H.Gombrich | E.Nowak | F. Nilsson | F.H. Burnett | G. Mancomble | G. Ruszewska | G. Whelan | G.Carson Levine | G.Kasdepke | Gro Dahle | H. Ch. Andersen | H. Tullet | Heekyong Kim | I. Angerborn | I. Chmielewska | I. Degórska | I. Desjardins | J. Birdsall | J. Chmielewska | J. Frey | J. Mikołajewski | J. Olech (autorka) | J. Picoult | J. Rudniańska | J. Schlansky | J. T. Wieslander | J. Tuwim | J. Wilkoń -autor | J. Wilson | J.P. Lewis | J.Papuzińska | K. DiCamillo | K. Levine | K. Lipka-Sztabałło (autor) | K. Pranić | K.Majgier | K.Siesicka | L. Anderson | L. Anholt | L. Bardijewska | L. Brooke | L. Fabisińska | L. Lowry | L. Olivier | L. Stafford | M. Amelin | M. Brykczyński | M. Ekier | M. Galica | M. Happach | M. Kita | M. Kowaleczko - Szumowska | M. Matlin | M. Miklaszewska | M. Niklewiczowa | M. Oklejak (autorka) | M. Oworuszko | M. Parr | M. Rusinek | M. Sasek | M. Skibińska | M. Szczygielski | M. Waltari | M. Widmark | M.Gutowska-Adamczyk | M.K.Piekarska | M.Strzałkowska | M.Wollny | Marcel A. Marcel | N. Streatfield | P. Beręsewicz | P. Lindenbaum | P. Maar | P. Pawlak - autor | piosenki | R. Kipling | R. Kosik | R. Lagercrantz | R. McCormick | R. Mueller | R. Piątkowska | R. Riordan | R.Dahl | R.Jędrzejewska-Wróbel | S. Crossan | S. McBratney | S. Nyhus | S. Scherrer | serie | Shaun Tan | składanki | Suzy Lee | T. Jansson | T. Trojanowski | tradycyjne | U. Stark | V. Howie | varia | W. Holzwarth | W.Widłak | Z. Orlińska | Ł. Wierzbicki
RSS
poniedziałek, 25 lipca 2016
Szopięta

 

   

 

Była sobie raz rodzina szopów praczy. Pani Szop, Pan Szop i ich dzieci.

SZOPIĘTA PRACZĘTA.

Na wirtualnych półkach mojego Małego pokoju z książkami są już książki o psach, kotach i misiach. Są także o koniach, o łosiach, o fokach, a nawet o świstaku – ale szopów jeszcze tutaj nie było :-)

Pan i Pani Szop bez przerwy prali i sprzątali. Oczywiście bardzo dbali także o to, żeby ich dzieci były czyste i miały pełne brzuchy.

Ale ich dzieci bez przerwy marudziły:

- Pobawcie się z nami !

- Nie możemy ! Nie mamy czasu – odpowiadali zwykle rodzice. - Umyjcie natychmiast łapy i nosy, bo są czarne jak smoła.

Początkowo widziałam w tej książce tylko pretekst do zabawy materiałami, ich kolorami, wzorami i fakturami. Do pewnego stopnia tak jest - sznur z praniem daje do takiej zabawy możliwości nieograniczone, a Ewa Kozyra – Pawlak umie z nich fantastycznie* korzystać ;-)

Potem zobaczyłam tam jednak historię o tym, co w życiu rodzinnym jest najważniejsze. I nie jest to zdecydowanie ani idealny porządek, ani kryształowo czyste prania. Państwo Szopowie tez do tego doszli, ale do sprawy musiała się wtrącić pewna (pozornie ;-) groźna Lisica...

Szopięta” to bajecznie kolorowy hymn na cześć bycia RAZEM – bo tylko wtedy WSZYSTKO NAPRAWDĘ JEST W PORZĄDKU :-)

 

Ewa Kozyra – Pawlak (tekst i ilustr.) „Szopięta”, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2016

 

 

* w sprawie zachwytów nad ilustracjami Ewy Kozyry – Pawlak zapraszam tu, i tu, i tu, bo wyczerpałam już wszystkie dostępne mi środki wyrazu. Po prostu – słów mi brak :-)

I jeszcze - filmik do koniecznego zobaczenia !!!

 

 

wtorek, 12 lipca 2016
Orzeł Biały - znak państwa i narodu

 

Polskim godłem jest wizerunek orła z koroną na głowie.

Herbem Rzeczypospolitej Polskiej jest godło, czyli wizerunek tego orła umieszczony w czerwonym polu tarczy herbowej.

Zarówno nasze godło, jak i herb noszą nazwę Orzeł Biały.

   

 

Jest w Muzeum Powstania Warszawskiego taki fragment ekspozycji – na pierwszy rzut oka niepozorny, ale zawierający to, co najcenniejsze. W szybie windy na trzech kondygnacjach wyeksponowane są opaski powstańcze, ofiarowane Muzeum przez powstańców i ich rodziny. Zawsze zatrzymuję się tam z grupami, które oprowadzam, bo te niewielkie, wypłowiałe kawałki materiału miały (i mają) ogromne znaczenie – to one były jedynym umundurowaniem powstańców, one świadczyły o tym, że byli żołnierzami Wojska Polskiego.

Trudno wyjaśnić współczesnym nastolatkom, jak odbierali to ówcześni warszawiacy, którym przez ostatnie pięć lat za posiadanie flagi polskiej groziły kary. Dla nich polskie flagi wiszące na budynkach są przecież czymś normalnym.

Jak im wytłumaczyć, jakie znaczenie miała akcja Szarych Szeregów, kiedy Rudemu udało się powiesić na dachu Zachęty flagę biało-czerwoną, zamiast tej hitlerowskiej, która tam od początku okupacji powiewała ? Nawet jeżeli tylko niewielu mieszkańców Warszawy zdołało ją zobaczyć, to wiadomość o tym stugębną plotką szybko rozeszła się nie tylko wśród mieszkańców miasta. Po co jednak narażać życie dla czegoś, co ma znaczenie wyłącznie symboliczne ?

Jak mają to zrozumieć dzieci, które codziennie widzą na ścianie w klasie Orła Białego i jest to dla nich normalny element wystroju - tak normalny, że go wręcz nie zauważają ?

Może ta książka trochę w tym pomoże ?

Orzeł Biały” heraldyka i weksylologa Alfreda Znamierowskiego to niezwykle starannie wydane kompendium wiedzy o naszym godle i barwach narodowych – począwszy od tego, dlaczego przed wiekami orzeł został uznany za symbol zwycięstwa dobra nad złem, a na słowniczku niezbędnych pojęć, pozwalającym nie pomylić flagi z banderą czy chorągwią, skończywszy.

Kiedy orzeł pojawił się na pieczęciach polskich władców ? Jak się zmieniał ? Co symbolizuje jego korona ? Od kiedy za polskie barwy narodowe uznajemy biel i czerwień ?

To książka nie tylko dla dzieci. Myślę, że wielu dorosłych z przyjemnością uzupełni swoją wiedzę – nie tylko tę historyczną, ale także praktyczną, bo znajdziemy tam np. informacje o tym, w jakiej kolejności wieszamy flagi wtedy, gdy jest ich więcej.

 

Orzeł Biały - znak państwa i narodu” stanowi w pewnym sensie komplet z wydaną w zeszłym roku książką Małgorzaty Strzałkowskiej, zawierającą równie wyczerpującą wiedzę o naszym hymnie narodowym.

   

 

 

 Alfred Znamierowski „Orzeł Biały - znak państwa i narodu”, wyd.: Bajka, Warszawa 2016

Małgorzata Strzałkowska „Mazurek Dąbrowskiego. Nasz hymn narodowy”, ilustr.: Adam Pękalski, wyd.:Bajka, Warszawa 2015

 

 

wtorek, 05 lipca 2016
Amelia i Kuba. Stuoki potwór

 

   aik stuoki potwór

 

Między liśćmi coś się poruszyło. Pomarszczona skóra na wielkim odwłoku zaszeleściła o gałęzie, gdy tajemniczy stwór podkradał się bliżej bramy Zamku. Dobrze się maskował, zdawał się wręcz zmieniać kolor, by dostosować się do otoczenia. Gdyby ktoś przechodził obok, nie zauważyłby niczego podejrzanego.

Stwór zamarł na kilka chwil, gdy ulicą przejeżdżał samochód. Potem podpełzł jeszcze kawałek i przysiadł. Zza gałęzi głogu wystawały trzy chude odnóża. Wiele czarnych oczu na jego ciele poruszało się niezależnie od siebie, lustrując okolicę. Większość z nich wpatrywała się w bramę, jakby stwór kombinował, jak się przez nią przedostać...

Stuoki potwór” to czwarty tom, ale trzecia część cyklu „Amelia i Kuba” ( a może czwarta część, ale trzecia historia ?), bo pierwsza ukazała się jako dwuksiążka.

W kolejnych Rafał Kosik zrezygnował już z pisania tej samej opowieści w wersjach opowiadanych z punktu widzenia różnych bohaterów. Jedna historia to jedna książka, ale w nie mamy w nich jednego, dominującego bohatera. Czasem widzimy wydarzenia w perspektywy Amelii, czasem Kuby, kiedy indziej – Alberta, Mi, a czasem jeszcze – ich rodziców lub innych mieszkańców Oak Residence (zwanej powszechnie Zamkiem).

Po „Godzinie duchów”, której podstawową zaletą była podwójność, pojedyncza „Nowa szkoła” jakoś mnie nie zachwyciła, wydała się napisana trochę na siłę. „Stuoki potwór” czyta się zdecydowanie lepiej :-)

Amelia jest zła na cały świat i ogniskuje swoją złość na Klementynie, wrzucając na forum szkoły jej złośliwe zdjęcie. Potem złość jej przechodzi i usuwa je, ale okazuje się, że rzecz wrzucona do internetu żyje już własnym życiem...

Mieszkańcy zamkniętej przed obcymi Oak Residence nadal nie czują się wystarczająco bezpieczni, więc decydują zwiększeniu ilości kamer, a do obrazu z nich mają mieć dostęp wszyscy mieszkańcy. Czy monitoring obywatelski to większe bezpieczeństwo, czy raczej totalna inwigilacja ?

Stuoki potwór” to książka, która pokazuje, do czego może doprowadzić bezmyślne używanie najnowszych zdobyczy techniki (do których dostęp mają teraz także dzieci), czym grozi pochopne wrzucenie czegoś do sieci, albo nieostrożne udostępnienie światu swojej prywatności.

A tytułowy potwór ? Stuoki ? Istniał naprawdę czy był tylko wytworem wyobraźni ? Tego już musicie dowiedzieć się sami ;-)

 

 

Rafał Kosik „Amelia i Kuba. Stuoki potwór”, ilustr.: Jakub Grochola, wyd.: Powergraph, Warszawa 2016

 

środa, 29 czerwca 2016
Teatr niewidzialnych dzieci

 

 

 

Konkurs Literacki im. Astrid Lindgren organizowany przez fundację „ABCXXI – Cała Polska czyta dzieciom” jest jedyny w swoim rodzaju. Odbywa się co trzy lata i mogą w nim brać udział wyłącznie książki wcześniej niepublikowane, a jurorzy oceniając nie wiedzą, kto jest ich autorem. Na podobnych zasadach odbywa się też konkurs literacki „Biedronki”, ale w nim można wystartować tylko raz, bo warunkiem jest to, aby autor był debiutantem.

Konkurs Astrid Lindgren jest otwarty dla wszystkich, niezależnie od dorobku, a moment otwarcia kopert z nazwiskami nagrodzonych autorów jest zawsze ekscytujący. Już trzy razy z rzędu okazywało się, że autorem książki nagrodzonej Grand Prix konkursu jest... Marcin Szczygielski. Najbardziej zaskoczeni tym faktem w tym roku byli podobno sami jurorzy ;-)

Kiedy w 2010 roku Jury drugiego konkursu nagradzało „Czarny młyn” - powieść grozy rozgrywającą się w ponurych, postapokaliptycznych niemal realiach zapomnianej przez Boga i ludzi wsi położonej gdzieś w pobliżu drogi szybkiego ruchu – Szczygielski był już uznanym autorem książek zdecydowanie dla dorosłych. Miał też w swoim dorobku pierwszą książkę dla młodzieży - „Omegę” - fascynującą powieść inicjacyjną w konwencji gry komputerowej, która zdobyła tytuł „Książka Roku IBBY 2010”

Trzy lata później, po ukazaniu się kolejnej jego powieści fantastyczno – przygodowej „Za niebieskimi drzwiami”, Grand Prix trzeciego konkursu zdobyła „Arka czasu”. Ku zaskoczeniu wszystkich okazało się, że autorem tej niezwykłej, wymykającej się gatunkom historii małego uciekiniera z warszawskiego getta jest znowu Marcin Szczygielski.

W tegorocznym, czwartym konkursie wygrała książka o peerelowskim domu dziecka w stanie wojennym, realistyczna do bólu, bez grama magii. Jury gratulowało sobie, że udało się w końcu nagrodzić kogoś innego, bo to przecież niemożliwe, żeby taką książkę napisał Marcin Szczygielski. A tu niespodzianka ;-)

Już nie mogę się doczekać kolejnej edycji tego konkursu w 2019 roku ;-)

 

Mam na imię Michał, a na nazwisko Szymczyk. Urodziłem się 10 lutego 1971 r. w Katowicach. Moja mama miała na imię Zuzanna, a mój tata Michał – tak samo jak ja. Ale nigdy ich nie poznałem, bo oboje zginęli w wypadku autobusu,kiedy jechali do Bytomia, żeby obejrzeć nowe mieszkanie, które dostali. To znaczy, które dostaliśmy, bo ja też miałem tam mieszkać.(...)

Mieszkam tutaj, w „Młodym lesie” w Siemianowicach Śląskich, już od prawie czterech lat. Wcześniej mieszkałem w Domu Małego Dziecka w Rybniku, a jeszcze wcześniej u babci, ale nic z tamtego okresu nie pamiętam. Moja babcia zachorowała i umarła, kiedy miałem trzy lata, bo była bardzo, ale to bardzo stara. Miała osiemdziesiąt osiem lat, urodziła się jeszcze w XIX wieku ! Okazało się, że nie ma się mną kto zaopiekować, więc trafiłem do Domu Małego Dziecka, gdzie było mi bardzo źle, ale dało się wytrzymać.

Teatr niewidzialnych dzieci” to pierwsza obyczajowa książka dla młodzieży z akcją rozgrywającą się w karnawale Solidarności i w stanie wojennym. Zanurza czytelnika w realiach Polski tamtych czasów, ale jest to rzeczywistość widziana oczyma dziecka żyjącego niejako obok tego wszystkiego. Michał jest uważnym obserwatorem, nie ma jednak przy sobie (tak jak dzieci żyjące w domach rodzinnych) dorosłego, który mógłby mu wytłumaczyć to, co się dookoła niego dzieje. Ta książka to także trudne historie jej bohaterów i zamknięty świat domu dziecka – najpierw tego w Siemianowicach, a potem kolejnego – specyficznego, kameralnego „Dębowego Lasu” pod Lublinem. Tam właśnie dzieci przygotowują przedstawienie, którego premiera zaplanowana została na niedzielę 13 grudnia...

 Każdy z nas jest tylko małym nieistotnym kamieniem, który można bezkarnie kopnąć. Jesteśmy niewidzialnymi dziećmi, nie mamy rodziców ani pieniędzy i nikomu na nas nie zależy. Ale małe kamyki, nawet tak małe jak ziarnko piasku, mają moc, gdy jest ich dużo i zamienią się w lawinę, a wtedy nic ich nie powstrzyma ! 

 

Marcin Szczygielski „Teatr niewidzialnych dzieci”, wyd.: Instytut Wydawniczy Latarnik, Warszawa 2016

 

P.S. Nie umiem wstawiać tutaj filmów, ale zdecydowanie warto obejrzeć trailer tej książki .

 

 

 

 

poniedziałek, 30 maja 2016
W nowej szkole

 

    

... czyli książka, do której początkowo podchodziłam jak pies do jeża ;-) Pewnie w ogóle nie odnotowałabym jej pojawienia się, gdyby nie fakt, że stoją za nią osoby, z którymi łączy mnie wieloletni udział w pewnym fantastycznym forum parentingowym. Tak już mam, że kiedy ktoś znajomy robi coś książkowego, nie mogę przejść obok tego obojętnie ;-)

W nowej szkole” jest pierwszą z serii tak zwanych książek personalizowanych. Nie mam przekonania do samej ich idei – głównie dlatego, że wszystkie, z którymi zdarzyło mi się dotychczas spotykać, łagodnie mówiąc nie zachwycały – ani tekstem, ani niestety (bo to rzucało się w oczy od razu) ilustracjami. Zupełnie nie rozumiałam, jaką korzyść ma dziecko wynieść z kontaktu z kiepską książką, której zaletą ma być to, bohater ma na imię tak samo jak ono ? Na rynku jest obecnie tyle książek, że raczej nie ma problemu ze znalezieniem wśród nich bohaterów o dowolnym imieniu.

Kiedy zapytałam pomysłodawczynię całości i założycielkę wydawnictwa kUFFerek Elizę Trzęślewicz o to, dlaczego zdecydowała się na rozpoczęcie takiej działalności, odpowiedziała: W ubiegłym roku moje dzieci dostały w prezencie bajki personalizowane. W pierwszej chwili pomysł bardzo mi się spodobał, jednak zachwyt szybko zmienił się w rozczarowanie. Te książki okazały się po prostu kiepskie - zarówno w warstwie tekstowej, jak i graficznej. Obejrzałam oferty kilku wydawnictw i w każdym przypadku można było się do czegoś przyczepić. Jedni wydawali pięknie oprawione koszmarki, inni zainwestowali czas i energię w tekst i ilustracje, za to oszczędzali na druku….

Pomyślałam, że dzieci zasługują na prawdziwą książkę: ciekawie i mądrze napisaną, pięknie zilustrowaną i porządnie wydaną. A ponieważ znam pewną mistrzynię w opowiadaniu bajek, zaproponowałam jej udział w tym projekcie. Alicja jest psychologiem dziecięcym i pomaga maluchom rozwiązywać ich problemy bajkami.

Dla mnie W nowej szkole” okazało się dużym zaskoczeniem, ponieważ... to po prostu jest dobra książka (mimo że personalizowana ;-). Rzekłabym nawet, że jest personalizowana podwójnie. Z jednej strony jej bohater ma na imię tak samo, jak czytelnik (a na stronie tytułowej może być także jego nazwisko), z drugiej – zamysłem całej serii jest adresowanie kolejnych książek do dzieci w konkretnych sytuacjach życiowych. Pierwsza z nich (na co jednoznacznie wskazuje tytuł) ma pomóc dziecku, które rozpoczyna naukę w szkole. Opowiada o strachu, który zawsze towarzyszy nowym i nieznanym rzeczom w życiu i o tym, jak sobie radzić nie tylko z nim, ale tez z innymi problemami w nowym miejscu i z nowymi znajomymi. Każda z sześciu zawartych w niej historii kończy się kilkoma pytaniami, które mogą pomóc dorosłym w rozmowie z dzieckiem o tym, co wspólnie przeczytali. Na końcu jest też miejsce, gdzie można dopisać lub narysować to, co w nowej szkole przydarzyło się czytelnikowi tej książki.

Ilustracje Dominiki Wysmułek – Wolszczak są sympatyczne, ciepłe i nieco stylistycznie zachowawcze. Raczej nie znalazłyby się w kręgu awangardy na niedawnej wystawie „Tu czy tam” w Zachęcie, ale mogą spodobać się większości dorosłych, a to oni właśnie wybierają książki dla swoich dzieci.

Reasumując - „W nowej szkole” to obiecujący początek, a ja trzymam kciuki za ciąg dalszy :-)



Alicja Niemierko – Pająk „W nowej szkole”, ilustr.: Dominika Wysmułek – Wolszczak, wyd.: Wydawnictwo kUFFerek, Warszawa 2016

 

wtorek, 03 maja 2016
KOT ty jesteś ?

 

    

   

Oto galeria przemiłych kotków,

Lecz każdy dziką bestią jest w środku,

W jednym lew ryczy, w drugim pantera,

W innym się tygrys odzywa nieraz.

KOT ty jesteś ?” to książka, która powstała w podobny sposób jak „Drzewka szczęścia”. Najpierw były koty, które Elżbieta Wasiuczyńska wyaplikowała na pościel „A ja mam kota !” firmy Lela Blanc. Pomysł książki pojawił się dopiero potem, i wtedy opisał je wierszem Marcin Brykczyński.

Jej pojawienie się ułatwia decyzję tym, którzy mogli mieć problem, czy wybrać pościel z kotami czy też z Liczypieskami Ewy Kozyry – Pawlak, skoro tylko jedne z nich miały swoją książkę. Teraz szanse są wyrównane ;-)

Niewinny wygląd każdego myli,

Lecz może zmienić się w jednej chwili,

Kły drapieżnika, ostre pazury

I już dobiera ci się do skóry.

Gwiezdny kot z futerkiem ozłoconym gwiezdnym pyłem, kot meloman, koci król, Elektrykot, anioł nie kot...

KOT ty jesteś ?” to galeria kocich portretów prawie jak „Koty” (czyli „Old Posssum's Book of Practical Cats”) T.S. Eliota, które stały się podstawą naszego ukochanego musicalu. Kto wie ? Może kiedyś doczekamy się spektaklu w oparciu o tę książkę, a scenografię z polaru zrobi Ellżbieta Waciuczyńska ? Ech, można pomarzyć... ;-)

A potem znowu łasi się miło,

Jakby się nigdy nic nie zdarzyło,

I zaraz wszystkich wdziękiem zachwyci:

Och jaki kotek, ach kici, kici...

Na okładce można przeczytać ostrzeżenie następującej treści: Uwaga ! Kto weźmie tę książkę do ręki, na pewno dostanie kota na punkcie kota ! Ja mam kota na punkcie mojego psa i to się po jej lekturze nie zmieniło, ale zdecydowanie pogłębił mi się ten kociak, którego mam a punkcie ilustracji Eli :-)

Szczególnie urzekła mnie ta – w majowym nastroju, którą pozwoliłam sobie pożyczyć z bloga autorki (a jeśli chcecie zobaczyć, jak powstawała – proszę tutaj )

kot w zbożu

   

 

Marcin Brykczyński (tekst), Elżbieta Wasiuczyńska (ilustr.) „KOT ty jesteś ?”, wyd.: Media Rodzina, Poznań 2016

 

 

czwartek, 21 kwietnia 2016
Myszka

 

   

 

 - Oj, nie płacz już ! Przecież wcale nie boli...

- Nie przesadzaj, nie ma się czego bać.

- To bardzo brzydko tak się złościć. Grzeczne dzieci tak się nie zachowują.

Dorośli często usiłują bagatelizować uczucia dzieci. Są przekonani, że lepiej od nich wiedzą, co dzieci czują, a w ogóle ich problemy tak naprawdę są równie małe jak one. Nasze dorosłe natomiast są prawdziwe czyli dużo poważniejsze, a emocje z nimi związane uzasadnione.

Kiedy myszka się złości,

patrzcie – złości się cała !

A złość myszki jest wielka,

chociaż myszka jest mała.

Dla malucha każdy ból czy niemożność dostania tego, na co ma ochotę, jest tragedią, a każda radość jest wielka. Niewielkie doświadczenie życiowe powoduje, że jeszcze nie nabrał do tego dystansu.

Kiedy myszka się cieszy,

cieszy się do sufitu !

A jej radość jest złota

lub w odcieniach błękitu.

Myszka” to książeczka przedstawiająca pełen wachlarz emocji, które mogą owładnąć każdym nawet najmniejszym stworzeniem. Pomaga swoim czytelnikom (równie małym jak jej bohaterka) zrozumieć je i daje przyzwolenie na ich odczuwanie.

Kiedy myszka się boi,

zmyka gubiąc kapciuszki.

Strach ma w brzuszku, w serduszku,

w uszkach strachu okruszki.

Wiersze Doroty Gellner towarzyszyły wczesnemu dzieciństwu wszystkich trzech moich córek, ale było to zanim jeszcze zaczęłam pisać ten blog. Potem przez dłuższy czas nie interesowałam się jej twórczością.

W zeszłym roku nakładem wydawnictwa „Bajka” ukazało się „Sanatorium”, które jakoś niespecjalnie przypadło mi do gustu. Nie rozumiem, do kogo właściwie jest adresowane – do dzieci czy do dorosłych. Ten problem mam niestety ostatnio coraz częściej :-(

   

Tym bardziej cieszy mnie „Myszka”, bo to jest Dorota Gellner jaką pamiętam. Niedawno, szukając na półkach białych kruków z lat dziewięćdziesiątych, znalazłam „Bajeczki” - zbiór historyjek napisanych prozą rytmiczną czy też rymowaną, wydany w 1997 roku przez nieodżałowane wydawnictwo Plac Słoneczny 4. Jest nawet dedykacja od Autorki, która była wtedy na spotkaniu w przedszkolu Ani.

   

Jednak pierwsze w naszym domu były małe kwadratowe, sztywnostronicowe książeczki z pojedynczymi wierszami. Szczególnie ciepło wspominam „Piłkę” - do dziś mogę ją wyrecytować z pamięci niemal w całości.

Po cichutku, po kryjomu wyskoczyła piłka z domu...

Teraz marzy mi się jej wznowienie. Ciekawa jestem, jak ten świat przez który skacze piłka wyglądałby, gdyby wyszedł spod ręki Dobrosławy Rurańskiej, która tak interesująco zilustrowała „Myszkę” ? Jakby jeszcze „Bajka” wydała to równie pięknie, z solidnymi sztywnymi kartkami... :-)

 

 

Dorota Gellner „Myszka”, ilustr.: Dobrosława Rurańska , wyd. Bajka, Warszawa 2016

 

niedziela, 17 kwietnia 2016
Mała Nina

 

"Mała Nina", książka dla dzieci autorstwa niemieckiej pisarki Sophie Scherrer, w jednym z rozdziałów zawiera gorszący opis profanacji Najświętszego Sakramentu. (...) Opisane wydarzenia stanowią rażące naruszenie uczuć religijnych dzieci i dorosłych, uderzając jednak najbardziej w niewinność i wrażliwość najmłodszych, wychowując ich do postaw przeciwnych wartościom wyznawanym przez ich rodziców. - z petycji stowarzyszenia „Ordo Iuris”


   


Gdyby nie ta petycja, żądająca wycofania „Małej Niny” z księgarń, a podpisana już przez niemal 70 tys. osób, pewnie nie sięgnęłabym po nią, bo nie sposób jest śledzić wszystkiego, co się w nurcie, który nazwałabym postmikołajkowym, ukazuje. Zastanawiam się, ilu sygnatariuszy petycji wykonało wysiłek zapoznania się z zawartością tej książki przed jej podpisaniem ?

Ja przeczytałam i zdecydowanie nie mogę zgodzić się ze sformułowaniem: gorszący opis profanacji, bo dla mnie kluczową kwestią są tu intencje, a te bohaterka miała zdecydowanie dobre. Skłamałabym jednak twierdząc, że nie mam z tą sceną żadnego problemu...

Nina jest dzieckiem rozwiedzionych rodziców, którzy w kwestiach religijnych pozostawiają ją samą sobie. Temat chrztu św pojawia się dopiero wtedy, kiedy dzieci z jej klasy mają przystąpić do Pierwszej Komunii Św. Okazuje się wtedy, że Nina nie jest ochrzczona, co jej mama tłumaczy następująco: Posłuchaj skarbie, kiedy byłaś mała, ja i tata żyliśmy w ciągłym stresie i często się kłóciliśmy. Nie mieliśmy niestety czasu, żeby się zająć twoimi chrzcinami i wciąż je przekładaliśmy.

Nina jednak nalega: Chcę mieć komunię. Cała moje klasa idzie do komunii. Przecież nie pochodzę z Maroka jak Murakh i Samira. (...) Chcę w końcu wiedzieć, kim jestem. Chodzi mi o to, czy jestem katoliczką, czy może ewangeliczką albo wegetarianką. Muszę to wiedzieć. Mamo, a może ja jestem poganką ? (...) czy ja będę mogła pójść do nieba ? Odbywa się w końcu i chrzest, i komunia, jednak jedyne przygotowania z tym związane dziewczynka przechodzi na szkolnych lekcjach religii.

Po komunii Nina i jej przyjaciółka Luisa chodzą w niedziele do kościoła tylko we dwie, bo ich rodzice mówią, że chcą się wyspać. I nadal ze wszystkimi wątpliwościami dziewczynki są same. Nie ma nikogo, kto mógłby powstrzymać ich pomysł, aby wynieść hostię z kościoła po to, aby mieć Boga zawsze przy sobie.

Odkąd poszłam do pierwszej komunii, zadaję sobie pytanie, gdzie jest Bóg. Żałuję, że nie mogę Go zobaczyć ani z nim porozmawiać. Mam na myśli prawdziwą rozmowę, a nie taką, że ja mówię, a on mi nie odpowiada.

Całą tę historię określiłabym raczej jako profanację w dobrej wierze, szczególnie, że Nina naprawdę żałuje – ale nie do końca tego, co zrobiła, raczej tego, jak to się skończyło.

Och, Baranku Boży – modliłam się w myślach – przykro mi. Nie chciałam, żebyś wylądował pod moim butem. Najpierw ludzi przybili cię do krzyża, a teraz ja cię jeszcze podeptałam. A przecież pragnęłam tylko, żebyś był w pobliżu, i zamierzałam włożyć cię do książki jako swój największy skarb. (..) Pomyślałam, ze prawdopodobnie Boga nie można mieć, taka jak się ma zakładkę do książki albo świnkę morską. Można Go mieć tylko tak, jak się ma słońce czy księżyc albo białą chmurę na niebie.

Gdybym czytała „Małą Ninę” dziecku, ta scena byłaby na pewno punktem wyjścia do rozmowy o tym, dlaczego pomysł Niny był niewłaściwy i co powinna była zrobić z hostią, która upadła na ziemię. Bo coś takiego może przyjść do głowy każdemu dziecku – dlatego ja, jako dorosła czytelniczka, nie dziwię, się temu. Problem jednak w tym, że przeznaczona jest ona dla dzieci, które już czytają samodzielnie i zapewne większość z nich przeczyta ten rozdział bezrefleksyjnie, a tylko nieliczne będą miały jakieś wątpliwości, którymi podzielą się z dorosłymi.

Bardzo ładnie podsumowała to na forum o książkach dla dzieci i młodzieży Pszczolamaja: Ośmiolatka, przeczytawszy taką książkę sama - a dzieci wtedy już czytają najczęściej samodzielnie - nie będzie miała okazji bezpiecznie uporządkować bardzo zagmatwanego świata Niny. Nie znajdzie żadnej liny, zabezpieczającej w tej wędrówce przez poważne, zafundowane nierzadko przez dorosłych rozterki dziewczynki.

To jest pewne oszustwo; o ile o Pippi, z jej baśniowym rysem, jest dzieckiem szczęśliwym i można o niej pisać żartobliwie, z przymrużeniem oka, czasem z nutą melancholii - bo tu jednak dylematy dotyczą innych płaszczyzn, w jakimś sensie prostszych, czy może mniej obciążających; o tyle taki styl w pisaniu o dziewczynce, która często czuje się samotna, mało ma tak naprawdę bliskich, budujących relacji, jest zagubiona, zostawiona sama sobie - tworzy dla mnie jakąś iluzję, pozostawia niepokój.

I jeśli czytam to ja, dorosła, to wiem, że dziecko może mieć pomysł na eksperymenty z Hostią, ale ja mam jako rodzic obowiązek mu wytłumaczyć, dlaczego tak się nie robi. A jeśli czyta to dziecko - o dziecku, w świecie którego takie zachowanie nie jest w żaden sposób skomentowane - to nie wiem, czemu to służy ?

Z tym pytaniem pozostaję także ja – i nie dotyczy ono tylko kwestii hostii, ale także na przykład chrzczenia świnki morskiej przez polewania jej szampanem. Że o nieskomentowanym w żaden odautorski sposób przekonaniu Niny, że w Maroku ludzie wierzą w Buddę, nie wspomnę...

Zdobycie tej książki nie było wcale łatwe. W mojej dzielnicy do obu egzemplarzy w bibliotekach ustawiły się kolejki. Mam wrażenie, że petycja zrobiła „Małej Ninie” reklamę, na którą ona zupełnie nie zasługuje.

  

Sophie Scherrer „Mała Nina”, przekł.: Marta Krzemińska, ilustr.: Maximilian Meizold, wyd.: Wilga (Grupa Wydawnicza Foksal), Warszawa 2015

 

sobota, 09 kwietnia 2016
Kasieńka

 

 

 

Mam dwanaście lat.

Prawie trzynaście.

Rosną mi piersi,

I mam miesiączkę.

A jestem w klasie z

Jedenastolatkami.


Kasieńka do niedawna mieszkała w Gdańsku – z Mamą, bo Tata dwa lata temu odszedł od nich.


Olu, wyjechałem do Anglii.

 

To wszystko, co napisał.

 

Mnie nie zostawił listu.

 

I nie wspomniał o mnie w liściku do Mamy.

 

Mama płakała przez dwa lata,

A Babcia przez cały ten czas trzymała ją w ramionach.

Ja nie płakałam, chociaż Tata o mnie zapomniał,

Chociaż miałam prawo płakać.

 

Po jakimś czasie przyszedł od niego czek, a pieczątka na liście wskazywała na to, że został wysłany z Coventry. Wtedy Mama spakowała ostatnią walizkę, jaka im została  i pojechały tam, aby go odnaleźć. Jednak to nie jest takie proste, a na razie muszą sobie radzić z życiem w obcym kraju. Z problemami z językiem, z powodu których Kasia trafia do niższej klasy. Z biedą, brakiem pieniędzy, mieszkaniem w pokoju ze wspólnym łóżkiem.

 

Nic nie mówi.

Udaje, że śpi.

 

Ale gdy na zewnątrz przejeżdża samochód,

Zauważam w ciemności

Błysk łzy

Na policzku Mamy.

I choć chciałabym ją pocieszyć,

Nie wiem, jak to zrobić,

Żeby jej nie rozzłościć.

 

Kasieńka” to nie tylko historia dziewczynki, która staje wobec rozstania rodziców. To także opowieść o dojrzewaniu, dorastaniu, pierwszej miłości, problemach z rówieśnikami oraz o odnajdywaniu tego, co we własnym życiu najważniejsze.

Woda to inny świat.

Kraina z własnym językiem.

 

Którym mówię płynnie.

 

Muszę zaufać sobie.

Zaufać terytorium i

Swojemu ciału,

Sile każdej kończyny.

 

Chcę tej ciszy.

 

Chcę czuć ciężar wody

Na sobie -

Dookoła -

Bezpieczną ciszę zanurzenia.

 

Może na brzegu jestem brzydka,

Ale gdy mówię językiem wody

 

Jestem piękna.

 

Ciężar wody” („The Weight of Water”) to oryginalny tytuł tej książki, bo (co w pierwszej chwili może być zaskakujące) powstała ona po angielsku, a jej autorka jest Irlandką, która studia ukończyła w Wielkiej Brytanii, a potem przez jakiś czas pracowała jako nauczycielka w USA. Jednak problemy, które porusza są uniwersalne, a sposób w jaki to robi jest fascynujący.

Kasieńka” jest chyba pierwszą wydaną po polsku książką z gatunku verse novel – to właściwie zbiór białych wierszy. Prostych, lapidarnych, często skupiających się na jakimś szczególe, ale właśnie dzięki temu znakomicie oddających emocje bohaterki.

Jeżeli mam jakąś wątpliwość z nią związaną, to dotyczy ona wieku bohaterki – trudno mi uwierzyć, że ma zaledwie niespełna trzynaście lat. Wydaje mi się, że wszystko, co w tej książce robi, myśli i jak się zachowuje, byłoby bardziej prawdopodobne, gdyby dodać je jakieś dwa lata.

Kasieńka” to zdecydowanie książka inna niż wszystkie. Gdyby ktoś zapytał mnie o grono jej potencjalnych czytelników, odpowiedziałabym, że jest ona dla każdego, kto zechce ją przeczytać i zrobi to z przyjemnością – w tym samym stopniu dla dorosłych, co dla rówieśników jej bohaterki.

Sarah Crossan „Kasieńka”, przekł.: Katarzyna Domańska, wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2015

 

poniedziałek, 21 marca 2016
Cuda wianki. Polski Folklor dla młodszych i starszych.

 

   

 

Cuda wianki” to książka, która budzi zachwyt - i nic dziwnego, skoro powstała z zachwytu (jak pisze autorka we wstępie, a raczej zaproszeniu do niej).

Kiedy przeglądałam ją po raz pierwszy, miałam spory problem Z jednej strony chciałoby się obejrzeć dokładnie wszystkie szczegóły, które aż mienią się w oczach. Z drugiej – korci, żeby już, natychmiast przełożyć kartkę i zobaczyć, co jest na następnej stronie. Sam człowiek ze sobą nie może dojść do ładu przy tym oglądaniu ;-)

Po tym zachwycie pojawia się jednak zdziwienie, bo nie bardzo wiadomo, co z nią właściwie robić i co to w ogóle jest ?

Książka obrazkowa dla dzieci ?

Album ?

Leksykon folkloru ?

Do oglądania czy do czytania ?

I dla kogo ? (choć tu akurat odpowiedź znajdziemy w tytule)

Sama Marianna Oklejak wyjaśnia to tak:

Polską kulturę ludową poznaję od kilkunastu lat i nie mogę się wciąż nadziwić jej różnorodności. Żywa muzyka, niezwykła harmonia kolorów, świetne kroje ubrań, piękne ornamenty – wszystko to, co od wieków szczerze płynie z serca, a nie z potrzeby rynku, ma nadal wielką moc. Nie sposób pomieścić całe to bogactwo na osiemdziesięciu stronach. To zaledwie jego ułamek, garść skarbów. Dlatego książka, zamiast stanowić zamknięte naukowa kompendium, ma być zachętą do odkrywania tego ogromnego, a mało znanego świata, pełnego niezwykłych barw, kształtów i rytmów.

Na trzydziestu sześciu tablicach można zobaczyć przegląd tradycyjnych haftów, wycinanek, zabawek, poznać instrumenty muzyczne i poczuć atmosferę potańcówek, a także przeczytać fragmenty starodawnych pieśni. Pośród tego wszystkiego snuje się wciąż aktualna opowieść o zwyczajnym życiu: porach roku, miłości i rozstaniu, narodzinach i śmierci.

Co prawda nasza rodzinna pierwszoklasistka, która znalazła tę książkę pod choinką, dużo większą uwagą zaszczyciła „Animalium” (to był dla odmiany prezent dla gimnazjalistki Julki ;-), ale mam nadzieję, że z czasem odkryje i doceni urok „Cudów wianków”. Trzeba im tylko dać trochę czasu, a przecież górnej granicy wiekowej dla nich nie ma. To książka dla młodszych i starszych – tych, którzy jeszcze pamiętają, tych, którzy chcą sobie przypomnieć i tych, którzy chcą się dopiero dowiedzieć.

Cuda wianki” zostały nagrodzone tytułem Książki Roku IBBY 2015 w dziedzinie ilustracji i jest to tytuł jak najbardziej zasłużony !!! Rzadko zdarza mi się tak absolutnie i bez wahania zgadzać się z werdyktem jury przyznającego tę (i nie tylko tę) nagrodę :-)

 

Marianna Oklejak „Cuda wianki. Polski folklor dla młodszych i starszych”, wyd.: ART Egmont, Warszawa 2015

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 29
Tagi
Mały Pokój z Książkami

Wypromuj również swoją stronę