CZYLI O DOBRYCH KSIĄŻKACH DLA DZIECI NIE TYLKO DLA DZIECI
Kategorie: Wszystkie | A. Błotnicka | A. Chachulska | A. Frączek | A. Hest | A. Jaromir | A. Kamiński | A. Mcghee | A. Michaelis | A. Niemierko - Pająk | A. Piwkowska | A. Vestly | A. Znamierowski | A.Bradley | A.D.Mizielińscy | A.Holmberg | A.Lindgren | A.M. Grabowski | A.Onichimowska | A.Provoost | A.Tyszka | B. Cole | B. Gawryluk | B. Kaniewska-Pakuła | B. Leśmian | B. Lindgren | B. Massini | B. Moyeyaert | B. Ostrowicka | B. Rice | B. Wildsmith | B. Wróblewska | C. Compton | C. Frabetti | C. Kruusval | C. Wolff-Brandt | C.Funke | C.Rayner | C.Rees | Ch. Bjork | Ch. Dickens | Cz. Janczarski | D. Cali | D. Combrzyńska - Nogala | D. Geisler | D. Gellner | D. Walliams | D. Wawiłow | D.Terakowska | Dr. Seuss | E. Ainsworth | E. Beskow | E. Kozyra - Pawlak (aut.) | E. Piotrowska | E. Susso | E.Carle | E.H.Gombrich | E.Nowak | F. Nilsson | F.H. Burnett | G. Mancomble | G. Ruszewska | G. Whelan | G.Carson Levine | G.Kasdepke | Gro Dahle | H. Ch. Andersen | H. Tullet | Heekyong Kim | I. Angerborn | I. Chmielewska | I. Degórska | I. Desjardins | J. Birdsall | J. Chmielewska | J. Fabicka | J. Frey | J. Mikołajewski | J. Olech (autorka) | J. Picoult | J. Rudniańska | J. Schlansky | J. T. Wieslander | J. Tuwim | J. Wilkoń -autor | J. Wilson | J.P. Lewis | J.Papuzińska | K. DiCamillo | K. Levine | K. Lipka-Sztabałło (autor) | K. Pranić | K.Majgier | K.Siesicka | L. Anderson | L. Anholt | L. Bardijewska | L. Brooke | L. Fabisińska | L. Lowry | L. Olivier | L. Stafford | M. Amelin | M. Brykczyński | M. Ekier | M. Galica | M. Happach | M. Kita | M. Kowaleczko - Szumowska | M. Matlin | M. Miklaszewska | M. Niklewiczowa | M. Oklejak (autorka) | M. Oworuszko | M. Parr | M. Prześluga | M. Rusinek | M. Sasek | M. Skibińska | M. Szczygielski | M. Waltari | M. Widmark | M. Zarębska | M.Gutowska-Adamczyk | M.K.Piekarska | M.Strzałkowska | M.Wollny | Marcel A. Marcel | N. Streatfield | P. Beręsewicz | P. Goes | P. Lindenbaum | P. Maar | P. Pawlak - autor | R. Kipling | R. Kosik | R. Lagercrantz | R. McCormick | R. Mueller | R. Piątkowska | R. Riordan | R.Dahl | R.Jędrzejewska-Wróbel | S. Crossan | S. McBratney | S. Nyhus | S. Scherrer | Shaun Tan | Suzy Lee | T. Jansson | T. Trojanowski | U. Stark | V. Howie | W. Holzwarth | W.Widłak | Z. Orlińska | albumy | atlasy | piosenki | serie | składanki | tradycyjne | varia | Ł. Wierzbicki
RSS
czwartek, 16 lutego 2017
Projekt Breslau

 

   projekt Breslau

 

Szóstka gimnazjalistów z Wrocławia odkrywa w swojej szkole nieużywany przedsionek. Znajdują tam stary kufer oraz zeszyt zapisany po niemiecku – pamiętnik ich rówieśnika sprzed lat Hugona Harnischa. Okazuje się, że Hugo chodził kiedyś do szkoły, która mieściła się w tym samym budynku, co ich gimnazjum, a kufer... Kufer jest mocno tajemniczy, nie daje się otworzyć, a od czasu do czasu... przenosi kogoś w przeszłość.

 

To mogła być bardzo dobra książka...

Projekt Breslau” przełamuje swoistą nie-pamięć, którą przez ostatnie 70 lat otoczona była przeszłość Wrocławia. Pamiętam książki z akcją w tym mieście (np. Stanisławy Platówny) ale zawsze to było tu i teraz. Nawet w „Zawsze jakieś jutro” Wieczerskiej, gdzie mamy koniec lat czterdziestych i ruiny, brakuje odwołań do całkiem wtedy niedalekiej przeszłości.

W literaturze dla dorosłych tę nie-pamięć przełamał jako pierwszy chyba Marek Krajewski cyklem o komisarzu Mocku.

Wrocław jest fascynujący właśnie ze względu na swoją historię. To miasto stanowi niezwykłą mieszankę tradycji – tego co pozostało z czasów niemieckich z tym, co przynieśli ze sobą jego nowi powojenni mieszkańcy. A także tego, co oni sami stworzyli, bo przecież wyrosło już kilka pokoleń, dla których to Wrocław a nie Breslau jest małą ojczyzną, innego nie znają. Przykładem takiego przenikania jest na przykład pomnik Aleksandra Fredry, przywieziony ze Lwowa i stojący na rynku w miejscu, gdzie kiedyś był pomnik króla Prus Fryderyka Wilhelma III. Albo prawosławna katedra Narodzenia Przenajświętszej Bogurodzicy, zbudowana jako katolicki kościół św. Barbary, która potem przez kilka wieków była ewangelickim kościołem garnizonowym.

 

To mogła być bardzo dobra książka...

Niestety nadal jest jednowymiarowa, bo sięgając do przeszłości pokazuje jedynie jej część niemiecką. Opowieść Hugona dotyczy czasów, kiedy do Wrocławia przybywali już pierwsi jego nowi mieszkańcy, ale w jego pamiętniku mamy niemal wyłącznie wyprawy w przeszłość. Odniesień do ówczesnej codzienności jest niewiele – gruzy, głód, konieczność wyprzedawania rzeczy i niepewność co do dalszego losu.

Współcześni gimnazjaliści, tak przejęci odkrywaniem przeszłości, ani przez chwilę nie zadają sobie pytania, skąd we Wrocławiu wzięły się ich rodziny, gdzie wcześniej były domy ich przodków ? Kiedy zjawili się we Wrocławiu i co wtedy tam zastali ? Aż prosi się o wplecenie w akcję opowieści rówieśnika Hugona o tym, jak po dwóch tygodniach podróży wagonem towarowym wysiedli w obcym, zrujnowanym mieście, a tam, gdzie nie było ruin, wszystko wyglądało inaczej niż w Lwowie, Stanisławowie czy Buczaczu.

 

To mogła być bardzo dobra książka...

I byłaby, gdyby autorce udało się tchnąć w opisywaną historię trochę życia i emocji, gdyby wszystko, co opisane, nie było takie jakieś... papierowe :-(

Mamy szóstkę bohaterów, ale wcale ich nie poznajemy. Maks gra na gitarze, Olga interesuje się ciuchami i nie lubi czytać książek, a Ada i Adam to bliźnięta – ona jest lepiej zorganizowana i trochę pilnuje roztrzepanego brata. Leon kocha się w Natalii, która jest narratorką tej książki, ale nawet o niej nie dowiadujemy się zbyt wiele, poza tym, że czyta książki (a czasem streszcza Oldze lektury) i że po jakimś czasie zaczęła odwzajemniać uczucie Leona. To wszystko.

Bohaterowie przeżywają rzeczy naprawdę niesamowite, a przyjmują je tak, jakby chodziło o obejrzenie filmu na youtubie. Naturalną reakcją młodzieży na opowieść kolegi o tym, że właśnie odbył wycieczkę do przeszłości, będzie raczej niedowierzanie, i propozycja, żeby zmienił dilera ;-) tymczasem oni uwierzyli Leonowi niemal od razu, bez zastrzeżeń.

Potem wszyscy kolejno przenoszą się w czasie, a po powrocie (poza tym że mają coś w rodzaju jet lag) zachowują się tak, jakby nie zdarzyło się nic szczególnego. Jedynie Natalia, której kufer zafundował przeżycie nalotu i doświadczenie pobytu w zasypanej piwnicy, z większym trudem powraca do rzeczywistości XXI wieku.

Nawet (uwaga !!! spoiler !!!) niespodziewane pojawienie się w przedsionku Hugona Harmischa we własnej osobie nie robi na nich większego wrażenia. Mimo że musi być to człowiek wiekowy (na pewno po osiemdziesiątce) rozmawiają z nim tak, jak z widywanym codziennie sąsiadem. Spotykają się, dowiadują o jego losach, razem odbywają jeszcze jedną wycieczkę w przeszłość, żegnają się i już. Żadnych emocji, żadnych głębszych refleksji, ot tak, po prostu.

 

To mogła być bardzo dobra książka - a nie jest. Szkoda...

 

Magdalena Zarębska „Projekt Breslau”, wyd.: BIS, Warszawa 2016

 

czwartek, 19 stycznia 2017
Rutka

 

   

 

Z tą „Rutką” to było tak:

najpierw przeczytałam gdzieś (a może usłyszałam ?), że wyszła książka dla młodzieży (młodszej) nawiązująca do historii łódzkiego getta. Dotychczas ten temat poruszała tylko „Bezsenność Jutki”, a jest i fascynujący, i mało znany, więc oczywiście musiałam jej poszukać.

Nabyłam, zaczęłam czytać i... bardzo mi nie szło. Spodziewałam się chyba czegoś kompletnie innego i jakoś nie wciągnęła mnie. Nawet nie pamiętam, kiedy porzuciłam jej lekturę. Przypomniałam sobie o niej dopiero, kiedy pakując książki przed remontem doszłam do przyłóżkowego stosika i odkryłam ją na samym jego spodzie.

Jakiś czas potem okazało się, że „Rutka” została „Książką Roku IBBY” !!! Chyba jeszcze nigdy żaden werdykt mnie tak nie zaskoczył. Kompletnie nie rozumiałam, co jury w niej zobaczyło, ale postanowiłam dać jej jeszcze jedną szansę.

Nie było łatwo ją znaleźć, bo nie wszystkie nasze książki doczekały się już swoich półek, część nadal jest w kartonach, a Rutka wyraźnie chowała się przede mną. Wreszcie udało się.

Przeczytałam.

I zrozumiałam, czym zachwyciła jurorów IBBY.

Rutka” to książka niezwykła, wymykająca się gatunkom. Można ją przeczytać kompletnie  obok kontekstu historycznego – wtedy będzie czymś w rodzaju onirycznej, choć nieco zwariowanej baśni o samotnej dziewczynce i jej niewidzialnej przyjaciółce – i dopiero z posłowia dowiedzieć się, co autorka miała na myśli.

Bałuty to stara dzielnica Łodzi o długiej i trudnej tradycji – w czasie wojny było tu getto. Niektóre ulice, całe kwartały przetrwały w niezmienionym stanie do dziś.

Jako dziecko lubiłam dotykać ręką murów tamtejszych kamienic – zdawało mi się, że czuję, jak oddychają. Zaglądałam w okna domów i zastanawiałam się, kto w nich wcześniej mieszkał. Jakie dzieci się tu bawiły, czyje stopy biegały po „kocich łbach” bałuckich uliczek ? Wyobrażałam sobie całe rodziny, razem z ich sąsiadami i domowymi zwierzątkami.

Mimo tak wyraźnego umocowania w czasie i przestrzeni trudno nazwać „Rutkę” książką o getcie, wojnie, czy Holokauście. Nie znajdziemy tam ani realiów ówczesnego życia, nie usłyszymy określenia Wielka Szpera, nie dowiemy, kim był Biały Pan. Także ilustracje Mariusza Andryszczyka nie przywołują przeszłości, kreują atmosferę baśni.

O czym więc jest ?

O pamięci ? Czy też może raczej o jej braku – czyli o zapomnieniu ? Pokazuje Łodź (ale przecież nie tylko o nią tu chodzi, to może być każde inne miasto i miejscowość) jako palimpsest, w którym kolejne pokolenia pozostawiają po sobie kolejne warstwy, łatwe do odkrycia, jeśli się trochę poskrobie.

Bo każde miejsce ma do opowiedzenia własną historię. Wystarczy tylko przyłożyć ucho i słuchać...

 

Joanna Fabicka „Rutka”, ilustr.: Mariusz Andryszczyk, wyd.: Agora, Warszawa 2016

 

 

poniedziałek, 02 stycznia 2017
Bajka o rozczarowanym rumaku Romualdzie

 

   

 

To pierwotnie miała być recenzja „Bombki z gwiazdką” tych samych autorek, książki urzekającej wizualnie i ciut rozczarowującej treścią. Niestety - wir remontu porwał mnie niczym tornado Dorotkę do krainy Oz i wypluł tuż przed Wigilią. Nie zdążyłam, a do następnych Świąt jeszcze sporo czasu, więc mogę z tym poczekać. Przy okazji sięgnęłam po inne książek Maliny Prześlugi i...

...„Bajka o rozczarowanym rumaku Romualdzie” zafascynowała mnie już swoim tytułem.

Dlaczego jestem rozczarowany ? Bo odbyłem już sto wypraw, wożąc stu różnych bohaterów z bajek (a musisz wiedzieć, że niektórzy są grubi i ciężcy), uratowałem dziewięćdziesiąt dziewięć królewien (bo jedna zakochała się w smoku i nie dała się uratować), a nikt nigdy o mnie nie pamięta ! Dlatego, choć żyję w świecie czarów, jestem bardzo rozczarowany.

Ta książka to bajka na opak - w jej centrum jest ktoś, kto w najlepszym razie bywa bohaterem drugiego planu, także wtedy, gdy zdecydowanie jest na pierwszym. Natomiast Królewna, na ratunek której wyrusza, okazuje się być kimś, kto nawet jeśli się gdzieś pojawia, to jego obecność nie jest dla akcji kluczowa i na ogół wcale się się go nie dostrzega.

Ilustracje Jagi Słowińskiej też są takie.. ciut jakby odjechane ;-), mocno szalone i trochę psychodeliczne ;-)

A jednak, mimo nietypowych bohaterów i zwariowanych ilustracji w tej bajce wszystko jest tak, jak trzeba – i królewna w opałach, i rycerz, który spieszy jej z pomocą, dokonując przy tym czynów niebywałych. W dodatku kończy się tak, jak każda porządna bajka kończyć się powinna, czyli...

 

 


 

[ UWAGA – SPOILER !!! ]

 


 

I żyli długo i szczęśliwie.

 

A to jest przecież w bajkach najważniejsze. :-)))

 

 

Malina Prześluga (tekst) & Jaga Słowińska (ilustr.) „Bajka o rozczarowanym rumaku Romualdzie”, wyd.: TASHKA, Warszawa 2016

 

wtorek, 22 listopada 2016
Rzeka czasu. Podróż przez historię świata.

 

   

 

Kiedy pierwszy raz przeczytałam zapowiedź tej książki, od razu skojarzyła mi się z „Krótką historią świata dla młodszych i starszych” Ernesta Gombricha. Tam na jednej z pierwszych ilustracji też była taka rzeka, a w rozdziale ją kończącym autor pisał:

Wyobraź sobie rzekę czasu nad którą właśnie przelecieliśmy samolotem. Gdzieś tam we mgle daleko za nami może się jeszcze domyślasz skalnych jaskiń łowców mamutów, domyślasz się stepów, na których wyrosły pierwsze zboża. Te odległe punkciki, to piramidy i wieża Babel. Po tamtych nizinach Żydzi kiedyś pędzili swoje stada. (...)

Lecz pod nami i przed nami jest jeszcze mgła, nieprzenikniona mgła. Wiemy tyko, że rzeka płynie dalej, nieskończenie daleko, ku nieznanemu morzu.

Peter Goes tworzył swoją rzekę czasu jakieś 80 lat po Gombrichu i dlatego, zgodnie z tym, co przez ten czas ustaliła nauka, jej źródłem jest Wielki Wybuch, a pierwszymi organizmami, jakie możemy w niej spotkać (na dłuuugo przed pierwszymi u Gombricha dinozaurami) są stromatolity i trylobity ;-) Tam opowieść kończyła się po pierwszej wojnie światowej, tutaj – dopływamy aż do połowy drugiej dekady XXI wieku.

Książkę Goesa trudno w ogóle nazwać opowieścią – tytułowa rzeka wije się przez kolejne wielkie strony, a w jej nurcie pojawiają się rozmaite ważne dla historii miejsca, ludzie i wydarzenia. Każdej planszy towarzyszy też krotki tekst porządkujący czy też charakteryzujący pokazany na niej okres historii. Peter Goes tylko raz zauważył Polskę w głównym nurcie swojej rzeki i było to w roku 1980. Wydawnictwo zadbało jednak o to, żeby w każdym z tych komentarzy (od wczesnego średniowiecza począwszy) pojawiły się informacje o tym, co się wtedy w naszym kraju działo. I chwała mu za to ! 

Sięgałam po „Rzekę czasu” z ogromną nadzieją – mam tak z każdą książką, która daje nadzieje na to, ze zdoła zainteresować dzieci historią. Wrażenia z pierwszego kontaktu z nią miałam jednak ciut mieszane. Wydała mi się jakaś taka bałaganiarska, nieuporządkowana i zaczęłam mieć wątpliwości, czy młody czytelnik coś z niej w ogóle wyniesie. Zdaję sobie jednak sprawę, że jestem z innego niż jej adresaci pokolenia, moje było zdecydowanie mniej obrazkowe ;-)

Peter Goes kończy ich podróż słowami: Jakie będą następne dziesięciolecia ? To może zależeć także od ciebie, ja jednak najchętniej spuentowałabym to tak, jak uczynił to w 1935 roku Ernst H. Gombrich:

Zejdźmy teraz samolotem niżej nad rzekę. Z bliska widać, że to prawdziwa rzeka, a jej fale szumią jak fale morza. Zrywa się silny wiatr, na falach pienią się białe grzywy. Przypatrz się im dobrze, tym milionom połyskliwych, białych bąbelków, które z każdą falą powstają i przemijają. Tylko przez chwilę niesie je grzbiet fal, potem opadają i znikają.

Widzisz, każdy z nas jest tylko taką połyskliwą drobiną, maleńką kropelką na falach czasu, które tam w dole przepływają i odpływają w niewiadomą mglistą przyszłość. Wynurzamy się, rozglądamy wokół i zanim się spostrzeżemy, już nas nie ma.

Wcale nas nie widać w wielkiej rzece czasu. Wciąż pojawiają się nowe fale. A to, co nazywamy naszym losem, to nic innego, jak tylko nasza walka w natłoku kropelek w czasie jednego poruszenia fali w górę i w dół. Ale tę chwilę chcemy wykorzystać. Warta jest zachodu.

 

Peter Goes „Rzeka czasu. Podróż przez historię świata”, przekł.: Iwona Mączka, wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2016

Ernst H. Gombrich „Krótka historia świata dla młodszych i starszych”, przekł.: Barbara Ostrowska, wyd.: Świat książki, Warszawa 2008

środa, 16 listopada 2016
Spacerkiem przez rok

 

 

Za oknami szaro, buro i ponuro, z nieba siąpi coś jakby deszcz ze śniegiem, a w domu szaleje tajfun remontu. Jedynym schronieniem w takich warunkach jest książka.

 

Rok dwanaście ma miesięcy

oraz cztery pory roku,

więc odwiedźmy je spacerkiem,

pomalutku, krok po kroku...

 

Spacerkiem przez rok” Małgorzaty Strzałkowskiej znakomicie się to takiego eskapizmu nadaje – głównie z powodu cudownych ilustracji Elżbiety Wasiuczyńskiej, na których nawet szary listopad jest zdecydowanie przyjemniejszy niż w realu. Oglądając je, odnosi się wrażenie, że Ela użyła do nich specjalnych (wydobytych z jakiegoś tajemnego schowka) farb : miodowej, nocnej, deszczowej, szronowej czy fajerwerkowej ;-)

 

Większość polskich nazw miesięcy -

poza marcem oraz majem -

to są stare polskie nazwy,

zgodne z dawnym obyczajem.

 

Od słów często zapomnianych

swój rodowód długi wiodą

i od niepamiętnych czasów

powiązane są z przyrodą.

 

To nie jest pierwsza tego typu książka, która miałam w ręku. Jak zawsze są w niej wiersze opisujące pory roku i kolejne miesiące, jest też kilka ekstra – o wiosennych zapachach czy nocy wigilijnej. Dużą niespodzianką były dla mnie te, które wyjaśniały znaczenie polskich nazw miesięcy. Nie jest rzeczą prostą zrobić to w sposób zrozumiały dla kilkulatka i w dodatku wierszem, ale Małgorzacie Strzałkowskiej udało się to wspaniale.

Spacerkiem przez rok” to pierwsza odhaczona pozycja na mojej liście gwiazdkowych prezentów dla rodzinnych dzieci :-)

 

Małgorzata Strzałkowska „Spacerkiem przez rok”, ilustr.: Elżbieta Wasiuczyńska, wyd.: Media Rodzina, Poznań 2016

 

 

piątek, 30 września 2016
Wanda Chotomska. Nie mam nic do ukrycia.

 

To nie jest książka dla dzieci.

Jest dla tych dorosłych, którzy jako dzieci czytali utwory Wandy Chotomskiej – czyli dla... wszystkich, bo nie ma w Polsce osoby, która by się z jej twórczością nie zetknęła.

   chotomska

Pierwszą ważną książką w moim życiu było „Abecadło krakowskie” - sympatyczna rymowana historia wędrówki Słoneczka po Krakowie, w której każdej literze alfabetu przypisane było jakieś ważne miejsce lub rzecz w tym mieście. Uwielbiałam ją, znałam ją na pamięć i na niej właśnie nauczyłam się czytać. Jak opowiada moja Mama, jeszcze zanim posiadłam tę umiejętność, po mistrzowsku ją udawałam - czytałam na głos recytując z pamięci, ale palcem cały czas wodziłam po tekście utrzymując tempo ;-) Dzięki „Abecadłu” nie tylko nauczyłam się alfabetu, ale także poznałam Kraków na długo przedtem, zanim tam pojechałam. Do dziś pamiętam, co było pod każdą literą: od Akademii Sztuk Pięknych po dzwon Zygmunta przez Elementarz, Fafika i Igrce. Pamiętam też zakończenie – z przymrużeniem oka łączące genius loci z duchem czasów, w których powstawało: Zachwycony Krakowem i uroczą wycieczką, wszystkim padam do nóżek – Obywatel Słoneczko.

Kiedy wreszcie zobaczyłam Kraków na własne oczy... rozczarowałam się srodze. W tzw. realu wczesnych lat siedemdziesiątych nie dorastał do tego z ilustracji Jana Marcina Szancera, szczególnie w mroźną, ale bezśnieżną zimę.

   abecadło krakowskie


Myślę, że nie będzie przesadą, jeśli powiem, że od „Abecadła” zaczęło się wszystko, co w moim życiu ważne, czyli maniackie czytanie i zainteresowanie historią. Nie mam już tamtej książki z mojego dzieciństwa, zapewne padła ofiarą naszej przeprowadzki do Warszawy, kiedy rodzice stojący wobec konieczności spakowania i przewiezienia własnego, niemałego księgozbioru, drastycznie ograniczyli mój, oddając wszystkie książki, z których już wyrosłam. Pamiętałam ją doskonale – jej tytuł, ilustratora (bo kreska Szancera jest nie do pomylenia), ale nie wiedziałam, kto był autorem. Dopiero po wielu latach odkryłam, że napisała ją Wanda Chotomska.

Nie był to, jak się okazuje, mój pierwszy kontakt z jej twórczością, bo przecież (jak wszystkie dzieci wówczas) oglądałam w telewizji Jacka i Agatkę !

 W ogromnym dorobku Wandy Chotomskiej nie da się wskazać jednego utworu, który znają wszyscy, jak „Lokomotywę”, „Akademię Pana Kleksa” czy „Dzieci z Bullerbyn”. Nie ma jednak osoby (nawet wśród tych, które kontakt z książką miały i mają niewielki), która by się żadnym z jej utworów nie zetknęła – jeśli nie z podręcznika do języka polskiego to chociażby jako piosenki Gawędy. Czy był w Polsce ktoś, kto w latach siedemdziesiątych nie słyszał choć raz „Gry w kolory” ?

Nie należałam do Gawędy, ale miałam tam koleżanki, chodziłam na ich koncerty, słuchałam płyt i wszystkie piosenki, które na nich były, umiałam na pamięć.

Moje córki najlepiej znają chyba „Tadka niejadka”. Czarna płyta z tym słuchowiskiem (z cudowną Ireną Kwiatkowską w roli Babci !) pochodziła z czasów dzieciństwa mojego Męża, a ja przegrałam ją dla dziewczyn na kasetę magnetofonową. Kiedyś usłyszałam, jak któraś z nich śpiewa piosenkę o balonikach uwzględniając w niej to miejsce, w którym podczas nagrywania płyta się zacięła ;-)

Barbara Gawryluk przez dwa lata odwiedzała Wandę Chotomską w jej mieszkaniu na rogu Tamki i Warszawy i... rozmawiały. Te rozmowy (jak mogliśmy dowiedzieć się na bardzo miłym spotkaniu w Muzeum Książki Dziecięcej) zaczynały się w chwili, gdy gospodyni otwierała drzwi mieszkania, a kończyły dopiero, kiedy za gościem zamykały się drzwi windy. Rozmawiały o wszystkim począwszy od najwcześniejszego dzieciństwa Poetki, przez wojnę i lata tużpowojenne, ale najwięcej oczywiście jest opowieści o literaturze i literatach, o książkach, spotkaniach autorskich i podróżach. Rozmowom towarzyszyło przeglądanie zawartości przepastnych szuflad pełnych zdjęć, listów, ręko- i maszynopisów, nierzadko budzących zaskoczenie ich właścicielki. Wiele z tych znalezisk znalazło się w książce, a dwa być może będą miały ciąg dalszy... ;-)

Są tam też opowieści licznych znajomych z branży (i nie tylko). Wszystkich nie wymienię, ograniczę się tylko do Joanny Papuzińskiej, Bohdana ButenkiGrzegorza Kasdepke, który powiedział tam: Szwedzi mają Astrid Lingdren, Finowie Tove Janson, a Polacy - Wandę Chotomską. Naprawdę nie wyszliśmy na tym źle !

Też tak uważam – szczególnie, że Polacy znają świetnie książki obu tych autorek, a czy Skandynawowie mieli okazję poznać twórczość Wandy Chotomskiej ???

 

P.S. Cieszę się, że ja również w maciuciupuleńkim stopniu przyczyniłam się do tej publikacji, bo dedykacja Będzie miała Ania dużo do czytania pochodzi z książki „Tańce polskie”, którą moja córka przyniosła ze spotkania w swojej szkole :-)

 

 

Barbara Gawryluk „Wanda Chotomska. Nie mam nic do ukrycia”, wyd.: Marginesy, Warszawa 2016

 

 

poniedziałek, 25 lipca 2016
Szopięta

 

   

 

Była sobie raz rodzina szopów praczy. Pani Szop, Pan Szop i ich dzieci.

SZOPIĘTA PRACZĘTA.

Na wirtualnych półkach mojego Małego pokoju z książkami są już książki o psach, kotach i misiach. Są także o koniach, o łosiach, o fokach, a nawet o świstaku – ale szopów jeszcze tutaj nie było :-)

Pan i Pani Szop bez przerwy prali i sprzątali. Oczywiście bardzo dbali także o to, żeby ich dzieci były czyste i miały pełne brzuchy.

Ale ich dzieci bez przerwy marudziły:

- Pobawcie się z nami !

- Nie możemy ! Nie mamy czasu – odpowiadali zwykle rodzice. - Umyjcie natychmiast łapy i nosy, bo są czarne jak smoła.

Początkowo widziałam w tej książce tylko pretekst do zabawy materiałami, ich kolorami, wzorami i fakturami. Do pewnego stopnia tak jest - sznur z praniem daje do takiej zabawy możliwości nieograniczone, a Ewa Kozyra – Pawlak umie z nich fantastycznie* korzystać ;-)

Potem zobaczyłam tam jednak historię o tym, co w życiu rodzinnym jest najważniejsze. I nie jest to zdecydowanie ani idealny porządek, ani kryształowo czyste prania. Państwo Szopowie tez do tego doszli, ale do sprawy musiała się wtrącić pewna (pozornie ;-) groźna Lisica...

Szopięta” to bajecznie kolorowy hymn na cześć bycia RAZEM – bo tylko wtedy WSZYSTKO NAPRAWDĘ JEST W PORZĄDKU :-)

 

Ewa Kozyra – Pawlak (tekst i ilustr.) „Szopięta”, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2016

 

 

* w sprawie zachwytów nad ilustracjami Ewy Kozyry – Pawlak zapraszam tu, i tu, i tu, bo wyczerpałam już wszystkie dostępne mi środki wyrazu. Po prostu – słów mi brak :-)

I jeszcze - filmik do koniecznego zobaczenia !!!

 

 

wtorek, 12 lipca 2016
Orzeł Biały - znak państwa i narodu

 

Polskim godłem jest wizerunek orła z koroną na głowie.

Herbem Rzeczypospolitej Polskiej jest godło, czyli wizerunek tego orła umieszczony w czerwonym polu tarczy herbowej.

Zarówno nasze godło, jak i herb noszą nazwę Orzeł Biały.

   

 

Jest w Muzeum Powstania Warszawskiego taki fragment ekspozycji – na pierwszy rzut oka niepozorny, ale zawierający to, co najcenniejsze. W szybie windy na trzech kondygnacjach wyeksponowane są opaski powstańcze, ofiarowane Muzeum przez powstańców i ich rodziny. Zawsze zatrzymuję się tam z grupami, które oprowadzam, bo te niewielkie, wypłowiałe kawałki materiału miały (i mają) ogromne znaczenie – to one były jedynym umundurowaniem powstańców, one świadczyły o tym, że byli żołnierzami Wojska Polskiego.

Trudno wyjaśnić współczesnym nastolatkom, jak odbierali to ówcześni warszawiacy, którym przez ostatnie pięć lat za posiadanie flagi polskiej groziły kary. Dla nich polskie flagi wiszące na budynkach są przecież czymś normalnym.

Jak im wytłumaczyć, jakie znaczenie miała akcja Szarych Szeregów, kiedy Rudemu udało się powiesić na dachu Zachęty flagę biało-czerwoną, zamiast tej hitlerowskiej, która tam od początku okupacji powiewała ? Nawet jeżeli tylko niewielu mieszkańców Warszawy zdołało ją zobaczyć, to wiadomość o tym stugębną plotką szybko rozeszła się nie tylko wśród mieszkańców miasta. Po co jednak narażać życie dla czegoś, co ma znaczenie wyłącznie symboliczne ?

Jak mają to zrozumieć dzieci, które codziennie widzą na ścianie w klasie Orła Białego i jest to dla nich normalny element wystroju - tak normalny, że go wręcz nie zauważają ?

Może ta książka trochę w tym pomoże ?

Orzeł Biały” heraldyka i weksylologa Alfreda Znamierowskiego to niezwykle starannie wydane kompendium wiedzy o naszym godle i barwach narodowych – począwszy od tego, dlaczego przed wiekami orzeł został uznany za symbol zwycięstwa dobra nad złem, a na słowniczku niezbędnych pojęć, pozwalającym nie pomylić flagi z banderą czy chorągwią, skończywszy.

Kiedy orzeł pojawił się na pieczęciach polskich władców ? Jak się zmieniał ? Co symbolizuje jego korona ? Od kiedy za polskie barwy narodowe uznajemy biel i czerwień ?

To książka nie tylko dla dzieci. Myślę, że wielu dorosłych z przyjemnością uzupełni swoją wiedzę – nie tylko tę historyczną, ale także praktyczną, bo znajdziemy tam np. informacje o tym, w jakiej kolejności wieszamy flagi wtedy, gdy jest ich więcej.

 

Orzeł Biały - znak państwa i narodu” stanowi w pewnym sensie komplet z wydaną w zeszłym roku książką Małgorzaty Strzałkowskiej, zawierającą równie wyczerpującą wiedzę o naszym hymnie narodowym.

   

 

 

 Alfred Znamierowski „Orzeł Biały - znak państwa i narodu”, wyd.: Bajka, Warszawa 2016

Małgorzata Strzałkowska „Mazurek Dąbrowskiego. Nasz hymn narodowy”, ilustr.: Adam Pękalski, wyd.:Bajka, Warszawa 2015

 

 

wtorek, 05 lipca 2016
Amelia i Kuba. Stuoki potwór

 

   aik stuoki potwór

 

Między liśćmi coś się poruszyło. Pomarszczona skóra na wielkim odwłoku zaszeleściła o gałęzie, gdy tajemniczy stwór podkradał się bliżej bramy Zamku. Dobrze się maskował, zdawał się wręcz zmieniać kolor, by dostosować się do otoczenia. Gdyby ktoś przechodził obok, nie zauważyłby niczego podejrzanego.

Stwór zamarł na kilka chwil, gdy ulicą przejeżdżał samochód. Potem podpełzł jeszcze kawałek i przysiadł. Zza gałęzi głogu wystawały trzy chude odnóża. Wiele czarnych oczu na jego ciele poruszało się niezależnie od siebie, lustrując okolicę. Większość z nich wpatrywała się w bramę, jakby stwór kombinował, jak się przez nią przedostać...

Stuoki potwór” to czwarty tom, ale trzecia część cyklu „Amelia i Kuba” ( a może czwarta część, ale trzecia historia ?), bo pierwsza ukazała się jako dwuksiążka.

W kolejnych Rafał Kosik zrezygnował już z pisania tej samej opowieści w wersjach opowiadanych z punktu widzenia różnych bohaterów. Jedna historia to jedna książka, ale w nie mamy w nich jednego, dominującego bohatera. Czasem widzimy wydarzenia w perspektywy Amelii, czasem Kuby, kiedy indziej – Alberta, Mi, a czasem jeszcze – ich rodziców lub innych mieszkańców Oak Residence (zwanej powszechnie Zamkiem).

Po „Godzinie duchów”, której podstawową zaletą była podwójność, pojedyncza „Nowa szkoła” jakoś mnie nie zachwyciła, wydała się napisana trochę na siłę. „Stuoki potwór” czyta się zdecydowanie lepiej :-)

Amelia jest zła na cały świat i ogniskuje swoją złość na Klementynie, wrzucając na forum szkoły jej złośliwe zdjęcie. Potem złość jej przechodzi i usuwa je, ale okazuje się, że rzecz wrzucona do internetu żyje już własnym życiem...

Mieszkańcy zamkniętej przed obcymi Oak Residence nadal nie czują się wystarczająco bezpieczni, więc decydują zwiększeniu ilości kamer, a do obrazu z nich mają mieć dostęp wszyscy mieszkańcy. Czy monitoring obywatelski to większe bezpieczeństwo, czy raczej totalna inwigilacja ?

Stuoki potwór” to książka, która pokazuje, do czego może doprowadzić bezmyślne używanie najnowszych zdobyczy techniki (do których dostęp mają teraz także dzieci), czym grozi pochopne wrzucenie czegoś do sieci, albo nieostrożne udostępnienie światu swojej prywatności.

A tytułowy potwór ? Stuoki ? Istniał naprawdę czy był tylko wytworem wyobraźni ? Tego już musicie dowiedzieć się sami ;-)

 

 

Rafał Kosik „Amelia i Kuba. Stuoki potwór”, ilustr.: Jakub Grochola, wyd.: Powergraph, Warszawa 2016

 

środa, 29 czerwca 2016
Teatr niewidzialnych dzieci

 

 

 

Konkurs Literacki im. Astrid Lindgren organizowany przez fundację „ABCXXI – Cała Polska czyta dzieciom” jest jedyny w swoim rodzaju. Odbywa się co trzy lata i mogą w nim brać udział wyłącznie książki wcześniej niepublikowane, a jurorzy oceniając nie wiedzą, kto jest ich autorem. Na podobnych zasadach odbywa się też konkurs literacki „Biedronki”, ale w nim można wystartować tylko raz, bo warunkiem jest to, aby autor był debiutantem.

Konkurs Astrid Lindgren jest otwarty dla wszystkich, niezależnie od dorobku, a moment otwarcia kopert z nazwiskami nagrodzonych autorów jest zawsze ekscytujący. Już trzy razy z rzędu okazywało się, że autorem książki nagrodzonej Grand Prix konkursu jest... Marcin Szczygielski. Najbardziej zaskoczeni tym faktem w tym roku byli podobno sami jurorzy ;-)

Kiedy w 2010 roku Jury drugiego konkursu nagradzało „Czarny młyn” - powieść grozy rozgrywającą się w ponurych, postapokaliptycznych niemal realiach zapomnianej przez Boga i ludzi wsi położonej gdzieś w pobliżu drogi szybkiego ruchu – Szczygielski był już uznanym autorem książek zdecydowanie dla dorosłych. Miał też w swoim dorobku pierwszą książkę dla młodzieży - „Omegę” - fascynującą powieść inicjacyjną w konwencji gry komputerowej, która zdobyła tytuł „Książka Roku IBBY 2010”

Trzy lata później, po ukazaniu się kolejnej jego powieści fantastyczno – przygodowej „Za niebieskimi drzwiami”, Grand Prix trzeciego konkursu zdobyła „Arka czasu”. Ku zaskoczeniu wszystkich okazało się, że autorem tej niezwykłej, wymykającej się gatunkom historii małego uciekiniera z warszawskiego getta jest znowu Marcin Szczygielski.

W tegorocznym, czwartym konkursie wygrała książka o peerelowskim domu dziecka w stanie wojennym, realistyczna do bólu, bez grama magii. I znów okazało się, że napisał ją Marcin Szczygielski. Taka niespodzianka ;-)

Już nie mogę się doczekać kolejnej edycji tego konkursu w 2019 roku ;-)

 

Mam na imię Michał, a na nazwisko Szymczyk. Urodziłem się 10 lutego 1971 r. w Katowicach. Moja mama miała na imię Zuzanna, a mój tata Michał – tak samo jak ja. Ale nigdy ich nie poznałem, bo oboje zginęli w wypadku autobusu,kiedy jechali do Bytomia, żeby obejrzeć nowe mieszkanie, które dostali. To znaczy, które dostaliśmy, bo ja też miałem tam mieszkać.(...)

Mieszkam tutaj, w „Młodym lesie” w Siemianowicach Śląskich, już od prawie czterech lat. Wcześniej mieszkałem w Domu Małego Dziecka w Rybniku, a jeszcze wcześniej u babci, ale nic z tamtego okresu nie pamiętam. Moja babcia zachorowała i umarła, kiedy miałem trzy lata, bo była bardzo, ale to bardzo stara. Miała osiemdziesiąt osiem lat, urodziła się jeszcze w XIX wieku ! Okazało się, że nie ma się mną kto zaopiekować, więc trafiłem do Domu Małego Dziecka, gdzie było mi bardzo źle, ale dało się wytrzymać.

Teatr niewidzialnych dzieci” to pierwsza obyczajowa książka dla młodzieży z akcją rozgrywającą się w karnawale Solidarności i w stanie wojennym. Zanurza czytelnika w realiach Polski tamtych czasów, ale jest to rzeczywistość widziana oczyma dziecka żyjącego niejako obok tego wszystkiego. Michał jest uważnym obserwatorem, nie ma jednak przy sobie (tak jak dzieci żyjące w domach rodzinnych) dorosłego, który mógłby mu wytłumaczyć to, co się dookoła niego dzieje. Ta książka to także trudne historie jej bohaterów i zamknięty świat domu dziecka – najpierw tego w Siemianowicach, a potem kolejnego – specyficznego, kameralnego „Dębowego Lasu” pod Lublinem. Tam właśnie dzieci przygotowują przedstawienie, którego premiera zaplanowana została na niedzielę 13 grudnia...

 Każdy z nas jest tylko małym nieistotnym kamieniem, który można bezkarnie kopnąć. Jesteśmy niewidzialnymi dziećmi, nie mamy rodziców ani pieniędzy i nikomu na nas nie zależy. Ale małe kamyki, nawet tak małe jak ziarnko piasku, mają moc, gdy jest ich dużo i zamienią się w lawinę, a wtedy nic ich nie powstrzyma ! 

 

Marcin Szczygielski „Teatr niewidzialnych dzieci”, wyd.: Instytut Wydawniczy Latarnik, Warszawa 2016

 

P.S. Nie umiem wstawiać tutaj filmów, ale zdecydowanie warto obejrzeć trailer tej książki .

 

 

 

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 30
Tagi
Mały Pokój z Książkami

Wypromuj również swoją stronę