|
CZYLI O DOBRYCH KSIĄŻKACH DLA DZIECI NIE TYLKO DLA DZIECI
sobota, 12 maja 2012
Mama Mu czyta
Mama Mu czyta ????
Pan Wrona osunął się na ziemię. - Czemu Ty nie możesz robić jakichś zwykłych rzeczy ? - spytał żałosnym tonem. - Pojeździłabyś sobie na rowerze czy nawet wdrapała się na drzewo, cokolwiek. - Książki są takie fajne, Panie Wrono – odparła Mama Mu. - Jak się umie czytać, to można się dowiedzieć niemal wszystkiego. „Mama Mu czyta” to już szósta wydana pojedynczo historia o mojej ukochanej krowie. Zeszłoroczny zbiór „Mama Mu na rowerze” najpierw rozbudził moje nadzieje (w końcu – im więcej, tym lepiej), a potem ciut rozczarował. Można powiedzieć, że ilość nie przeszła w jakość :-(
Okazało się, że na urok i dowcip pierwszych pięciu książeczek, które już znałam, w jednakowym stopniu składał się tekst oraz ilustracje, a tajemnica zawierała się właśnie w ich odpowiednich proporcjach ilościowych. W zbiorku tekst dominował i wyraźnie odczuwało się brak ilustracji. To niestety odbiło się na dowcipie całości. Tutaj wszystko jest jak trzeba :-)
Co czyta Mama Mu ? Znalazła sobie lekturę najbardziej odpowiednią - A Pan Wrona przekonał się przy tej okazji , że pisanie książek nie jest jego życiowym powołaniem... No cóż – ma niewątpliwie wiele innych zalet ;-)
Jujja Wieslander (tekst), Sven Nordqvist (ilustr.) „Mama Mu czyta”, przekł.: Michał Wronek – Piotrowski, wyd.: Zakamarki, Poznań 2012
niedziela, 29 kwietnia 2012
Krótka historia świata dla młodszych i starszych
Historia tej książki sama w sobie mogłaby być materiałem na książkę... Wszystko zaczęło się w Wiedniu, w roku 1935. Ernst Gombrich, młody historyk sztuki świeżo po doktoracie, miał problemy ze znalezieniem pracy – być może przyczyną tego było jego żydowskie pochodzenie. Pewien zaprzyjaźniony młody redaktor, zwrócił się do niego z zapytaniem, czy nie miałby ochoty przejrzeć angielskiego podręcznika historii dla dzieci i może przetłumaczyć go na niemiecki. Książka została polecona mu przez wspólnego przyjaciela, który w Londynie studiował medycynę i miała się ukazać w nowej serii, zatytułowanej „Nauka dla dzieci” - pisze we wstępie wnuczka autora Leonie Gombrich. Dziadek niezbyt się książką zachwycił i powiedział Walterowi Neurathowi, późniejszemu założycielowi wydawnictwa Thames & Hudson w Anglii, że nie warto jej tłumaczyć. „Myślę, że sam napisałbym lepszą” - stwierdził, na co Neurath poprosił, żeby przysłał mu może jeden rozdział. Na ostatnim etapie pracy nad doktoratem mój dziadek korespondował z córeczką przyjaciół, która chciała wiedzieć, czym jest wciąż tak zajęty. (...) Był przekonany, że większość rzeczy można inteligentnemu dziecku wytłumaczyć prostymi słowami, bez trudnych terminów fachowych. Napisał więc barwny rozdział o czasach rycerzy i posłał Neurathowi. Wydawca był bardzo zadowolony, dodał jednak: „Jeśli książka ma się ukazać zgodnie z planem, rękopis musi być gotowy w ciągu sześciu tygodniu”. Opisać dzieje świata – od prapoczątków do dwudziestego wieku – w sześć tygodni ???? Wydaje się to niemożliwe, a jednak udało się ! W obłędnym tempie – jeden rozdział dziennie (z wyjątkiem niedziel). Moim zdaniem właśnie ten krótki czas jest tajemnicą sukcesu tej książki. Gombrich nie mógł sobie pozwolić na rozpisywanie się i brnięcie w szczegóły. Po prostu zadał sobie pytanie, które wydarzenia z przeszłości wywarły wpływ na życie większości ludzi i do dzisiaj najgłębiej zachowały się w pamięci. I tylko te najważniejsze wydarzenia opisał, a dzięki temu udało mu się wydobyć to, co jest historii esencją – procesy zmian oraz pokazać ją jako rzekę czasu bez początku i bez końca. „Krótka historia świata” ukazała się drukiem w 1936 roku i spotkała się z bardzo przychylnym przyjęciem. Niestety – zaraz potem świat ogarnęła II wojna światowa, która przerosła wszystko, co zostało opisywał w tej książce. Dopiero w trzydzieści lat po zakończeniu wojny przypomniano sobie o niej i ukazało się wtedy jej kolejne niemieckie wydanie, z nowym rozdziałem dopisanym przez Gombricha, który zdążył juz okryć się sławą jako wybitny historyk sztuki i autor kultowej „The Story of the Art” (wydanej w Polsce pod tytulem „O sztuce”). „Krótka historia świata” napisana jest z perspektywy europejskiej i choć są w niej również rozdziały poświęcone Chinom czy Indiom, to jest to przede wszystkim historia ludzi z kręgu cywilizacji śródziemnomorskiej. Ta perspektywa europejska jest nieco skrzywiona w stronę kręgu niemieckojęzycznego (dość wspomnieć o tym, że jedyna wzmianka o Polsce pojawia się przy okazji odsieczy wiedeńskiej Jana III Sobieskiego ;-), ale mimo to zdecydowanie warto podsunąć ją naszym dzieciom. Przyznam, że czytając ją z Julką, która właśnie kończy piątą klasę, nie raz zazdrościłam jej i byłam zaskoczona, jak prosto i klarownie można napisać o wydarzeniach, których zrozumienie kosztowało mnie swego czasu sporo wysiłku. Chciałbym podkreślić, że ta książka nigdy nie miała i nie ma zastępować podręcznika historii, który w szkole służy zupełnie innym celom. Chciałbym, żeby moi czytelnicy usiedli wygodnie i śledzili historię, nie robiąc notatek i niekoniecznie zapamiętując nazwiska, nazwy i daty. Obiecuję, że nie będę ich odpytywał. - napisał Gombrich we wstępie do wydania tureckiego „Krótkiej historii”. Ja również Was do tego zachęcam. Bardzo przyjemnie jest siąść razem z dzieckiem i wspólnie dać się ponieść rzece czasu...
E. H. Gombrich „Krótka historia świata dla młodszych i starszych”, przekł: Barbara Ostrowska, ilustr.: ? *, wyd.: Świat Książki, Warszawa 2008
* Wykonanie ilustracji powierzono byłemu instruktorowi jazdy konnej,
wtorek, 13 marca 2012
Gdybym nie powiedziała prawdy
Kontynuując cykl o seriach wydawniczych... Ponad trzy lata temu pisałam tu o książce „Gdybym nie pomyliła psów”, która rozpoczynała cykl o ciut zwariowanej dziewczynce imieniem Tilda. Potem ukazała się druga część - „Gdybym nie zrobiła z taty astronauty” a niedawno trzecia - „Gdybym nie powiedziała prawdy” Gdybym nie zrobiła z taty astronauty, nic by się nie wydarzyło. Nie ukradłabym gazety, nie zdarzyłby się cud, nie zniszczyłoby się zdjęcie pani Doris, nie zginąłby kask pana od wuefu, a przede wszystkim nie musiałybyśmy się przeprowadzać. Wiem, że to brzmi dziwnie. Ale ze mną już tak jest – dziwnie ! Wyplątawszy się z perypetii spowodowanych pomyleniem psów Tilda obiecała sobie (i czytelnikom tych książek), że już nigdy nie będzie kłamać. Niestety długo nie wytrwała w swoim postanowieniu, a wszystko przez tatę, a może raczej przez ojców innych dzieci... Nagle wszyscy jeden przez drugiego zaczęli opowiadać o swoich ojcach. (...) Możliwe, że parę osób wcale sie nie odezwało. Sama już nie wiem. Ale akurat wtedy wydawało mi się, że wszyscy przechwalają się swoimi tatusiami. Jeden tatuś był lepszy od drugiego. I najwyraźniej wszyscy ci tatusiowie mieszkali razem ze swoimi dziećmi. A Tilda mieszkała tylko z mamą i nie bardzo mogła się pochwalić swoim tatą urwipołciem. Dlatego powiedziała, ze jej tata jest astronautą, co, jak to zwykle u niej bywa, stało się początkiem serii zwariowanych zdarzeń. Bo z Tildą tak już jest – najpierw działa, a potem (ewentualnie ;-) myśli o skutkach. Wplątawszy się z perypetii spowodowanych zrobieniem z taty astronauty, Tilda znów obiecała sobie (i nam), że będzie mówić tylko prawdę. I powiedziała – że jej tata jest na wyprawie na Kilimandżaro. Tylko jakoś nikt w tę prawdę nie chciał uwierzyć... Gdybym nie powiedziała prawdy, nic by się nie wydarzyło. Nie utknęłabym na balkonie Axla, nie zapodziałabym Kilimandżaro, nie pomyliłabym łazienek i nie wsadziłabym łokcia w kupę słonia... ale przede wszystkim nie zdobyłabym głównej nagrody ! Wiem, że to brzmi dziwnie. Ale ze mną już tak jest – dziwnie ! Zupełne szaleństwo ! Jakbym się nie starała, zawsze coś namotam. Przedostatni z pięciu tomów cyklu o Tildzie nosić będzie tytuł „Gdybym nie kupiła świnki morskiej” i bardzo ciekawa jestem co też ona tym
P.S. A w tym tygodniu (czyli od 13 do 16 marca) o godz. 19,30 w Radiu Dzieciom Dominika Kluźniak czyta fragmenty „Gdybym nie powiedziała prawdy” !!!
Ingelin Angerborn „Gdybym nie zrobiła z taty astronauty”, przekł.:Katarzyna Ottosson, ilustr.: Magda Chodorowska, wyd.: Zakamarki, Poznań 2011 Ingelin Angerborn „Gdybym nie powiedziała prawdy”, przekł.:Katarzyna Ottosson, ilustr.: Magda Chodorowska, wyd.: Zakamarki, Poznań 2012 Tagi:
pierwsza miłość
przygoda goni przygodę
rodzinnie
Skandynawia
szkoła i rówieśnicy
Tilda
wyd Zakamarki
00:03, agnieszka_azj ,
I. Angerborn
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 05 marca 2012
Kacper Ryx i król alchemików
Skoro już o seriach wydawniczych mowa... ...spieszę donieść, że ukazał się czwarty tom cyklu o Kacprze Ryxie, Inwestygatorze czterech kolejnych władców Rzeczpospolitej. Po „Kacprze Ryxie” i „Kacprze Ryxie i królu przeklętym”, w zeszłym roku moglismy przeczytać „Kacpra Ryxa i tyrana nienawistnego” a kilka tygodni temu do księgarni dotarł „Kacper Ryx i król alchemików” W posłowiu do ostatniego tomu autor sumituje się nieco przed czytelnikami za tom trzeci – rzekomo niedopracowany i pisany na kolanie. Jeśli tak wygląda książka niedopracowana, to wolę się nie zastanawiać, na czym pisze większość publikujących obecnie autorów ! Mój Mąż powiedział, że ten tom robi wrażenie jakby pan Wollny pozazdrościł Sienkiewiczowi. Rzeczywiście – po pierwszych dwóch, w których Kacper z rzadka opuszczał Kraków, nie wypuszczając się poza granice Korony, tym razem autor zafundował mu przyspieszony, praktyczny kurs geografii Kresów Rzeczpospolitej Obojga Narodów i nie tylko, rzucając nim od Pskowa i Wielkich Łuków po Krym. „Kacper Ryx i król alchemików” jest czwartym i zarazem (zgodnie z pierwotnym założeniem) ostatnim tomem cyklu. Jego bohater urodził się w roku 1550 i przyszło mu żyć pod panowaniem czterech kolejnych królów w burzliwych dla Rzeczpospolitej czasach. Każda z części cyklu obejmuje panowanie innego z władców – od Zygmunta Augusta przez Henryka Walezego, Stefana Batorego do Zygmunta III Wazy. W chwili wstępowanie na tron jego następcy – Władysława IV - Kacper miałby 82 lata. To wiek jak na owe czasy matuzalemowy i na pewno nieodpowiedni do pełnienia funkcji Inwestygatora. Mariusz Wollny konsekwentnie podomykał wszystkie wątki i nieodwołalnie zakończył tetralogię o Kacprze Ryxie, ale równocześnie... ... pozostawił sobie furtkę do rozpoczęcia kolejnego cyklu. I nie mogę
P.S. Zachęcam do wysłuchania bardzo ciekawej rozmowy Moniki i Grzegorza Wasowskich z Mariuszem Wollnym w radiu „Wnet” - o Kacprze Ryxie i innych książkach tego autora, a także o niedawno otwartym sklepie „U Kacpra Ryxa” na placu Mariackim w Krakowie.
Mariusz Wollny „Kacper Ryx i tyran nienawistny”, wyd.: Otwarte, Kraków Mariusz Wollny „Kacper Ryx i król alchemików”, wyd.: Otwarte, Kraków
niedziela, 26 lutego 2012
Dziewczynka z fotografii
Tak się jakoś ostatnimi czasy porobiło, że wszystko co dobre, musi Spędziłam niedawno dłuższą chwilę przed półką z literaturą młodzieżową w Empiku – książki pojedyncze, nie będące częścią żadnej serii, sagi, cyklu występowały tam w charakterze rzadkich rodzynków. Moja dwunastoletnia Julka w ciągu ostatnich kilku miesięcy przeczytała tylko jedną książkę nie będącą częścią większej całości i to wyłącznie dlatego, że „Sposób na Alcybiadesa” był jej lekturą szkolną. Następną była „Ania z Zielonego Wzgórza” ;-) Jeśli jakiś film odniesie sukces, natychmiast kręci się jego sequel (a bywa że i prequel ;-). Seriale mają swoje kolejne sezony i każdy z nich kończy się tak, żeby zostawić jego twórcom furtkę do realizacji następnego. W sklepach mamy nie tylko serie kosmetyków, ale też zabawek czy sosów do potraw. Nawet reklamy są już najczęściej serialami... Wśród książek na jednym biegunie tego zjawiska mamy rozpisane na kilka tomów historie, które jednakowoż konsekwentnie od początku zmierzają do definitywnego końca (np. "Atramentową trylogię"), a na drugim – cykle oddzielnych historii powiązanych ze sobą wyłącznie osobą głównego bohatera (bohaterów), gdzie kolejność czytania nie ma najmniejszego znaczenia (np. cykl o Lassem i Mai, który, jak pokazują ostatnie komentarze pod moim wpisem, okazuje się być szalenie kontrowersyjny). Gdzieś pośrodku plasują się serie opowieści typu neverending story ;-) , Potem były „Kolczyki Selmy”
a niedawno ukazała się kolejna (i z całą pewnością nie ostatnia;-) część - „Dziewczynka z fotografii”.
Te trzy niepozorne książeczki obejmują trochę ponad rok z życia Czytając "Dziewczynkę z fotografii” uświadomiłam sobie, że jest to Pokazała współczesny Lwów jako miasto ukraińskie, w którym Natalka i Karina odwiedzają swoją serdeczną przyjaciółkę Elenę, poznaną w Szwecji i serdecznie kibicują w jej meczu piłki ręcznej. Nie zapomina jednak o tym, że przed wojną Lwów był trzecim miastem Rzeczpospolitej i że nadal mieszkają tam Polacy, a na Cmentarzu Łyczakowskim są groby wielu sławnych polskich artystów, profesorów i znanych osobistości. Może ta książka będzie dobrym wstępem do zainteresowania się tą częścią naszej historii ? A kiedy już ją przeczytacie, to... ...zaczniecie czekać na kolejny tom tej serii ;-)
Barbara Gawryluk „Dziewczynka z fotografii”, wyd.: Akapit Press, Łódź Barbara Gawryluk „Kolczyki Selmy”, wyd.: Akapit Press, Łódź 2011
Tagi:
kraków
Lwów
pierwsza miłość
Skandynawia
taniec
trudne tematy - niepełnosprawność
wyd Akapit Press
17:12, agnieszka_azj ,
B. Gawryluk
Link Komentarze (1) »
piątek, 20 stycznia 2012
Naciśnij mnie
I kolejna książka, która nie służy do czytania ! ;-) Co więcej – nie służy ona również li i jedynie do oglądania. A do czego ? Do naciskania, przekręcania, potrząsania, klaskania... A z resztą – co będę mówić ? Zobaczcie sami:
„Naciśnij mnie” to książka, którą można określić jako aplikację z iPada przeniesioną do ksiązki na papier. Tak właśnie napisał o I nie tylko dziecko ;-) Fajnie jest patrzeć na dorosłych, którzy Dlatego bardzo zaskoczyła mnie reakcja moich nastoletnich córek. Obejrzały, pokiwały głową, powiedziały Fajne !, ale na moje zachęty do bardziej zaangażowanych działań popatrzyły z politowaniem i odpowiedziały: przecież to jest narysowane ! Wygląda na to, że one są w takim okresie życia, w którym już się wyrasta z bycia dzieckiem, a jeszcze nie dorosło, do szukania go w głębi swojego jestestwa... Ale myślę, że wszystko przed nimi ;-)
Herve Tullet „Naciśnij mnie”, wyd.: Babaryba, Warszawa 2011
środa, 18 stycznia 2012
Anyżowa Warownia
Mitologiczny Świr Mojej Najmłodszej Córki stracił był ostatnio nieco na intensywności. Powód pierwszy to brak pożywki, bo pomału Uświadomiłam sobie przy tej okazji, że jest jeszcze jedna książka tej autorki, którą lubimy, a której tu nie opisałam - „Anyżowa Warownia”.
Każdego ranka karmienie węży, w środy i soboty wycieranie kurzu z Anyż należał do rodziny Igerny od trzystu lat. Wybudował go Lwy nie były jedynymi strażnikami Anyżowej Warowni. Z szarych murów na przybyszy spoglądały również kamienne maszkarony, które na Jednak maszkarony już dawno nie chrupały strzał, bo nikt od wielu lat nie atakował Anyżowej Warowni. Kiedyś, jeszcze przed narodzinami Te spokojniejsze czasy skończyły się jak na zawołanie tuż przed Albert, starszy brat Igerny chciał zostać czarodziejem jak rodzice. Ale „Anyżowa warownia” to opowieść o mniejszym ciężarze gatunkowym niż inne znane nam książki Cornelii Funke. Lekka, żartobliwa i w Czyli – jest to kolejna książka o dziewczynkach – wbrew
Cornelia Funke „Anyżowa warownia” (ilustracje Autorki), przekł.:
Tagi:
o dziewczętach - wbrew stereotypom
przygoda goni przygodę
w świecie baśni
wyd Nasza Księgarnia
12:44, agnieszka_azj ,
C.Funke
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 02 stycznia 2012
Mali bohaterowie
Kiedy pierwszy raz usłyszałam o tej książce, miałam sporo obaw. Od razu przypomniały mi się rozmaite łzawe artykuły, jakie czytałam np. o małym Brajanie, który wezwał Straż Pożarną, ale sam zginął w pożarze. Rozwiały się one jednak, gdy zobaczyłam nazwisko autorki – Barbara Gawryluk nie należy do osób, które skłonna bym była podejrzewać o to, że wpadną w poetykę tabloidu.
Książka dedykowana jest Januszowi Bobakowi,chłopcu z Białego Dunajca, który w 2008 roku uratował dwie młodsze siostry z pożaru, a ratując najmłodszą, zginął razem z nią w płomieniach, ale wszystkie opisane w niej historie skończyły się dobrze. Barbara Gawryluk (co nie dziwi specjalnie znając inne książki tej autorki ;-) zdołała ustrzec się z jednej strony czułostkowości, a z drugiej – tonu nadmiernej sensacji. Nie ujawniła nazwisk dzieci, ani miejscowości, w których mieszkają. Nie ma tam też ich zdjęć – jedynie szkicowe, reporterskie ilustracje Joanny Olech. Sam autorka tak mówi w wywiadzie "Wielkie czyny małych ludzi", którego udzieliła „Wysokim Obcasom”: Książka ma uczyć dzieci, jak radzić sobie w trudnych sytuacjach, kiedy inna osoba nagle potrzebuje pomocy. Ona nie powinna przerażać ! I jeszcze: na spotkaniach z dziećmi, kiedy przychodzę do nich do szkół, zawsze mówię: jeśli dzieje się coś złego drugiemu człowiekowi, pomóżcie mu, ale nie narażajcie się, od tego są inni – dorośli. (...) Moja książka nie jest adresowana do małych dzieci, ale do tych z klasy drugiej, trzeciej, czwartej (oczywiście podstawówki). One są mądre, one potrafią odróżnić głupie ryzyko od konieczności. Wydarzenia tam opisane, mogą zdarzyć się każdemu i w każdej chwili. Mali bohaterowie z tej książki to zwykłe dzieci, których bohaterstwo w większości przypadków polegało wyłącznie na zachowaniu zimnej krwi, wykręceniu numeru 112 i wezwaniu pomocy. Tak niewiele i tak wiele. Ilu z dorosłych w sytuacji pożaru czy widząc nieprzytomnych ludzi traci głowę i nie stać ich nawet na tyle ?
Barbara Gawryluk „Mali bohaterowie”, ilustr.: Joanna Olech, wyd.: Skrzat, Kraków 2011
niedziela, 11 grudnia 2011
Złodziej pioruna
i kolejne tomy serii „Percy Jackson i bogowie olimpijscy” Kiedy Ania i Zosia kończyły 11 lat, po cichu pielęgnowały w sobie nadzieję na odwiedziny sowy z listem z Hogwartu. Julka, która w lata nastoletnie weszła z początkiem tego roku, nie była już zainteresowana taką ścieżką kariery. Za to bardzo ucieszyłaby ją wiadomość, że nie jest dzieckiem jednego ze swoich rodziców. Byłaby najszczęśliwsza w świecie, gdyby okazało się, że któreś z nas zgrzeszyło na boku... ale oczywiście nie z byle kim – wyłącznie z bogiem olimpijskim. Moja najmłodsza córka marzy o tym, by być herosem... ... a wszystko to za sprawą książek Ricka Riordana. Dowiedziałam się o nich od Ewy – mojej mieszkającej w USA przyjaciółki, a jej syn Alex był pierwszym znanym mi maniakiem tej serii. Kiedy opowiedziała mi o książkach, które dzieją się współcześnie w Ameryce, ale ich bohaterami są bogowie olimpijscy i herosi, i jeszcze, że Olimp mieści się na szczycie Empire State Building, byłam mocno sceptyczna i nie planowałam kupowania ich Julce. O tym, jak bardzo tego nie planowałam niech świadczy fakt, że kiedy przypadkiem trafiłyśmy na ekranizację „Złodzieja pioruna” pozwoliłam jej go obejrzeć, mimo że moją twardą zasadą było zawsze: najpierw książka, a potem film. Julka film obejrzała i poprosiła o książkę. Takim prośbom na ogół nie odmawiam ;-) Przeczytała i poprosiła o kolejny tom. A potem o następny, i jeszcze następny i wreszcie ostatni. Po Riordanie zaczęła czytać „Mitologię” Parandowskiego i rozmaite publikacje o mitologii. Potem były jeszcze audiobooki „Opowieści z zaczarowanego lasu” i pierwsze tomy kolejnych olimpijskich cykli Riordana (i niecierpliwe oczekiwanie na następne ich części) – tak w największym skrócie prezentuje się Mitologiczny Świr Mojej Najmłodszej Córki ;-) Obserwowałam jak ją zasysało, a potem jak wciągało inne znajome dzieci i chcąc nie chcąc musiałam zainteresować się - co też takiego siedzi w tych książkach ??? Przełamałam sceptycyzm i zabrałam się za lekturę. Czytało się znakomicie, wciągnęło mnie od pierwszej strony. W dodatku okazało się, że ci bogowie olimpijscy w Ameryce mają swoje uzasadnienie, gdyż (ja tłumaczył to Percy'emu jego nauczyciel Chejron) bogowie przemieszczają się za sercem Zachodu czyli za tym, co nazywamy „zachodnią cywilizacją”. Poza tym (co uświadomiła mi tłumaczka tych książek w tym filmiku) bogowie byli dla starożytnych greków postaciami żywymi, w mitach pojawiały się wciąż nowe wątki i nowe spojrzenie na poszczególnych bogów. A więc – wbrew moim obawom - to, co zrobił z nimi Rick Riordan jest jak najbardziej zgodne z duchem tamtej tradycji. Od strony historycznej czy też filologicznej nie można się do tych książek przyczepić i to jest miód na moje skrzywienie historyczne, bo niewiele jest rzeczy, które tak mnie denerwują w filmach i książkach jak lekceważący stosunek do faktów historycznych. Niezależnie od całego kontekstu naukowego są to po prostu dobrze napisane powieści przygodowe, a od mnogości dostępnych obecnie książek fantastycznych odróżnia je tylko to, że opisywany tam świat nie powstał li i jedynie w wyobraźni autora. Było to sporym wyzwaniem dla tłumaczki i wydawnictwa (znowu filmik), ale poradzili sobie z tym znakomicie. Wiecie co, wcale nie chciałem być półkrwi. Nie prosiłem się o to, żeby być synem greckiego boga. Byłem zwyczajnym dzieckiem: chodziłem do szkoły, grałem w koszykówkę i jeździłem na rowerze. Nic szczególnego. Dopóki przez przypadek nie wyparowałem nauczycielki matmy. Wtedy się zaczęło. Teraz zajmuję się walką na miecze, pokonywaniem potworów, w czym pomagają mi przyjaciele, a poza tym staram się po prostu... przeżyć. Zrozumiecie to, jak przeczytacie opowieść o wszystkim, co stało się po tym, jak Zeus, bóg niebios, uznał, że ukradłem mu piorun - a rozgniewany Zeus to naprawdę spory problem! Percy Jackson jest postacią, z którą łatwo jest się utożsamić. O tym, że jest herosem, dowiedział się dopiero kiedy miał dwanaście lat. Wcześniej nie podejrzewał nawet, że mógłby być kimś niezwykłym – uważał się za zwykłego chłopca z problemami, bo miał dysleksję i ADHD. Julka ma prawie 12 lat, problemy wynikające z dysleksji i pewną nadpobudliwość ruchową – nie dziwi więc fakt, że poczuła z nim sporą więź duchową ;-) Od Percy'ego odróżnia ją tylko to, że bardzo dobrze zna swojego Tatę. Choć zapewne wolałaby, żeby nie był takim normalnym śmiertelnikiem... ;-)
Rick Riordan „Złodziej pioruna” (seria „Percy Jackson i bogowie olimpijscy”, t. 1), przekł.: Agnieszka Fulińska, wyd.: Galeria Książki, Kraków 2009
wtorek, 01 listopada 2011
Fala
.. czyli książka, która stała się asumptem do zrewidowania tego, co napisałam w otwierającym ten blog Manifeście. Jestem mianowicie zmuszona odszczekać słowa: W książce najważniejszy jest tekst, bo służy ona do czytania. Niniejszym odszczekuję więc i robię to nie tylko bez żalu, ale nawet z satysfakcją, bo równocześnie odnotowuję pojawienie się nowej kategorii – książek obrazowych. Różnią się one od dotychczas nam znanych książek obrazkowych (czyli takich w których ilustracje dopełniają tekst) tym, że to obraz jest w nich sednem całości. „Fala” nie jest pierwszą książką obrazową, którą mam w ręku, ale pierwszą, która mnie absolutnie oczarowała i pokazała, że słowa w ogóle nie są potrzebne i całą historię można doskonale opowiedzieć obrazem. Jest coś magicznego w miejscu spotkania się morza z lądem, coś co urzeka mnie od zawsze, od pierwszego z morzem spotkania. Jako dziecko co roku spędzałam część wakacji nad Bałtykiem i nigdy mi się tam nie nudziło. Kiedy zaczęłam jeździć tam z własnymi dziećmi, stwierdziłam, ze plaża i morze to samograj i dzieci nie potrzebują do szczęścia nic więcej. Nawet wiaderka i inne sprzęty plażowe nie są niezbędne do dobrej zabawy. Ja - dorosła nad morzem nie bawię się w piasku i niekoniecznie muszę wchodzić do wody głębiej niż po kostki. Mogę sobie po prostu siedzieć, i patrzeć, i słuchać. Nic nie relaksuje mnie tak, jak długi spacer skrajem wody i plaży, bez celu – tylko po to, żeby widzieć morze, niebo i piasek, słyszeć fale i wiatr, i dać mu się przewiać, tak do imentu. Oczywiście nie mam tu na myśli zatłoczonych i hałaśliwych solariów typu: Łeba przy głównym wejściu na plażę w środku sezonu, gdzie własnych myśli człowiek nie słyszy i nie ma gdzie postawić nogi, tylko miejsca bardziej odludne. Na przykład nasze ukochane Poddąbie (na zdjęciu - Julka jakieś 10 lat temu)
Uważny czytelnik (oglądacz ? ;-) zauważy, że na plaży cały czas jest mama Dziewczynki. Czuwa z daleka, nie ingeruje w to co dzieje się między Dziewczynką a Morzem, nie próbuje wkraczać między nich z ręcznikiem, kapeluszem od słońca, ani też z żadną bułą do koniecznego zjedzenia ;-) Ta jej dyskretna obecność w połączeniu z dedykacją: Dla Sahna, mojego nowonarodzonego dziecka spowodowały, ze zobaczyłam „Falę” jako swoisty manifest mądrego rodzicielstwa – takiego, które pozostawia dziecku tyle swobody i samodzielności, ile tylko ono chce i jest w stanie udźwignąć, otaczając je równocześnie troską i uwagą. Ilustracje Suzy Lee są... i tu niestety brakuje mi dobrych określeń :-( Może więc tak : są ascetyczne – zarówno w doborze kolorów, jak i w używaniu kreski. I pełne rozmachu, trochę zawadiackie, na pozór niedbałe, a jednak przemyślane i dopracowane w każdym szczególe. Są po prostu znakomite. "Fala” to książka uniwersalna, możliwa do zrozumienia na całym świecie, bo przecież wszędzie jest Morze i są takie Dzieci – ciekawe, odważne i beztroskie. Każdy czytelnik, niezależnie od wieku, odczyta ją po swojemu i na swoim poziomie.
Suzy Lee „Fala”, wyd.: Mam Wydawnictwo, Warszawa (?) 2011
|
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
ZNALEZIONE W NECIE - autorzy i ilustratorzy
ZNALEZIONE W NECIE - książki
Tagi
![]() Wypromuj również swoją stronę |