CZYLI O DOBRYCH KSIĄŻKACH DLA DZIECI NIE TYLKO DLA DZIECI
Kategorie: Wszystkie | A. Błotnicka | A. Chachulska | A. Frączek | A. Hest | A. Jaromir | A. Kamiński | A. Mcghee | A. Michaelis | A. Niemierko - Pająk | A. Piwkowska | A. Vestly | A. Znamierowski | A. de Saint - Exupery | A.Bradley | A.D.Mizielińscy | A.Holmberg | A.Lindgren | A.M. Grabowski | A.Onichimowska | A.Provoost | A.Tyszka | B. Cole | B. Gawryluk | B. Kaniewska-Pakuła | B. Leśmian | B. Lindgren | B. Massini | B. Moyeyaert | B. Ostrowicka | B. Rice | B. Wildsmith | B. Wróblewska | C. Beauvais | C. Compton | C. Frabetti | C. Kruusval | C. Wolff-Brandt | C.Funke | C.Rayner | C.Rees | Ch. Bjork | Ch. Dickens | Cz. Janczarski | D. Cali | D. Combrzyńska - Nogala | D. Geisler | D. Gellner | D. Walliams | D. Wawiłow | D.Terakowska | Dr. Seuss | E. Ainsworth | E. Beskow | E. Farjeon | E. Kozyra - Pawlak (aut.) | E. Piotrowska | E. Susso | E.Carle | E.H.Gombrich | E.Nowak | F. Nilsson | F.H. Burnett | G. Bąkiewicz | G. Gortat | G. Mancomble | G. Ruszewska | G. Whelan | G.Carson Levine | G.Kasdepke | Gro Dahle | H. Ch. Andersen | H. Tullet | Heekyong Kim | I. Angerborn | I. Chmielewska | I. Degórska | I. Desjardins | J. Birdsall | J. Chmielewska | J. Fabicka | J. Frey | J. Korczak | J. Mikołajewski | J. Olech (autorka) | J. Picoult | J. Rudniańska | J. Schlansky | J. T. Wieslander | J. Tuwim | J. Wilkoń -autor | J. Wilson | J.P. Lewis | J.Papuzińska | K. Brubaker Bradley | K. DiCamillo | K. Levine | K. Lipka-Sztabałło (autor) | K. Mital | K. Pranić | K.Majgier | K.Siesicka | L. Anderson | L. Anholt | L. Bardijewska | L. Brooke | L. Fabisińska | L. Lowry | L. Olivier | L. Stafford | M. Amelin | M. Brykczyński | M. Ekier | M. Galica | M. Happach | M. Kann | M. Kita | M. Kowaleczko - Szumowska | M. Matlin | M. Miklaszewska | M. Niklewiczowa | M. Oklejak (autorka) | M. Oworuszko | M. Parr | M. Prześluga | M. Rusinek | M. Sasek | M. Skibińska | M. Szczygielski | M. Waltari | M. Widmark | M. Zarębska | M.Gutowska-Adamczyk | M.K.Piekarska | M.Strzałkowska | M.Wollny | Marcel A. Marcel | N. Streatfield | P. Beręsewicz | P. Goes | P. Lindenbaum | P. Maar | P. Pawlak - autor | Pawlakowie | R. Kipling | R. Kosik | R. Lagercrantz | R. McCormick | R. Mueller | R. Piątkowska | R. Riordan | R.Dahl | R.Jędrzejewska-Wróbel | S. Crossan | S. McBratney | S. Nyhus | S. Scherrer | Shaun Tan | Suzy Lee | T. Jansson | T. Trojanowski | U. Stark | V. Howie | W. Holzwarth | W.Widłak | Yvan Pommaux | Z. Orlińska | albumy | atlasy | piosenki | serie | składanki | tradycyjne | varia | Ł. Wierzbicki
RSS
środa, 30 stycznia 2019
Mama Gęś

 



Książka nominowana w kategorii PRZEKŁAD w Plebiscycie Blogerów – Książka dla Niedorosłych – LOKOMOTYWA 2018


   +


Hen, z dalekich stron do dzieci

Mama Gęś na skrzydłach leci,

by snuć dziwne historyjki,

znane w świecie od stuleci...

 

Małgorzata Strzałkowska jest Absolutną i Niekwestionowaną Mistrzynią Języka – jak widać, nie tyko polskiego. Pamiętam sprzed wielu lat jej zwariowane „Wierszyki łamiące języki”, a niedawno zachwycałam się tym, jak w „Spacerkiem przez rok” fantastycznie ubrała w rymy nie tylko charakterystyki poszczególnych miesięcy, ale także wyjaśniła pochodzenie ich nazw. W swojej najnowszej książce równie mistrzowsko przyswoiła językowi polskiemu tradycyjne angielskie nonsensowne wierszyki, znane od kilkuset lat jako opowieści Mamy Gęsi.

Użyłam słowa przyswoiła, bo nie są to zwykłe tłumaczenia. Bardziej chodziło w nich o oddanie sensu i humoru, niż o dosłowność.

Ale nie tylko przetłumaczyła !!! Wykonała także ogromną pracę, aby wyjaśnić i opisać ich pochodzenie, sens i konteksty kulturowe, które im towarzyszą. Na tych wierszykach wychowały się pokolenia angielskich dzieci - w tym wielu znanych pisarzy, a ich echa znajdujemy w czytanej także dziś klasyce literatury angielskojęzycznej. Na nich ukształtował się tak zwany angielski humor, z nich wyrósł nie tylko Monty Phyton...

Mama Gęś” to książka niejako podwójna ;-) Składają się na nią wierszyki, które podobać się będą czytelnikom (słuchaczom) w wieku 0+ czyli po prostu wszystkim (a im wcześniej zaczniemy dziecko poić tym humorem, tym IMO dla niego lepiej) oraz interesujące raczej dla nieco starszych noty na ich temat. Jak napisał w nocie na okładce profesor Grzegorz Leszczyński, Autorka z pasją Sherlocka Holmesa tropiła fakty, zbierała ciekawostki, słuchała anegdot przekazywanych z ust do ust, czytała prastare księgi i wyblakłe rękopisy. Wszystko po to, by z tych wierszy wydobyć ich sens i skrywany głęboko klimat minionego czasu, a przede wszystkim – by poprowadzić czytelnika krętymi ścieżkami literackich zagadek.

Ilustracje Adama Pękalskiego znakomicie wpisują się w nastrój tej książki. Podobnie jak w „Dawniej czyli drzewiej” tej samej pary autorskiej,  towarzyszą tekstowi z niezwykłą erudycją. Żadna postać na nich przedstawiona nie jest ubrana w sposób przypadkowy, a przedmioty, które im towarzyszą, także są dokładnie przemyślane i osadzone w kontekście. Kreska ilustratora nie infantylizuje tekstu. Razem tworzą całość, która może podobać się czytelnikom niezależnie od wieku.

A na wątpliwość profesora Leszczyńskiego: nie wiadomo, co bardziej fascynuje: lektura wierszy czy śledzenie efektów detektywistycznych prac tłumaczki, odpowiem:

jeśli o mnie chodzi – i to, i to bardziej :-)

 

Małgorzata Strzałkowska „Mama Gęś” ilustr.: Adam Pękalski, wyd.: Bajka, Warszawa 2018

 

 

sobota, 26 stycznia 2019
Mały pokój z książkami

 

Książka nominowana w kategorii PRZEKŁAD w Plebiscycie Blogerów – Książka dla Niedorosłych – LOKOMOTYWA 2018

   



Odeszli książęta od rajskiego płota,

otwierali usta szeroko jak wrota.

Klarynetko, Klarynetko,

chodak będzie nam lornetką...

Myślę, że nikogo nie zaskoczę, pisząc tutaj, że „Mały pokój z książkami” był ukochaną książką mojego dzieciństwa ? ;-)


   

 

Pierwsze wydanie tej książki ukazało się w 1971 roku, zawierało 19 opowiadań znakomicie przetłumaczonych przez Hannę Januszewską i zilustrowanych przez Bożenę Truchanowską. Jako dziecko nie lubiłam specjalnie baśni, nie znałam ich wielu, ale te były szczególne. Miały niezwykły klimat, który pięknie podkreślały ilustracje, a poza tym – nie wszystkie historie tam zawarte były baśniami (na przykład jedna z moich ulubionych – ta bożonarodzeniowa o Annie – Marii i szklanym pawiu). To jedna z niewielu ukochanych lektur mojego dzieciństwa, które po latach okazały się tak samo urzekające jak we wspomnieniach.

Niedawno dotarło do mnie wznowienie tej książki wydane przez Wydawnictwo Dwie Siostry i przeżyłam przy tej okazji dwa zaskoczenia. Po pierwsze – ilustracje. TEN „Mały pokój z książkami” jest drugą pozycją w serii „Mistrzowie Światowej Ilustracji” i towarzyszą mu oryginalne, czarno – białe ilustracje Edwarda Ardizzone. No cóż... Był to wspaniały artysta, ale dla mnie z tą książką nierozerwalnie wiążą się obrazy, które stworzyła pani Truchanowska, mimo że tych najwspanialszych, kolorowych było tam tylko osiem. Ale jakież one miały kolory ! I jakie piękne kwiaty na nich były ! (można je zobaczyć na blogu To dla pamięci)

Drugim zaskoczeniem było to, że nowa książka zawiera więcej opowiadań niż ta, którą znałam. Okazało się, że do poprzedniego wydania nie weszło 9 historii. Przetłumaczyła je teraz Ewa Rajewska. Udało jej się znakomicie uchwycić klimat i język zarówno oryginału, jak i poprzedniego przekładu - dzięki temu ten zbiór stanowi całość. Ja oczywiście od razu wiedziałam, które z opowiadań są nowe, ale myślę, że osoby, które czytają to po raz pierwszy, nie zauważą różnicy w tłumaczeniach.

Zastanawiam się, dlaczego te opowiadania nie weszły do pierwszego polskiego wydania ? Widzę dwa możliwe wytłumaczenia: albo ingerowała w to cenzura, albo edycja całości przekraczała ówczesne przydziały papieru, jakimi dysponowało wydawnictwo Nasza Księgarnia. To drugie wydaje mi się bardziej prawdopodobne, bo jedynie „Pocałunek dla drzewa brzoskwiniowego”, w którym kluczową rolę odgrywa obrazek ze św. Antonim, mógł być w PRL-u niecenzuralny, pozostałe są zupełnie niewinne. Najbardziej żałuję, że nie było mi dane poznać w dzieciństwie „I zatańczę dokolutka”, bo jest tam przepięknie, z miłością pokazana starość oraz więź między dziewczynką a jej staruteńką prababcią, więź, która z jednej strony zmusza Gryzeldę do wielu poświęceń, ale z drugiej strony – jest jej siłą i pomaga jej w życiu.

Cieszę się bardzo ze wznowienia „Małego pokoju z książkami” !!! Urok tej książki jest, mam nadzieję, ponadczasowy, nawet mimo braku ilustracji, które tak lubiłam ;-)

 

Eleanor Farjeron „Mały pokój z książkami” (seria: Mistrzowie Światowej Ilustracji), przekł: Hanna Januszewska, Ewa Rajewska, ilustr.: Edward Ardizzone, wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2018



Eleanor Farjeron „Mały pokój z książkami” , przekł: Hanna Januszewska, ilustr.: Bożena Truchanowska, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 1971

 

poniedziałek, 21 stycznia 2019
Jak ciężko być królem



Książka nominowana w kategorii OD A DO Z w Plebiscycie Blogerów – Książka dla Niedorosłych – LOKOMOTYWA 2018 

 

Iwona Chmielewska odczytuje współcześnie „Króla Maciusia pierwszego” - książkę Janusza Korczaka, która powstała niemal sto lat temu. W życiu książki dla dzieci to bardzo długi czas – zmienił się w nim nie tylko świat, w którym żyją jej czytelnicy, ale przede wszystkim sposób narracji i język, jakim autor mówi do nich. Dla dzieci urodzonych w początku nowego wieku i tysiąclecia proza Starego Doktora bywa trudna do czytania, a przecież stawia pytania aktualne także dziś.

To jest częsty problem, jaki mamy z klasyką literatury. W przypadku książek napisanych w obcych językach nowy przekład bywa szansą na ich odmłodzenie, ale co zrobić, jeśli język jest ten sam, tylko nieco anachroniczny ? Od starszych czytelników możemy wymagać, żeby mimo to starali się sprostać wyzwaniu, jakim jest taka lektura. Ich kompetencje czytelnicze i wiedza ogólna pozwalają na to, ale co z dziećmi ?

Wydaje mi się, że Iwona Chmielewska znalazła rozwiązanie – przełożyła tekst Korczaka na język obrazów i zrobiła to, fantastycznie oddając sens jego książki. Jej Maciuś ma twarz małego Henryka Goldszmita z fotografii, która towarzyszy od pierwszego wszystkim (jak mi się wydaje) wydaniom tej książki. Napisał wtedy: Więc kiedy byłem taki, jak na tej fotografii, sam chciałem zrobić to wszystko, co tu napisane. A potem zapomniałem, a teraz jestem już stary...

Mały chłopiec w szkarłatnym ubranku z białym kołnierzykiem, przytłoczony zbyt dużą koroną mierzy się z zadaniem urządzenia kraju tak, aby wszystkim w nim było dobrze. Na ostatniej ilustracji już zdetronizowany spotyka starego Janusza Korczaka, który wie, że nie jest łatwo naprawić świat...

Książka „Jak ciężko być królem” powstała w związku z wystawą „W Polsce króla Maciusia. 100 – lecie odzyskania niepodległości” w warszawskim Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN (można ją zwiedzać do 1 lipca – naprawdę warto się wybrać !!!). Opowieść o Maciusiu stanowi jej pierwszą część, bramę, która prowadzi zwiedzających do sali, w której dzieci mogą także zmierzyć się z problemami rządzenia krajem. To nie jest wystawa historyczna, mimo że na rozstawionych tam tablicach można poczytać o II Rzeczpospolitej, ale to, co tam znajdziemy, adresowane jest raczej do dorosłych towarzyszących dzieciom w zwiedzaniu.

Dzięki prostym urządzeniom, takim jak np. zwyczajna waga, rówieśnicy Maciusia mogą przekonać się empirycznie jak trudne jest dzielenie wspólnych finansów i że aby gdzieś dołożyć, trzeba równocześnie z innego miejsca zabrać. Przekonują się też, że jeden głos w jakiejś sprawie może mieć ogromne znaczenie... Jak to określiła w „Tygodniku Powszechnym” Joanna Olechplac demokratycznych zabaw, miniaturowa republika dzieci.

Jak ciężko być królem” to książka dopracowana i domyślana w każdym calu, od okładki i jej wyklejki, przez dobór cytatów z książki Korczaka (wybrane przez kuratorki wystawy w POLIN) i oczywiście ilustracje. W przypadku książek Iwony Chmielewskiej to zupełnie nie dziwi – one po prostu zawsze takie są.

 

Janusz Korczak, Iwona Chmielewska „Jak ciężko być królem”, Wydawnictwo Wolni i Muzeum Historii Żydów Polski POLIN, Warszawa 2018

 

 

 

 

wtorek, 15 stycznia 2019
Mały atlas motyli Ewy i Pawła Pawlaków

 

Książka nominowana w kategorii OBRAZ w Plebiscycie Blogerów – Książka dla Niedorosłych – LOKOMOTYWA 2018

   

i "Mały atlas ptaków Ewy i Pawła Pawlaków"

   



czyli dwie autorskie książki pary fantastycznych ilustratorów, które poświęcili stworzeniom odwiedzającym ich ogród.Wbrew temu, co sugerują sztywne strony, nie są one przeznaczona dla maluchów, ale dzięki tej formie są bardziej wytrzymałe i nadają się, żeby zabierać je na wyprawy przyrodoznawcze ;-)

Na początku był dom. Dom w budowie, bez okien. Ale już wtedy miał mieszkańców.

Ptak, który nas przywitał, raz po raz się kłaniał, jakby mówił: „Witam państwa uprzejmie ! Proszę czuć się jak u siebie.”

Przeczytaliśmy w atlasie, że ten ptaszek nazywa się kopciuszek... i że najchętniej zasiedla ruiny.

No cóż, nie był to komplement dla naszego domu. Ale i tak zamieszkaliśmy w nim razem z kopciuszkiem... 

Najpierw były ptaki sfotografowane i wyaplikowane z materiałów przez Ewę Kozyrę – Pawlak oraz malowane akwarelą przez Pawła Pawlaka (a także rysowane przez Hanię Cisło). Książka absolutnie cudowna, którą ma się ochotę oglądać i oglądać, wciąż i wciąż... Myślę, że najodpowiedniejszym miejscem dla niej powinien być parapet okna z widokiem na karmnik, aby można było na bieżąco sprawdzać, kto go odwiedza u nas.

W kolejnym atlasie – motyle uwiecznione tak samo oraz dodatkowo jeszcze stworzone przez Pawła Pawlaka z patyczków, liści i sznurków – a wszystkie jak żywe ! Trzeba uważnie przyjrzeć się, żeby zobaczyć, z czego zostały one zrobione, ale na pewno żaden motyl nie ucierpiał podczas powstawania tej książki, która przepięknie zachęca do obserwacji stworzeń fruwających dookoła nas, a także do własnoręcznego ich uwieczniania.

Ciekawa jestem bardzo, atlas jakich stworzeń powstanie w następnej kolejności ? Bo że powstanie jestem niemal pewna - tak samo jak tego, że też będzie przeuroczy :-)

 

Ewa Kozyra – Pawlak, Paweł Pawlak „Mały atlas motyli Ewy i Pawła Pawlaków”, Nasza Księgarnia, Warszawa 2018

Ewa Kozyra – Pawlak, Paweł Pawlak „Mały atlas ptaków Ewy i Pawła Pawlaków”, Nasza Księgarnia, Warszawa 2017

 

sobota, 12 stycznia 2019
Felix, Net i Nika oraz koniec świata jaki znamy



Książka nominowana w kategorii FABUŁA w Plebiscycie Blogerów – Książka dla Niedorosłych – LOKOMOTYWA 2018

   



Pierwszy raz zobaczyłam ich na billboardzie przy jednej z warszawskich ulic... - pisałam tutaj w lipcu 2006 roku o dwóch pierwszych tomach cyklu „Felix, Net i Nika”

Zaskoczyli mnie. Książka dla młodzieży (w dodatku rodzimego i nieznanego autora) reklamowana w taki sposób ??? Następne zdziwienie - książka dla młodzieży, a JA nic o niej nie wiem ??? Co prawda zestaw bohaterów (dwóch chłopaków oraz dziewczyna z dużą ilością włosów) sugerował kolejną próbę „podczepienia się” pod sukces medialny Harrego, Rona i Hermiony, ale szukałam wtedy nerwowo prezentu dla Ani z jakiejś okazji i intuicja podpowiedziała mi, że warto zaryzykować. Nie zawiodłam się na swoim przeczuciu, a Felix, Net i Nika powiększyli grono ulubionych bohaterów mojej córki.

Oni sami pierwszy raz spotkali się w dniu rozpoczęcia roku szkolnego w Gimnazjum imienia profesora Stefana Kuszmińskiego i natychmiast (już w drodze z auli do klasy) wpadli w tarapaty. Tak miało być potem cały czas - ich koledzy brnęli mozolnie od jednej klasówki do drugiej, narzekając, że „w tej szkole nigdy nie dzieje się nic ciekawego”, natomiast Felix, Net i Nika jak trzyosobowy MacGywer - od zagadki do zagadki i od przygody do przygody. Zaczęło się od bandy szkolnych złodziejaszków, a potem już poszło - skarb zaginiony podczas wojny, tajemnica ducha na szkolnym strychu, gang Mortena... - żadna tajemnica nie jest zbyt trudna do rozwikłania, jeśli tylko robią to razem.

Od tego czasu minęło 12 lat, w czasie których ukazało się 13 kolejnych tomów cyklu - „Felix, Net i Nika oraz koniec świata jaki znamy” jest jego częścią piętnastą. Moja Ania, która zaczęła gimnazjum dwa lata po jego bohaterach, zdążyła już skończyć studia i rozpocząć doktorat, a oni ciągle nie mogą opuścić murów swojego Gimnazjum imienia profesora Stefana Kuszmińskiego. W najnowszym tomie są już co prawda licealistami, jednak zawdzięczają to wyłącznie twórczemu podejściu swojej szkoły (oraz Autora) do kwestii reformy (zwanej przez niektórych deformą) edukacji ;-).

Nie czytałam kilku ostatnich części cyklu, ale fragmenty, które gdzieś mi wpadały w oko, a także tłumy młodzieży, które przybywały na targowe spotkania z Rafałem Kosikiem, utwierdzały mnie w przekonaniu, że cykl trzyma poziom. Tylko nielicznym się to udaje – na ogół autorzy takich popularnych tasiemców po jakiś czasie ograniczają się do odcinania kuponów popularności pierwszych części i kolejne tomy są coraz słabszymi wersjami tego samego.

Autor robi wrażenie, jakby świetnie się bawił wymyślając kolejne perypetie swoich bohaterów i tworząc misz-masz z motywów zaczerpniętych z kultury masowej (od „Terminatora” przez „Archiwum X” po kabaret „Munio”), mieszając style i konwencje.  - napisałam wtedy, a po przeczytaniu „Felixa, Neta i Niki oraz końca świata jaki znamy” widzę, że tak jest nadal.

Przy okazji uświadomiłam do lektury tych książek dorastają już czytelnicy, których nie było na świecie, kiedy wychodził pierwszy tom. Ani oni, ani większość tych nieco starszych nie skojarzą więc zapewne, dlaczego wtedy Net zmienił hasło szkolnej sieci na KOPYTKO ;-), nie ma to jednak dla całości akcji większego znaczenia

Felix, Net i Nika oraz koniec świata jaki znamy” to tom utrzymany w konwencji postapo ze wszystkim najważniejszymi motywami tego gatunku. Widać, że Autor nadal świetnie się bawi pisząc (oraz tworząc przypisy -mój ulubiony jest na stronie 430 ;-). Tę część można czytać nie znając poprzednich, ale pewna jestem, że po jej skończeniu większość czytelników nie poprzestanie na tym.

Rafał Kosik „Felix, Net i Nika oraz koniec świata jaki znamy”, Powergraph, Warszawa 2018

 

piątek, 23 listopada 2018
Moje miasto Warszawa

 

   

 

Pierwszy raz zdarza mi się, że piszę o książce, której nie miałam w ręku. Nie znaczy to jednak, że jej nie czytałam – jest dostępna tutaj, można ją dokładnie obejrzeć, przeczytać a nawet posłuchać, jak czyta te wiersze Krzysztof Tyniec.

„Moje miasto Warszawa” to publikacja wydana przez Miasto Stołeczne Warszawę. Nie można jej kupić, ale od zeszłego roku dostają ją wszystkie stołeczne przedszkolaki rozpoczynające ten etap edukacji.

Ta książka to spacer po Warszawie, przez którą prowadzą czytelnika wiersze Pawła Beręsewicza. Odwiedzamy w niej wszystko, co jest atrakcyjne dla małych spacerowiczów – od Pałacu Kultury przez Trakt Królewski po Centrum nauki Kopernik, a kończymy tę wycieczkę... oczywiście w domu :-) Bardzo podoba mi się ten pomysł. Przedszkolaki to dzieci, które większość czasu spędzają na swoim osiedlu czy w dzielnicy, między przedszkolem a domem, a zapracowani rodzice niewiele mają czasu na to, żeby z nimi zwiedzać miasto, w którym mieszkają. Często więc go nie znają, a ta książka może być fajnym pretekstem do rodzinnej wycieczki.

   



Ze wszystkich zawartych w niej wierszy największe wrażenie zrobił na mnie ten poświęcony Pomnikowi Małego Powstańca. Pozwolę go sobie zacytować w całości, bo jest powodem, dla którego w ogóle piszę o tej książce:

Czemu tak, dziadku, na nim ubrania wisiały ?

Bo mały.

A czemu hełm na głowie i twarz niespokojna ?

Bo wojna.

I tak mu mama na wojnę iść dała ?

Nie chciała.

A co myślała, jak już poszedł bez zgody ?

Za młody.

Ale wrócił do mamy, na ciastka i dżemy ?

Nie wiemy.

Ech, szkoda, że mnie taka omija przygoda !

Nie szkoda.

Pomnik Małego Powstańca jest bodaj najbardziej kontrowersyjnym warszawskim pomnikiem. Kontrowersyjnym dlatego, że najczęściej bywa on rozumiany kompletnie opacznie – jako gloryfikacja walczących dzieci czy wręcz pochwała wysyłania ich na pierwszą linię. Tymczasem zamysł autora tej rzeźby, Jerzego Jarnuszkiewicza był zupełnie inny. Przede wszystkim – ta rzeźba nie powstała z myślą o pomniku. Jarnuszkiewicz wyrzeźbił niewielką figurkę chłopca z karabinem, w za dużych butach i opadającym na oczy hełmie tuż po wojnie, jak sam mówił jako hołd oddany dzieciom poległym w walce. Nazwał ją wtedy „Dziecko – bohater” i przez ponad 30 lat funkcjonowała w obiegu nieoficjalnym, w którym jak przez większość tego czasu pozostawała także pamięć o Powstaniu Warszawskim.

Dopiero w latach osiemdziesiątych władze PRL zaczęły odwoływać się do niej w swojej narracji historycznej. W 1982 roku, w budynkach fabryki Norblina odbyła się wystawa, którą pamiętam bardzo dobrze. Byłam wtedy w klasie maturalnej, przygotowywałam się do egzaminów na historię, a tam miałam do czynienia, można powiedzieć, z żywą historią. Powstańcy, których dziś pozostało już niewielu i z każdym dniem ich ubywa, byli wtedy krzepkimi sześćdziesięciolatkami i chętnie rozmawiali z nami, a nasze zainteresowanie sprawiało im ogromną przyjemność.

Wtedy także rozpisano konkurs na pomnik Powstania (a nawet trzy kolejne konkursy), na czele komitetu jego budowy stanął legendarny pułkownik „Radosław” i po wielu problemach został od w końcu odsłonięty 1 sierpnia 1989 roku (czyli w 45 rocznicę wybuchu Powstania). Gdzieś obok całego związanego z nim zamieszania, nagle w 1983 roku na murach Starego Miasta pojawił się Pomnik Małego Powstańca. Podobno inicjatywa wyszła od warszawskich harcerzy, ale byłam wtedy harcerką Chorągwi Stołecznej i nie przypominam sobie niczego, co byłoby z takim pomysłem związane. Dlaczego zdecydowano się właśnie na powiększoną wersję rzeźby Jerzego Jarnuszkiewicza ? Kto podjął tę decyzję ? Nie wiem, nie udało mi się nigdzie znaleźć takiej informacji.

Pomnik stoi na Starym Mieście już 35 lat, wrósł w krajobraz Warszawy i coraz trudniej dyskutować z mitami, które wokół niego narosły. To co miało być obrazem dzieciństwa skażonego wojną, coraz częściej traktowane jest jako pochwała udziału dzieci w wojnie. Zdarza mi się też słyszeć, że jest on dowodem na to, że dowódcy Powstania wysyłali do walki dzieci, bo przecież ten pomnik nie wziął się znikąd, więc zapewne tak było. Trzeba powiedzieć wyraźnie - dzieci takie jak przedstawione na tym pomniku nie brały udziału w walkach i nikt im do ręki nie dawał takich pistoletów maszynowych (ani żadnych innych). Broni w Powstaniu brakowało dramatycznie, nie wystarczało jej dla dorosłych powstańców, więc tym bardziej nie miały jej dzieci. Owszem, najmłodsi jeńcy, którzy trafili do obozów jenieckich mieli 11 lat (było ich dwóch i sześciu dwunastolatków), ale nie znaczy to, że brali udział w walkach. Byli to harcerze – listonosze z Poczty Powstańczej, która powstała m.in. po to, żeby tych rwących się wszędzie tam, gdzie coś się działo, chłopców utrzymać jak najdalej od pola walki. Najmłodszy poległy żołnierz Powstania, Wojciech Zalewski „Orzeł Biały”, którego ciało niesione przez powstańca zostało uwiecznione przez kronikę filmową, też miał 11 lat i pełnił w swoim oddziale funkcję łącznika. Wśród nieletnich jeńców dominowali piętnasto- i szesnastolatkowie, ale pamiętajmy, że mieli oni za sobą dorastanie w czasach okupacji, więc trudno ich porównywać z rówieśnikami żyjącymi obecnie.

   

Warto też przy tej okazji przypomnieć, że piosenka „Warszawskie dzieci” także bywa rozumiana opacznie, bo przecież wcale nie mówi o dzieciach w sensie wieku (o czym dobitnie świadczy np. ten fragment: Od piły, dłuta, młota, kielni – stolico synów swoich sław...). Podobnie jak przedwojenny 21 Pułk Piechoty „Dzieci Warszawy” czy 6 Pułk Pancerny „Dzieci Lwowa” w II Korpusie, które przecież nie składały się z nieletnich żołnierzy.

Pomnik Małego Powstańca wrósł w warszawski krajobraz i obrósł całą masą przetworzeń w formie pamiątek – magnesów, breloczków, śnieżnych kul (że o torcie – koszmarze, który prezentowano na jakimś konkursie cukierniczym nie wspomnę). Na pierwszosierpniowych śpiewankach na placu Piłsudskiego zdarza mi się widzieć dzieci w wieku przedszkolnym i wczesnoszkolnym dumnie paradujące w hełmach z biało-czerwonymi opaskami. Myślę, że to przede wszystkim do nich i do ich rodziców adresowane są ostatnie wersy tego wiersza.

Nie ważne, czy w czasie wojny dzieci siedzą schowane w piwnicach (co było losem większości warszawskich dzieci podczas Powstania) czy biorą jakikolwiek udział w walce. Wojna nigdy nie jest fajną przygodą.

Powtórzę więc za dziadkiem z tego wiersza: Nie szkoda !!!

 

(Zdjęcia książki pożyczyłam z fanpage'a strony „Mosty z książek” na FB. Dziękuję :-)

 

Paweł Beręsewicz „Moje miasto Warszawa”, ilustr.: Monika Pollak, wyd.: Miasto Stołeczne Warszawa, Warszawa 2017

 

 

wtorek, 13 listopada 2018
Jaki znak Twój ? Wierszyki na dalsze 100 lat niepodległości

 

KSIĄŻKA ROKU 2018 POLSKIEJ SEKCJI IBBY  w kategorii literackiej za książkę dla dzieci !!!

 

Zaczynamy kolejne stulecie niepodległości. Umilkły echa hymnu, rozwiał się dym z rac, rozpłynęły w powietrzu fajerwerki i można już zdjąć sprzed domu flagę, która wisiała tam od 3 maja. Życzę nam wszystkim teraz i kolejnym pokoleniom, żeby to nowe stulecie było naprawdę niepodległe, od początku do końca, bo w tym co się skończyło, jak bym nie liczyła, nie chce mi wyjść prawdziwej niepodległości więcej jak połowa.

Od kilku dni krąży po Facebooku film „Mój patriotyzm” udostępniony przez Powiat Strzelecko – Drezdenecki. Został on nagrodzony w konkursie z okazji 100 rocznicy odzyskania niepodległości, a biorą w nim udział niepełnosprawni uczniowie Ośrodka Rehabilitacyjno – Edukacyjno – Wychowaczego w Drezdenku. Film jest powszechnie chwalony, także za mądre słowa o patriotyzmie, które w nim padają. Obawiam się jednak, że niewielu z tych chwalących wie, że ich autorem jest Michał Rusinek, bo informacja o tym znalazła się na samym końcu napisów zamykających film.

   

Jaki znak Twój ?”, z której pochodzą, to trzecia w ostatnich latach (po „Kto Ty jesteś” i „A ja jestem Polak mały, moim krajem jest świat cały”) książka podejmująca próbę zredefiniowania pojęcia patriotyzmu w sposób zrozumiały dla dzieci i w dodatku odpowiadający realiom XXI wieku. Podobnie jak w przypadku dwóch poprzednich, także w tej autor odwołuje się do „Katechizmu dziecka polskiego” - tym razem nie tylko nawiązując do niego tytułem, ale próbując ponownie odpowiedzieć na pytania postawione przez Władysława Bełzę.

Nie jest łatwo z tym patriotyzmem, niestety... Bełza pisał „Katechizm” jeszcze w XIX wieku. W kolejnym stuleciu, które de facto zaczęło się w 1914 roku, dwa totalitaryzmy wywróciły do góry nogami istniejący porządek świata. Teraz musimy na nowo, w zupełnie innych realiach nadać sens podstawowym pojęciom, zastanowić się, co one obecnie znaczą. I czy w ogóle jeszcze coś znaczą ?

Kto Ty jesteś ? Jaki znak Twój ? Gdzie Ty mieszkasz ? W jakim kraju ? Czym ta ziemia ? Czym zdobyta ? Czy ją kochasz ? A w co wierzysz ? Czym Ty dla niej ? Coś jej winien ?

Na te pytania zadane w 1900 roku próbuje w 2018 odpowiedzieć Michał Rusinek.

Z jakim skutkiem ?

No cóż... całkiem niezłym, choć do pełnego zachwytu tą książką trochę mi brakuje. Z jednej strony – w przeciwieństwie do Joanny Olech, Michał Rusinek nie ucieka od słowa „Polska”, ale już „ojczyzna” nie pojawia się tam ani razu, a wydaje mi się, że również to pojęcie powinno zostać odczytane na nowo.

Czasem miałam też poczucie, że trochę przekombinowuje i zbytnio kluczy, że obawia się albo nie potrafi znaleźć jednoznacznych odpowiedzi na niektóre z pytań...

Nie mam na podorędziu żadnego dziecka w odpowiednim wieku, na którym mogłabym tę książkę wypróbować, ale pewne moje obawy budzi też jej forma. Czytałam ją na próbę na głos i zdarzały mi się problemy z rytmem wiersza oraz z dość ryzykownymi konstrukcjami zdań, przez które trudno było zrozumieć ich sens.

Ale spodobał mi się sposób, w jaki autor pisze o historii – tej wielkiej, i tej małej; tej z której możemy być dumni, i tej, z której może niekoniecznie... Podzielam też jego miłość do specyfiki polskiego alfabetu ;-)

Gdybym była królową lub królem,

to nie wahałabym się w ogóle,

lecz wykorzystałabym swoją władzę

i wyszyć kazałabym na fladze

najlepiej nitką niebieską

Z” z kropką oraz kreską,

E” oraz „A” z ogonkami,

N”, „S”, „C” i „O” z kreskami

oraz przekreślone „L”

- taki miałabym cel.

Choć przy tej okazji nie mogę uciec od smutnej refleksji, jak symboliczny jest fakt, że jedynym słowem złożonym wyłącznie z tych uroczych polskich liter jest ŻÓŁĆ ;-)

 

Jaki znak twój ?” to książka ważna i choć nie w pełni podzielam przedstawione w niej rozumienie patriotyzmu, może (i powinna) stanowić dobry punkt wyjścia do rozmowy z dziećmi o tym. Bo tylko rozmawiając możemy dojść do tego, co on oznacza dla nas samych. Tu i teraz.

 

Michał Rusinek „Jaki znak Twój ? Wierszyki na dalsze 100 lat niepodległości”, ilustr.: Joanna Rusinek, wyd.: Znak, Kraków 2018

 

piątek, 21 września 2018
Mały Książę

 

   



W księgarniach kameralnych od jakiegoś czasu, a we wszystkich pozostałych od 3 października - „Mały Książę” w przekładzie Henryka Woźniakowskiego i (co najważniejsze !!!) z nowymi ilustracjami Pawła Pawlaka.

Nie widziałam nigdy tej książki z ilustracjami innymi niż autorskie. Nie wiem, czy w ogóle powstały, bo do niedawna jej wydanie nie było możliwe. Twórczość Antoine'a de Saint-Exupery'ego dopiero od 2015 roku jest w domenie publicznej na całym świecie - z wyjątkiem Francji, gdzie ma on status poległego za Francję, co wydłużyło ich ochronę do 2044 roku.

Mały Książę” nie był nigdy moją ukochaną książką i zapewne dlatego nie mam problemów z zaakceptowaniem go w tej wersji, ale wiem, że nie wszystkim przychodzi to łatwo. Z drugiej strony: przyzwyczaiłam się uważać wersję Saint-Exupery'ego za dzieło autorskie - kompletne i skończone, a pewną nieporadność ilustracji za uzasadnioną i wynikającą z tekstu. Chyba nigdy wcześniej nie przyszło mi w ogóle do głowy, że można widzieć Małego Księcia inaczej niż w zielonym ubraniu i płaszczu do ziemi, mimo że w książce jego wygląd nie został wcale opisany.

   

Odwagę Pawła Pawlaka, żeby się zmierzyć z tym kanonicznym wizerunkiem przyjęłam z zaskoczeniem, które potem zmieniło się w podziw. On sam tak mówił o tym w wywiadzie dla „Książek dla dzieci i młodszych dorosłych”, dodatku do dwumiesięcznika „Książki. Magazyn do czytania” :

- Bałeś się ?

Przeilustrować kanon ? Nie podjąłbym się zilustrowania „Muminków”. Podobnie jak „Kubusia Puchatka” - ilustracje Ernesta Sheparda czy Tove Jansson są nie tylko kanoniczne, ale też perfekcyjne.

- A w „Małym Księciu” nie ?

Muszę to powiedzieć, niezależnie od tego, jak to zabrzmi: to są złe ilustracje. Widzę w nich nieporadność, ale przede wszystkim brak emocji. Spójrz, oczy Małego Księcia są na nich puste. A przecież to emocje budują związek między oglądającym a książką.

- A jednak reprodukowane są przez pół świata – znajdziesz je nie tylko w książkach, ale także na notesach, koszulkach, a nawet butach.

Ale zwróć uwagę, że większość tych ilustracji jest uśliczniona. Kolory są mocniejsze, formy wyrazistsze, oczka bardziej niebieskie. Na stronie nowojorskiego Morgan Library & Museum, w którym jest przechowywany rękopis „Małego Księcia”, można obejrzeć oryginały Saint-Exupery'ego. One mają jeszcze słabsze, bledsze, bardziej bure kolory niż te, które znamy choćby z polskich wydań. (…)

Musiałem odpowiedzieć sobie na pytanie: kim mam być wobec tekstu ? Uznałem, że siłą rzeczy muszę zostać barbarzyńcą, który wyszturchnie Saint-Exupery'ego z jego własnej książki i nada jej całkiem inny charakter...

To się udało – ilustracje Pawła Pawlaka w żadnym miejscu nie kojarzą się z oryginalnymi, są zupełnie inne. Nawet wąż zamknięty, który u Saint-Exupery'ego wygląda jak kapelusz typu fedora, tutaj jest bardziej melonikiem ;-) Dominującymi kształtami są w nich trójkąty i koła. Te pierwsze, nieprzytulnie kanciaste są wszędzie tam, gdzie jest nieprzyjaźnie i groźnie. Drugie wiążą się z miłością i bezpieczeństwem. Okrągła jest piękna ukochana Księcia – róża, okrągłe są planety, przez które wędruje, w okrąg także wpisane jest uczucie, które połączyło pilota z chłopcem.

Dzięki temu, że są tak inne od tych, do których jesteśmy przyzwyczajeni, te ilustracje pozwalają spojrzeć inaczej na całą tę historię. Warto dać sobie na to szansę...

 

Antoine de Saint-Exupery „Mały Książę”, przekł.: Henryk Woźniakowski, ilustr.: Paweł Pawlak, wyd.: Znak, Kraków 2018

 





niedziela, 01 lipca 2018
Wojna, która ocaliła mi życie

 

   

 

Historia, która opowiadam, rozpoczyna się przed czterema laty, w pierwszych dniach lata 1939 roku. Anglia stała wtedy u progu kolejnej Wielkiej Wojny, tej, która nadal się toczy. Większość ludzi się bała. Ja miałam dziesięć lat (chociaż wtedy o tym nie wiedziałam) i mimo że słyszałam o Hitlerze – fragmenty rozmów i przekleństwa, które dolatywały z uliczki do mojego okna na trzecim piętrze – wcale nie przejmowałam się ani nim, ani żadną wojną między narodami.

1 września, jeszcze przed przystąpieniem Wielkiej Brytanii do wojny, w obawie przed niemieckim nalotami rozpoczęto ewakuację dzieci z Londynu na wieś. O tym, że mógł to być początek niezwykłych przygód, wiemy już z „Opowieści z Narnii”, ale ta historia jest inna...

Jedyni ludzie, których Ada dotychczas znała to matka i młodszy braciszek, jedyny świat – jednopokojowe mieszkanie i widok z okna, a jedyny dotyk – bicie. Gdyby nie podjęła ryzyka ucieczki od brutalnej matki, która w taki sposób odreagowywała wstyd związany z posiadaniem kalekiego dziecka, byłoby tak nadal.

Wojna, która ocaliła mi życie” - tytuł paradoksalny ale prawdziwy. Wojna kojarzy się ze śmiercią i tragediami, ale dla Ady i Jamiego stała się szansą. Ich droga do innego świata nie prowadziła przez szafę, ale przez czerwone drzwi domu panny Susan, a to co ich potem spotkało nie miało nic wspólnego z magią. Choć może to właśnie była magia ? Gdzieś w tle działa się wojna, która początkowo zupełnie ich nie dotyczyła, a między rodzeństwem z Londynu i samotną, pogrążoną w żałobie kobietą, która przecież wcale nie chciała ich przyjąć do siebie, rodziła się więź silniejsza niż ta, która wynika z pokrewieństwa.

Wojna, która ocaliła mi życie” to zaskakująco piękna, prosta opowieść o odkrywaniu własnej wartości, o miłości, która rodzi się z zaufania i o rodzinie, którą buduje miłość.

Kimberley Brubaker Bradley „Wojna, która ocaliła mi życie”, przekł.: Marta Bręgiel – Pant, wyd.: Wydawnictwo Entliczek, Warszawa 2017

 

 

piątek, 11 maja 2018
Boom herstoryczny czyli subiektywny przegląd książek o ważnych kobietach

 

Pod takim tytułem ukazał się w ostatnim, 31 numerze „Rymsa” artykuł mojego autorstwa.

 

Herstoria to termin, który powstał na skutek zabawy słowami – angielskie HISTORY można też czytać jak dwa słowa HIS STORY czyli Jego Historia (albo opowieść czy też wręcz bajka). Przez długi czas w historii – tej uprawianej i nauczanej tradycyjnie dominowały kwestie polityczne. Skupiała się ona na wielkich postaciach i przełomowych datach, pomijając kompletnie te obszary życia, których tradycyjnie dotyczyła aktywność kobiet. Tak pojmowana historia była rzeczywiście historią mężczyzn, kobiety pojawiały się w niej tylko wtedy, kiedy wchodziły w role i zadania tradycyjnie uznawane za męskie. Zaczęło się to zmieniać już w XX wieku, kiedy (przede wszystkim pod wpływem francuskiej szkoły „Annales”) zwrócono się ku historii społecznej.

Odpowiedzią na tak postrzeganą HIStorię jest HERstoria rozumiana jako taki rodzaj narracji historycznej, w której ważnym (jeśli nie najważniejszym) punktem odniesienia będą kobiety - ich sprawy, problemy i osiągnięcia. Oczywiście termin ten nie ma zastosowania w poważnym dyskursie historycznym, ale, moim zdaniem, znakomicie nadaje się do opisania pewnego trendu, z którym od niedawna mamy do czynienia w świecie książek dla dzieci młodzieży. Z pewną przesadą nazwałabym go nawet herstorycznym boomem.

   

W 2017 roku ukazały się w Polsce trzy książki będące zbiorami opowieści o niezwykłych kobietach, które zmieniały świat: „Opowieści na dobranoc dla młodych buntowniczek” „Superbohaterki” oraz „Damy, dziewuchy, dziewczyny”. Spróbujmy im się przyjrzeć – o czym i w jaki sposób opowiadają ?

     

Całość artykułu znajdziecie tutaj – zapraszam do lektury !!!

 

   

   

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 32
Archiwum
Tagi
Mały Pokój z Książkami

Wypromuj również swoją stronę