CZYLI O DOBRYCH KSIĄŻKACH DLA DZIECI NIE TYLKO DLA DZIECI
Kategorie: Wszystkie | A. Błotnicka | A. Frączek | A. Hearst | A. Mcghee | A. Michaelis | A. Vestly | A.Bradley | A.Lindgren | A.Onichimowska | A.Provoost | A.Tyszka | B. Cole | B. Gawryluk | B. Kaniewska-Pakuła | B. Leśmian | B. Lindgren | B. Massini | B. Moyeyaert | B. Ostrowicka | B. Rice | B. Wildsmith | B. Wróblewska | C. Compton | C. Frabetti | C. Kruusval | C. Wolff-Brandt | C.Funke | C.Rees | Ch. Bjork | Ch. Dickens | Cz. Janczarski | D. Cali | D. Geisler | D. Wawiłow | D.Terakowska | Dr. Seuss | E. Susso | E.Carle | E.Nowak | G. Mancomble | G. Ruszewska | G. Whelan | G.Carson Levine | G.Kasdepke | Gro Dahle | H. Ch. Andersen | H. Tullet | I. Angerborn | I. Degórska | J. Birdsall | J. Chmielewska | J. Frey | J. Mikołajewski | J. Picoult | J. Rudniańska | J. T. Wieslander | J. Tuwim | J. Wilkoń -autor | J. Wilson | J.Papuzińska | K. DiCamillo | K. Levine | K. Pranić | K.Majgier | K.Siesicka | L. Anholt | L. Bardijewska | L. Fabisińska | L. Lowry | L. Olivier | L. Stafford | M. Amelin | M. Ekier | M. Galica | M. Kita | M. Matlin | M. Miklaszewska | M. Niklewiczowa | M. Parr | M. Skibińska | M. Widmark | M.Gutowska-Adamczyk | M.K.Piekarska | M.Strzałkowska | M.Wollny | N. Streatfield | P. Beręsewicz | P. Lindenbaum | P. Maar | P. Pawlak - autor | R. Kipling | R. Kosik | R. McCormick | R. Mueller | R. Piątkowska | R. Riordan | R.Dahl | R.Jędrzejewska-Wróbel | S. McBratney | S. Nyhus | Suzy Lee | T. Trojanowski | U. Stark | V. Howie | W. Holzwarth | W.Widłak | albumy | atlasy | piosenki | składanki | tradycyjne | varia | Ł. Wierzbicki
RSS
piątek, 20 stycznia 2012
Naciśnij mnie

  

I kolejna książka, która nie służy do czytania ! ;-)

Co więcej – nie służy ona również li i jedynie do oglądania. A do czego ?

Do naciskania, przekręcania, potrząsania, klaskania...

A z resztą – co będę mówić ? Zobaczcie sami:



 

 

Naciśnij mnie” to książka, którą można określić jako aplikację z iPada przeniesioną do ksiązki na papier. Tak właśnie napisał o
niej w Merlinie niejaki MarcoPolo, dodając jeszcze: to jest genialne
w swojej prostocie! Dziecko bawi się z książką, która - prawie
jak tablet/komputer - odpowiada na jego klaskanie, wciskanie,
chuchanie..

I nie tylko dziecko ;-) Fajnie jest patrzeć na dorosłych, którzy
mając ją w ręku po raz pierwszy nie mogą się powstrzymać i
także potrząsają nią i klaszczą.

Dlatego bardzo zaskoczyła mnie reakcja moich nastoletnich córek. Obejrzały, pokiwały głową, powiedziały Fajne !, ale na moje zachęty do bardziej zaangażowanych działań popatrzyły z politowaniem i odpowiedziały: przecież to jest narysowane !

Wygląda na to, że one są w takim okresie życia, w którym już się wyrasta z bycia dzieckiem, a jeszcze nie dorosło, do szukania go w głębi swojego jestestwa... Ale myślę, że wszystko przed nimi ;-)

 

 Herve Tullet „Naciśnij mnie”, wyd.: Babaryba, Warszawa 2011



środa, 18 stycznia 2012
Anyżowa Warownia

 

 

Mitologiczny Świr Mojej Najmłodszej Córki stracił był ostatnio nieco na intensywności. Powód pierwszy to brak pożywki, bo pomału
wyczerpują nam się lektury na ten temat. Powód drugi – bo
(poniekąd z powodu pierwszego ;-) zmuszona była sięgnąć po
książki o innej tematyce i padło na Atramentową Trylogię
Cornelii Funke, co skutecznie zajęło ją na dobrych kilku tygodni.
Co tam zajęło ? Zassało zupełnie tak jak wcześniej książki
Riordana i skłoniło do konstatacji, że to właśnie Cornelia Funke
jest zdecydowanie jej ulubioną pisarką.

 Uświadomiłam sobie przy tej okazji, że jest jeszcze jedna książka tej autorki, którą lubimy, a której tu nie opisałam - „Anyżowa Warownia”.

   

 

Każdego ranka karmienie węży, w środy i soboty wycieranie kurzu z
czarodziejskich ksiąg, raz w tygodniu zdrapywanie mchu z grzyw
kamiennych lwów. A tylko raz w roku turniej w Mrocznej Skale. Tutaj
nigdy nie dzieje się nic ciekawego – tak przynajmniej uważała
Igerna. Rzeczywiście – można by pomyśleć, że nie ma na świecie
nudniejszego miejsca niż Anyżowa Warownia  !!!

 Anyż należał do rodziny Igerny od trzystu lat. Wybudował go
praprapraprapradziadek jej matki. (Może i tych „pra” było
trochę więcej, ale tego dziewczynka dokładnie nie wiedziała).
Zamek nie był duży, miał tylko jedną krzywą basztę, mury zaś
miały dokładnie metr grubości. Dla Igerny była to jednak
najpiękniejsza warownia na świecie. Anyżowy dziedziniec zdobiły
polne kwiatki, które wyrastały spomiędzy kostek bruku. Pod dachem
baszty gnieździły się jaskółki, a w fosie porośniętej białymi
liliami mieszkały węże wodne. Bramy zamku strzegły dwa kamienne
lwy, trzymając wartę wysoko, na gzymsie murów. Gdy Igerna
zdrapywała im z grzyw mech, mruczały jak małe kotki, ale gdy
zbliżał się ktoś obcy, szczerzyły kamienne kły i ryczały tak
przeraźliwie, że truchlały nawet wilki w pobliskim lesie.

 Lwy nie były jedynymi strażnikami Anyżowej Warowni. Z szarych murów na przybyszy spoglądały również kamienne maszkarony, które na
widok obcych robiły potworne miny. Lecz gdy Igerna łaskotała je w
nos jaskółczym piórem, straszydła chichotały tak, że
grzechotały kamienie w murach twierdzy. Przepastne pyski maszkaronów potrafiły połykać armatnie kule, a płonącymi strzałami
delektowały się, jakby na świecie nie było lepszego przysmaku.

 Jednak maszkarony już dawno nie chrupały strzał, bo nikt od wielu lat nie atakował Anyżowej Warowni. Kiedyś, jeszcze przed narodzinami
Igerny, zamek często bywał szturmowany, jej rodzina posiadała
bowiem czarodziejskie księgi, o których marzył niejeden
możnowładca. Chcąc zagarnąć magiczny księgozbiór, Anyż
najeżdżali rozbójnicy, książęta, baronowie, a nawet dwóch
króli. Ale nastały spokojniejsze czasy.

 Te spokojniejsze czasy skończyły się jak na zawołanie tuż przed
dziesiątymi urodzinami Igerny. Piękna Melisanda i sir Lamorak - jej
rodzice, wyczarowując prezenty urodzinowe dla córki omyłkowo
zamienili się w prosięta, a tymczasem pojawił się ktoś, kto
bardzo chciał zająć ich zamek i wejść w posiadanie Śpiewających
Ksiąg. Inny Ktoś musiał więc szybko zdobyć włosy olbrzyma,
niezbędne do odczarowania rodziców, a tym kimś musiała być
właśnie ona, mimo że młodsza i że dziewczynka...

 Albert, starszy brat Igerny chciał zostać czarodziejem jak rodzice. Ale
Igernie magia wydawała się nudna. Zaklęcia, czarodziejskie
formułki, listy składników magicznych proszków i nalewek –
wkuwanie tego wszystkiego przyprawiało ją o ból głowy. Wolała,
jak jej pradziadek Pellas z Anyżu, być szlachetnym rycerzem, ktory
walczył na turniejach i od rana do wieczora przeżywał przygody.
Albert śmiał się z Igerny, ale tak to już bywa czasem ze
starszymi braćmi, a tymczasem teraz on był potrzebny w Anyżu, a
jego młodsza siostra musiała wyruszyć na samotną wyprawę...
 

Anyżowa warownia” to opowieść o mniejszym ciężarze gatunkowym niż inne znane nam książki Cornelii Funke. Lekka, żartobliwa i w
żadnym momencie nie pozostawiająca wątpliwości co do tego, że
wszystko skończy się dobrze. A w dodatku pokazująca wyraźnie, że
jeśli dziewczynka o czymś na prawdę marzy, to nie ma powodu, aby w realizacji tych marzeń ograniczał ją fakt, że jest dziewczynką
;-)

 Czyli – jest to kolejna książka o dziewczynkach – wbrew
stereotypom - ale to wcale nie znaczy, że jest to lektura
wyłącznie dla nich...

  

Cornelia Funke „Anyżowa warownia” (ilustracje Autorki), przekł.:
Małgorzata Słabicka, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa  2008

 

poniedziałek, 02 stycznia 2012
Mali bohaterowie

 

Kiedy pierwszy raz usłyszałam o tej książce, miałam sporo obaw. Od razu przypomniały mi się rozmaite łzawe artykuły, jakie czytałam np. o małym Brajanie, który wezwał Straż Pożarną, ale sam zginął w pożarze. Rozwiały się one jednak, gdy zobaczyłam nazwisko autorki – Barbara Gawryluk nie należy do osób, które skłonna bym była podejrzewać o to, że wpadną w poetykę tabloidu.

Książka dedykowana jest Januszowi Bobakowi,chłopcu z Białego Dunajca, który w 2008 roku uratował dwie młodsze siostry z pożaru, a ratując najmłodszą, zginął razem z nią w płomieniach, ale wszystkie opisane w niej historie skończyły się dobrze.

Barbara Gawryluk (co nie dziwi specjalnie znając inne książki tej autorki ;-) zdołała ustrzec się z jednej strony czułostkowości, a z drugiej – tonu nadmiernej sensacji. Nie ujawniła nazwisk dzieci, ani miejscowości, w których mieszkają. Nie ma tam też ich zdjęć – jedynie szkicowe, reporterskie ilustracje Joanny Olech.

Sam autorka tak mówi w wywiadzie "Wielkie czyny małych ludzi", którego udzieliła „Wysokim Obcasom”: Książka ma uczyć dzieci, jak radzić sobie w trudnych sytuacjach, kiedy inna osoba nagle potrzebuje pomocy. Ona nie powinna przerażać ! I jeszcze: na spotkaniach z dziećmi, kiedy przychodzę do nich do szkół, zawsze mówię: jeśli dzieje się coś złego drugiemu człowiekowi, pomóżcie mu, ale nie narażajcie się, od tego są inni – dorośli. (...) Moja książka nie jest adresowana do małych dzieci, ale do tych z klasy drugiej, trzeciej, czwartej (oczywiście podstawówki). One są mądre, one potrafią odróżnić głupie ryzyko od konieczności.

Wydarzenia tam opisane, mogą zdarzyć się każdemu i w każdej chwili. Mali bohaterowie z tej książki to zwykłe dzieci, których bohaterstwo w większości przypadków polegało wyłącznie na zachowaniu zimnej krwi, wykręceniu numeru 112 i wezwaniu pomocy. Tak niewiele i tak wiele. Ilu z dorosłych w sytuacji pożaru czy widząc nieprzytomnych ludzi traci głowę i nie stać ich nawet na tyle ?

Barbara Gawryluk „Mali bohaterowie”, ilustr.: Joanna Olech, wyd.: Skrzat, Kraków 2011

niedziela, 11 grudnia 2011
Złodziej pioruna

  

i kolejne tomy serii „Percy Jackson i bogowie olimpijscy”

Kiedy Ania i Zosia kończyły 11 lat, po cichu pielęgnowały w sobie nadzieję na odwiedziny sowy z listem z Hogwartu. Julka, która w lata nastoletnie weszła z początkiem tego roku, nie była już zainteresowana taką ścieżką kariery. Za to bardzo ucieszyłaby ją wiadomość, że nie jest dzieckiem jednego ze swoich rodziców. Byłaby najszczęśliwsza w świecie, gdyby okazało się, że któreś z nas zgrzeszyło na boku... ale oczywiście nie z byle kim – wyłącznie z bogiem olimpijskim. Moja najmłodsza córka marzy o tym, by być herosem...

... a wszystko to za sprawą książek Ricka Riordana.

Dowiedziałam się o nich od Ewy – mojej mieszkającej w USA przyjaciółki, a jej syn Alex był pierwszym znanym mi maniakiem tej serii. Kiedy opowiedziała mi o książkach, które dzieją się współcześnie w Ameryce, ale ich bohaterami są bogowie olimpijscy i herosi, i jeszcze, że Olimp mieści się na szczycie Empire State Building, byłam mocno sceptyczna i nie planowałam kupowania ich Julce. O tym, jak bardzo tego nie planowałam niech świadczy fakt, że kiedy przypadkiem trafiłyśmy na ekranizację „Złodzieja pioruna” pozwoliłam jej go obejrzeć, mimo że moją twardą zasadą było zawsze: najpierw książka, a potem film.

Julka film obejrzała i poprosiła o książkę. Takim prośbom na ogół nie odmawiam ;-) Przeczytała i poprosiła o kolejny tom. A potem o następny, i jeszcze następny i wreszcie ostatni. Po Riordanie zaczęła czytać „Mitologię” Parandowskiego i rozmaite publikacje o mitologii. Potem były jeszcze audiobooki „Opowieści z zaczarowanego lasu” i pierwsze tomy kolejnych olimpijskich cykli Riordana (i niecierpliwe oczekiwanie na następne ich części) – tak w największym skrócie prezentuje się Mitologiczny Świr Mojej Najmłodszej Córki ;-)

Obserwowałam jak ją zasysało, a potem jak wciągało inne znajome dzieci i chcąc nie chcąc musiałam zainteresować się - co też takiego siedzi w tych książkach ???

Przełamałam sceptycyzm i zabrałam się za lekturę. Czytało się znakomicie, wciągnęło mnie od pierwszej strony. W dodatku okazało się, że ci bogowie olimpijscy w Ameryce mają swoje uzasadnienie, gdyż (ja tłumaczył to Percy'emu jego nauczyciel Chejron) bogowie przemieszczają się za sercem Zachodu czyli za tym, co nazywamy „zachodnią cywilizacją”. Poza tym (co uświadomiła mi tłumaczka tych książek w tym filmiku) bogowie byli dla starożytnych greków postaciami żywymi, w mitach pojawiały się wciąż nowe wątki i nowe spojrzenie na poszczególnych bogów. A więc – wbrew moim obawom - to, co zrobił z nimi Rick Riordan jest jak najbardziej zgodne z duchem tamtej tradycji. Od strony historycznej czy też filologicznej nie można się do tych książek przyczepić i to jest miód na moje skrzywienie historyczne, bo niewiele jest rzeczy, które tak mnie denerwują w filmach i książkach jak lekceważący stosunek do faktów historycznych.

Niezależnie od całego kontekstu naukowego są to po prostu dobrze napisane powieści przygodowe, a od mnogości dostępnych obecnie książek fantastycznych odróżnia je tylko to, że opisywany tam świat nie powstał li i jedynie w wyobraźni autora. Było to sporym wyzwaniem dla tłumaczki i wydawnictwa (znowu filmik), ale poradzili sobie z tym znakomicie.

Wiecie co, wcale nie chciałem być półkrwi. Nie prosiłem się o to, żeby być synem greckiego boga. Byłem zwyczajnym dzieckiem: chodziłem do szkoły, grałem w koszykówkę i jeździłem na rowerze. Nic szczególnego. Dopóki przez przypadek nie wyparowałem nauczycielki matmy. Wtedy się zaczęło. Teraz zajmuję się walką na miecze, pokonywaniem potworów, w czym pomagają mi przyjaciele, a poza tym staram się po prostu... przeżyć. Zrozumiecie to, jak przeczytacie opowieść o wszystkim, co stało się po tym, jak Zeus, bóg niebios, uznał, że ukradłem mu piorun - a rozgniewany Zeus to naprawdę spory problem!

Percy Jackson jest postacią, z którą łatwo jest się utożsamić. O tym, że jest herosem, dowiedział się dopiero kiedy miał dwanaście lat. Wcześniej nie podejrzewał nawet, że mógłby być kimś niezwykłym – uważał się za zwykłego chłopca z problemami, bo miał dysleksję i ADHD. Julka ma prawie 12 lat, problemy wynikające z dysleksji i pewną nadpobudliwość ruchową – nie dziwi więc fakt, że poczuła z nim sporą więź duchową ;-) Od Percy'ego odróżnia ją tylko to, że bardzo dobrze zna swojego Tatę. Choć zapewne wolałaby, żeby nie był takim normalnym śmiertelnikiem... ;-)

Rick Riordan „Złodziej pioruna” (seria „Percy Jackson i bogowie olimpijscy”, t. 1), przekł.: Agnieszka Fulińska, wyd.: Galeria Książki, Kraków 2009

wtorek, 01 listopada 2011
Fala

.. czyli książka, która stała się asumptem do zrewidowania tego, co napisałam w otwierającym ten blog Manifeście. Jestem mianowicie zmuszona odszczekać słowa: W książce najważniejszy jest tekst, bo służy ona do czytania.

Niniejszym odszczekuję więc i robię to nie tylko bez żalu, ale nawet z satysfakcją, bo równocześnie odnotowuję pojawienie się nowej kategorii – książek obrazowych. Różnią się one od dotychczas nam znanych książek obrazkowych (czyli takich w których ilustracje dopełniają tekst) tym, że to obraz jest w nich sednem całości.

Fala” nie jest pierwszą książką obrazową, którą mam w ręku, ale pierwszą, która mnie absolutnie oczarowała i pokazała, że słowa w ogóle nie są potrzebne i całą historię można doskonale opowiedzieć obrazem.

Jest coś magicznego w miejscu spotkania się morza z lądem, coś co urzeka mnie od zawsze, od pierwszego z morzem spotkania. Jako dziecko co roku spędzałam część wakacji nad Bałtykiem i nigdy mi się tam nie nudziło. Kiedy zaczęłam jeździć tam z własnymi dziećmi, stwierdziłam, ze plaża i morze to samograj i dzieci nie potrzebują do szczęścia nic więcej. Nawet wiaderka i inne sprzęty plażowe nie są niezbędne do dobrej zabawy.

Ja - dorosła nad morzem nie bawię się w piasku i niekoniecznie muszę wchodzić do wody głębiej niż po kostki. Mogę sobie po prostu siedzieć, i patrzeć, i słuchać. Nic nie relaksuje mnie tak, jak długi spacer skrajem wody i plaży, bez celu – tylko po to, żeby widzieć morze, niebo i piasek, słyszeć fale i wiatr, i dać mu się przewiać, tak do imentu. Oczywiście nie mam tu na myśli zatłoczonych i hałaśliwych solariów typu: Łeba przy głównym wejściu na plażę w środku sezonu, gdzie własnych myśli człowiek nie słyszy i nie ma gdzie postawić nogi, tylko miejsca bardziej odludne.

Na przykład nasze ukochane Poddąbie

(na zdjęciu - Julka jakieś 10 lat temu)



Fala” to opowieść o małej dziewczynce na pustej plaży. Dziewczynka i Morze są w tej historii bohaterami równorzędnymi, partnerami prowadzącymi dialog. Plaża jest, jako się rzekło pusta, nie widać tam innych ludzi, tylko piasek i wodę. Są jeszcze ptaki,całe stadko mew, ale one zachowują dystans i są w tej historii tylko obserwatorami.

Uważny czytelnik (oglądacz ? ;-) zauważy, że na plaży cały czas jest mama Dziewczynki. Czuwa z daleka, nie ingeruje w to co dzieje się między Dziewczynką a Morzem, nie próbuje wkraczać między nich z ręcznikiem, kapeluszem od słońca, ani też z żadną bułą do koniecznego zjedzenia ;-) Ta jej dyskretna obecność w połączeniu z dedykacją: Dla Sahna, mojego nowonarodzonego dziecka spowodowały, ze zobaczyłam „Falę” jako swoisty manifest mądrego rodzicielstwa – takiego, które pozostawia dziecku tyle swobody i samodzielności, ile tylko ono chce i jest w stanie udźwignąć, otaczając je równocześnie troską i uwagą.

Ilustracje Suzy Lee są... i tu niestety brakuje mi dobrych określeń :-(

Może więc tak : są ascetyczne – zarówno w doborze kolorów, jak i w używaniu kreski. I pełne rozmachu, trochę zawadiackie, na pozór niedbałe, a jednak przemyślane i dopracowane w każdym szczególe. Są po prostu znakomite.

"Fala” to książka uniwersalna, możliwa do zrozumienia na całym świecie, bo przecież wszędzie jest Morze i są takie Dzieci – ciekawe, odważne i beztroskie. Każdy czytelnik, niezależnie od wieku, odczyta ją po swojemu i na swoim poziomie.

Suzy Lee „Fala”, wyd.: Mam Wydawnictwo, Warszawa (?) 2011

niedziela, 24 lipca 2011
Ania i Harry

Nie, to nie jest tytuł książki...

Pojutrze czyli 26 lipca moja najstarsza córka Ania obchodzi imieniny. Będzie to równocześnie taki mały jubileusz – oto kończy się w jej życiu dekada z Harrym Potterem ;-)

10 lat temu bardzo martwiłam się tym, że moja (wówczas ośmioletnia) pierworodna ma problemy z czytaniem. Podsuwałam jej różne, w moim przekonaniu interesujące książki, ale nic jakoś nie było w stanie zainteresować jej na tyle, żeby chciała przeczytać samodzielnie.

Na imieniny kupiłam jej pierwszy tom Harrego Pottera, o którym wiedziałam tylko, że dzieci czytają to chętnie i że za dwa miesiące zapowiadana jest premiera tomu czwartego. To było to !!! Sukces przerósł moje najśmielsze oczekiwania ;-)

Przez dwa miesiące moja nieczytająca dotąd córka pochłonęła wszystkie trzy tomy i czekała niecierpliwie na czwarty. I tak się zaczęło...

Czekanie na kolejne tomy, które pan z zaprzyjaźnionej księgarni dawał jej spod lady (i na kredyt ;-)) jeszcze przed oficjalną premierą. Ostatni przeczytała po angielsku, zanim ukazało się polskie wydanie.

Czekanie na kolejne filmy. Nocne premiery i emocje z tym związane. Pamiętam, jak wybierała się do kina w różowej bluzie, podobnej to noszonej przez Hermionę w tej części, i z fryzurą na Hermionę uzyskaną przez zaplecenie na mokro wielu warkoczyków (jak myślicie, kto je zaplatał ? ;-). Na jednym z bali karnawałowych w szkole przebrała się za Cho Chang – szukającą Krukonów (na tym etapie chyba jeszcze nie było wiadomo, jak znaczącą postacią będzie ona w kolejnych tomach). Herb Ravenclaw, który Ania zrobiła sama do tego przebrania, był chyba najstaranniejszą pracą plastyczną, jaką wykonała na potrzeby szkoły ;-) Wyróżniała się w tłumie Harrych i Hermion, ktorzy licznie przybyli na ten bal.

No i oczywiście – w dniu 11 urodzin czekała z nadzieją na list z Hogwartu :-)

Miała potem jeszcze kilka fascynacji książkowych – największa była chyba ta związana z Tolkienem, ale żadna nie była tak silna. Żadna również nie była dzielona z taką ilością rówieśników. Harry Potter jest ich globalnym przeżyciem pokoleniowym. Kiedy z Kanady przyjechała do nas kuzynka, rówieśniczka Ani, bez problemu znalazły wspólny temat.

Kilka dni temu poszła do kina na ostatnią część filmu. Po powrocie powiedziała: Wiesz Mamo ? To jest prawdziwy koniec mojego dzieciństwa. Bardziej niż 18 urodziny. :-(


 

00:03, agnieszka_azj , varia
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 18 lipca 2011
Gofrowe serce

  

Lena i ja mieszkamy w zatoce zwanej Pękatą Matyldą. Dziadziuś mówi, ze Pękata Matylda to królestwo. Dziadziuś przeważnie buja, ale lubię myśleć, że ma rację i Pękata Matylda jest królestwem; naszym królestwem.

Mamy tu rozległe pola między domami a fiordem, do którego brzegu wiedzie wąska droga żwirowa. Wzdłuż tej drogi rosną jarzębiny, na które można się wspinać. Każdego ranka, gdy wstanę, patrzę przez okno na fiord i jaka jest pogoda. Gdy porządnie wieje, fale walą w pomost, aż woda bryzga wysoko na pola. A gdy nie wieje, fiord wygląda jak ogromna kałuża. Jakby się uważnie przyjrzeć, to widać,że woda ma codziennie inny odcień. Patrząc na fiord, jednocześnie rozglądam się za łódką dziadziusia. On wstaje codziennie o piątej i wyrusza na połów. Powyżej naszych domów przebiega droga samochodowa. A powyżej drogi samochodowej są górki do zjeżdżania zima na sankach i nartach.

Czujecie to ? (że zapytam jak Serce z moich ulubionych reklam ;-) Takie miejsce do mieszkania, gdzie przez okno widać wodę, marzy mi się od zawsze. Ale to nie jedyny powód, dla którego podoba mi się ta książka.

Tym, którzy zadają sobie pytanie, gdzie się podziały ciepłe, mądre i błogie opowiadania w stylu „Dzieci z Bullerbyn”, gorąco polecamy „Gofrowe serce” - napisano na okładce. Mnie kojarzy się ono jednak bardziej z inną moją ukochaną książką Astrid Lindgren - „Dlaczego kąpiesz się w spodniach wujku ?” (czyli „My na wyspie Saltkrakan”) i to nie tylko z powodu nadmorskiego anturage'u.

Jej głowni bohaterowie - Kręciołek i Lena bardzo przypominają mi Pellego i Tjorwen, tylko troszkę starszych. Co prawda - fizycznie trudno dopatrzyć się podobieństwa, bo Lena zupełnie nie wygląda jak mała dobrze wypchana kiełbaska, okrąglutka i apetyczna, wręcz przeciwnie – jak mówi o niej Dziadziuś Kręciołka - je jak koń, a wygląda jak rower, ale charakterek ma podobny i szalone pomysły również ;-)

Podobnie jak na Saltkrakan, w Zatoce Pękatej Matyldy smutek i radość razem wędrują i obok rzeczy śmiesznych dzieją się tam również smutne. Jak w życiu. Gdzieś pomiędzy szalonymi zabawami dzieci i kolejnymi wstrząśnieniami mózgu Leny, umiera ciocia – babcia, siostra Dziadziusia i ukochana zastępcza Babcia Kręciołka, ich stary sąsiad musi iść do domu starców, a Lena na jakiś czas opuścić Zatokę. Kręciołek tęskni, ale, jak tłumaczy to Dziadziuś, jeśli komuś jest smutno, bo tęskni do jakiegoś człowieka, to znaczy, że tego człowieka kocha. A kochać kogoś to najpiękniejsze, co może być. Tych za którymi tęsknimy, mamy w sobie.

Gofrowe serce” to książka, którą mogę zaliczyć do kategorii z Tatą w roli głównej, mimo że Lena nie ma taty, a Tata Kręciołka pozostaje gdzieś w tle. Okazuje się jednak, że choć nie wiadomo do czego służy Tata, to jest on bardzo potrzebny.

Mam tylko jeden problem. Staram się opisywać tutaj książki, które lubią moje córki. Tymczasem Julka - jedyna z nich, która jest w wieku odpowiednim do „Gofrowego serca” – z przyczyn dla mnie kompletnie niezrozumiałych (być może po prostu dlatego, że jest uparta jak stary kozioł ;-) zdecydowanie odmówiła wszelkiego kontaktu z nią. Nie i już ! Za to wszystkim pozostałym znanym mi dzieciom, które ją czytały, bardzo się podobała. Więc tym razem jest to książka sprawdzona na dzieciach – tylko że nie moich :-)

W dodatku znakomicie wpisująca się w moje skandynawskie skrzywienie, które jak widać nie ogranicza się tylko do literatury szwedzkiej. Ta książka przypomina mi, że Norwegia ciągle na nas czeka, a ja ciągle mam nadzieję, że kiedyś w końcu uda nam się tam dotrzeć.



Maria Paar „Gofrowe serce. Lena i ja w Zatoce Pękatej Matyldy”, przekł.: Aneta W. Haldorsen, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2007

wtorek, 05 lipca 2011
Z poniedziałkową wizytą w "Mieście książek"

Padma, autorka znakomitego książkowego bloga "Miasto książek" zaprosiła mnie do zacnego grona swoich poniedziałkowych gości.

Każdy z gości odpowiada na trzy pytania: o ulubioną książkę, o książkę, która zmieniła jego zycie i o książkę mało znaną, która zasługuje na większą uwagę.

Jeśli jesteście ciekawi, jakie książki wybrałam - zajrzyjcie do "Miasta książek".  Zapraszam :-)))

17:26, agnieszka_azj , varia
Link Komentarze (2) »
piątek, 01 lipca 2011
Kiedy zegar wybije dziesiątą; Czarna operacja

 

Zaczęły się wakacje, więc przyszedł czas na wakacyjne lektury.

   

Schemat tej książki jest w sumie mało oryginalny: Wszystko wskazywało na to, że w te wakacje Janka nie czeka nic ciekawego, tymczasem...

Zamiast na obóz piłkarski, na który czekał cały rok, pojechał z Tatą do małego pensjonatu na skraju niewielkiego miasteczka, a jedynym rówieśnikiem był tam Kuba – chudy, zaczytany okularnik pasjonujący się matematyką. Trudno wyobrazić sobie miejsce i towarzystwo bardziej do Janka nie pasujące, a jednak...

Chudy okularnik, który też nie był zadowolony z towarzystwa wysportowanego mięśniaka, dość szybko okazał się całkiem fajny. Miasteczkiem natomiast był Kazimierz Dolny.

Janek musiał przyznać, że Kazimierz nie przypominał zwykłego, przeciętnego miasteczka. Kocie łby, kamieniczki z rzeźbionymi fasadami, stara studnia pośrodku rynku – wszystko odbiegało od jego ponurych wyobrażeń o tym miejscu. Spodziewał się zobaczyć szare, brzydkie miejsce z kulawymi psami i zakurzonymi oknami budynków.

A kiedy jeszcze trafili na trop tajemniczej afery okazało się, że znakomicie się z Kubą uzupełniają i stanowią świetny team...

Zwróciłam uwagę na tę książkę przede wszystkim ze względu na miejsce, w którym autorka umieściła jej akcję. Bardzo lubię Kazimierz, a kiedy byłam w wieku Kuby i Janka, jedną z moich ulubionych lektur było „Pawie pióro” Zofii Bogusławskiej i Celiny Tatarkiewicz – też wakacyjna historia grupki nastolatków tropiących tajemnice w Kazimierzu. Czy ktoś oprócz mnie ją jeszcze pamięta ?

  

Kiedy zegar wybije dziesiątą” może służyć za  przewodnik po tym miasteczku. Z książką w ręku, wędrując tropami Kuby i Janka można zobaczyć wszystkie najważniejsze miejsca, łącznie z Janowcem po drugiej stronie Wisły. Właśnie dzięki Kazimierzowi nie jest to tylko kolejna historia o bystrych nastolatkach na tropie złoczyńców – rynek, wąwozy, Wisła, prom do Janowca... W takim otoczeniu i bez przestępców trudno się nudzić.

  

  

Minął rok i tym razem to Kuba odwiedza Janka w jego rodzinnym mieście. Znów sytuacja jest podobna – dorośli są zajęci, tym razem przeprowadzką i chłopcy mają zupełną swobodę w wędrowaniu po mieście. Podobnie jak Kazimierz, Warszawa opisana jest bardzo realistycznie, wszystkie miejsca można bez problemu zlokalizować, tylko adres Instytutu Technologii Elektronicznej pozostaje tajemnicą autorki...

Po tym, jak w zeszłym roku rozpracowali szajkę fałszerzy dzieł sztuki, w tym chłopcy nie liczą specjalnie na to, ze uda im się wpaść na trop kolejnej afery. W końcu kto jak kto, ale Kuba wie doskonale, co o tym mówi rachunek prawdopodobieństwa ;-) Wie jednak też, że życie czasami wywija matematyce paskudne numery. Afera sama przychodzi do nich i tym razem dotyczy czegoś na wskoś nowoczesnego...

Obie te książki są bardzo dobrze napisane, pomysł osadzenia akcji w miejscach rzeczywistych sprawdził się doskonale, a jednak w czasie lektury kilkakrotnie coś mi w nich zgrzytało :-(

Po pierwsze –  zdarza się tam, że chłopcy posuwają się do okłamania dorosłych. Sprawia im to co prawda pewien dyskomfort psychiczny i obiecują sobie, że opowiedzą o wszystkim rodzicom, ale w następnym tomie okazuje się, że rodzice nadal nic o ich kazimierskich wyczynach nie wiedzą, a oni znów muszą trochę oszukiwać dorosłych...

Po drugie – w pewnym momencie chłopcy decydują się na małą mistyfikację i udają harcerzy. Kupują w tym celu mundurki oraz krzyże harcerskie – i to właśnie, jako stara harcerka, uważam za przegięcie (żeby nie powiedzieć – profanację;-). Pomijając już fakt, że wg mojej wiedzy krzyża harcerskiego nie można kupić ot, tak sobie...

Trzecim, już całkiem cichutkim zgrzycikiem było to, że ojciec Janka – architekt zatrzymał się w Kazimierzu w przypadkowym pensjonacie, zamiast skorzystać z Domu Architekta SARP, jak zrobili by wszyscy znani mi architekci, ale rozumiem, że było to niezbędne do zawiązania akcji. Inaczej chłopcy raczej by się nie spotkali.

A jeśli by się nie spotkali, nie byłoby tych książek, które (pomimo zgrzytów) naprawdę warto przeczytać. Szczególnie w wakacje :-)


Agnieszka Błotnicka „Kiedy zegar wybije dziesiątą”, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2010

Agnieszka Błotnicka „Czarna operacja”, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2010




poniedziałek, 13 czerwca 2011
Ela - Sanela

  

Tytuł tej książki brzmi trochę jak dziecięca rymowanka – dokuczanka, coś jak: Jurek, ogórek, kiełbasa i sznurek. Na okładce – kolorowy pasiasty kot, jakby zrobiony na drutach. Na pierwszy rzut oka trudno jest podejrzewać, że mamy do czynienia z pierwszą, ukazującą się po polsku książką, która dotyka tematu wojny na Bałkanach.

Dla nastolatków, do których jest adresowana, ta wojna to temat równie odległy jak II Wojna Światowa. Kiedy trwała, nie było ich jeszcze na świecie, albo byli zbyt mali, żeby do ich świadomości dotarły koszmarne wiadomości dochodzące z Bałkanów. Minęło kilkanaście lat, świat zaczął powoli zapominać o Sarajewie i Srebrenicy, ale teraz znów sobie przypomni, bo dopiero teraz udało się aresztować i postawić przed sądem Ratko Mladića.

Ela – Sanela” nie jest książką o wojnie . Opowiada o tym, jak wojna bezlitośnie plącze ludzkie losy i jak trudno je potem rozplątać.

Ela ma prawie 13 lat, właśnie rozpoczęła naukę w pierwszej klasie gimnazjum w małym miasteczku gdzieś na południu Polski. Mieszka w starym domu na obrzeżach tego miasteczka z osobą, którą nazywa Babcią i którą kocha jak Babcię, ale doskonale wie, że nie jest jej prawdziwą krewną. Od dawna już nie pyta o swoich rodziców. Chodzi do szkoły, czyta książki, bierze udział w próbach spektaklu według „Małego księcia”...

Sanela Hasani urodzona 13 listopada 1993 roku w Bośni - tyle wiedziała o niej Babcia, kiedy zabierała ją, niespełna roczną, z ośrodka dla uchodźców. Teraz, po dwunastu latach udało się wreszcie odnaleźć kogoś z jej rodziny i Ela nagle dowiedziała się, że ma siostrę, która mieszka w Londynie. Podczas ucieczki z Sarajewa zaginęli gdzieś ich rodzice i brat, ale dziewczynki mają też dziadków w Sarajewie i kuzynki w Niemczech.. Jak wychowana przez Babcię na katoliczkę dziewczynka odnajdzie się w muzułmańskiej rodzinie ?

Ela – Sanela” to książka niezwykła... Niespieszna – trochę jak życie w małym miasteczku. Zanim dowiemy się, kim naprawdę jest Ela, musimy spędzić trochę czasu w jej świecie, poznać ją. A kiedy już ja poznamy, przychodzi czas na pożegnanie. Nie wiemy, jak dalej potoczą się jej losy, możemy mieć tylko nadzieję, że teraz już na pewno wszystko będzie dobrze.

A kot ? Ten z okładki ? Ten kot jest bardzo ważną postacią w tej książce, ale, jak to często z kotami bywa, zupełnie odrębną, tajemniczą i zaskakującą.


Katarzyna Pranić „Ela – Sanela”, wyd.: Wydawnictwo Piotra Marciszczuka STENTOR, Warszawa 2011

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 21
Tagi
Mały Pokój z Książkami

Wypromuj również swoją stronę