CZYLI O DOBRYCH KSIĄŻKACH DLA DZIECI NIE TYLKO DLA DZIECI
Kategorie: Wszystkie | A. Błotnicka | A. Chachulska | A. Frączek | A. Hest | A. Jaromir | A. Kamiński | A. Mcghee | A. Michaelis | A. Niemierko - Pająk | A. Piwkowska | A. Vestly | A. Znamierowski | A.Bradley | A.D.Mizielińscy | A.Holmberg | A.Lindgren | A.M. Grabowski | A.Onichimowska | A.Provoost | A.Tyszka | B. Cole | B. Gawryluk | B. Kaniewska-Pakuła | B. Leśmian | B. Lindgren | B. Massini | B. Moyeyaert | B. Ostrowicka | B. Rice | B. Wildsmith | B. Wróblewska | C. Compton | C. Frabetti | C. Kruusval | C. Wolff-Brandt | C.Funke | C.Rayner | C.Rees | Ch. Bjork | Ch. Dickens | Cz. Janczarski | D. Cali | D. Combrzyńska - Nogala | D. Geisler | D. Gellner | D. Walliams | D. Wawiłow | D.Terakowska | Dr. Seuss | E. Ainsworth | E. Beskow | E. Kozyra - Pawlak (aut.) | E. Piotrowska | E. Susso | E.Carle | E.H.Gombrich | E.Nowak | F. Nilsson | F.H. Burnett | G. Gortat | G. Mancomble | G. Ruszewska | G. Whelan | G.Carson Levine | G.Kasdepke | Gro Dahle | H. Ch. Andersen | H. Tullet | Heekyong Kim | I. Angerborn | I. Chmielewska | I. Degórska | I. Desjardins | J. Birdsall | J. Chmielewska | J. Fabicka | J. Frey | J. Mikołajewski | J. Olech (autorka) | J. Picoult | J. Rudniańska | J. Schlansky | J. T. Wieslander | J. Tuwim | J. Wilkoń -autor | J. Wilson | J.P. Lewis | J.Papuzińska | K. DiCamillo | K. Levine | K. Lipka-Sztabałło (autor) | K. Pranić | K.Majgier | K.Siesicka | L. Anderson | L. Anholt | L. Bardijewska | L. Brooke | L. Fabisińska | L. Lowry | L. Olivier | L. Stafford | M. Amelin | M. Brykczyński | M. Ekier | M. Galica | M. Happach | M. Kita | M. Kowaleczko - Szumowska | M. Matlin | M. Miklaszewska | M. Niklewiczowa | M. Oklejak (autorka) | M. Oworuszko | M. Parr | M. Prześluga | M. Rusinek | M. Sasek | M. Skibińska | M. Szczygielski | M. Waltari | M. Widmark | M. Zarębska | M.Gutowska-Adamczyk | M.K.Piekarska | M.Strzałkowska | M.Wollny | Marcel A. Marcel | N. Streatfield | P. Beręsewicz | P. Goes | P. Lindenbaum | P. Maar | P. Pawlak - autor | R. Kipling | R. Kosik | R. Lagercrantz | R. McCormick | R. Mueller | R. Piątkowska | R. Riordan | R.Dahl | R.Jędrzejewska-Wróbel | S. Crossan | S. McBratney | S. Nyhus | S. Scherrer | Shaun Tan | Suzy Lee | T. Jansson | T. Trojanowski | U. Stark | V. Howie | W. Holzwarth | W.Widłak | Z. Orlińska | albumy | atlasy | piosenki | serie | składanki | tradycyjne | varia | Ł. Wierzbicki
RSS
poniedziałek, 15 maja 2017
Moje cudowne dzieciństwo w Aleppo

 

Najpierw uwaga natury osobistej: coraz mniej mam ostatnio czasu na pisanie tutaj.

11 lat temu, kiedy zaczynałam, chciałam pisać o książkach, które lubią moje córki. Teraz one wyrosły już z dziecięcych i młodzieżowych lektur, a ja mam rozmaite inne pola aktywności okołoksiążkowej.

Czasami myślę sobie, że może powinnam oficjalnie zamknąć Mały Pokój z Książkami i zakończyć pewien etap w życiu ? Jednak wówczas, jak na zawołanie, pojawia się książka, o której bardzo chcę opowiedzieć i wtedy cieszę się, że jednak mam gdzie...

Tak jest właśnie teraz.

   



 Tytuł tej książki brzmi jak oksymoron, a jednak jej bohaterowie być może kiedyś tak o tym czasie powiedzą. W całym koszmarze życia w ruinach i ciągłej obawy przed nalotami, Jasmina i jej bracia Nabil i Tarik mają dom - trochę zrujnowany, ale to i tak bardzo dużo, bo 1/3 ludności Syrii musiała swoje domy opuścić. Mają też co jeść i w co się ubrać, ale przede wszystkim mają rodziców, którzy robią wszystko, aby ich chronić, nie tylko w sensie fizycznym. Na spotkaniu promującym tę książkę Tomasz Raczek powiedział, że skojarzyła mu się ona z filmem „Życie jest piękne”. Ja odebrałam ją podobnie – tu także jest ojciec, który robi wszystko, żeby nie dopuścić do świadomości dzieci okropieństw świata, w którym zmuszone są żyć.

Dorośli są naiwni. Wydaje im się, że jak rozmawiają szeptem, dzieci nic nie usłyszą. Jest dokładnie na odwrót. Kiedy rodzice, patrząc porozumiewawczo na siebie, przy rozmowie zasłaniają dłonią usta, jakby zamierzali kichnąć, wtedy cała zamieniam się w słuch – i najczęściej udaje mi się parę słów wychwycić.

Tak naprawdę nie chodzi o to, żeby poznać ich najskrytsze tajemnice. Po prostu czasem mają problemy, z którymi sami nie potrafią sobie poradzić.

Ta książka to powieść dla dzieci, którą powinien przeczytać każdy dorosły – jak można przeczytać na okładce.

Grzegorz Gortat nie chroni swoich czytelników przed prawdą o wojnie. Pokazuje życie w oblężonym i bombardowanym mieście w całym jego koszmarze, nie wyłączając śmierci osób bliskich, ale nie epatuje okrucieństwami. Wiele rzeczy pozostawia niedopowiedzianych, a każdy czytelnik zrozumie je na swoim poziomie. My dorośli, wypełnimy te niedopowiedzenia swoją wiedzą o świecie, a jeśli będziemy towarzyszyć w lekturze dzieciom, możemy odpowiedzieć na pytania, jakie być może będą chciały zadać. Tematy do rozmowy kryją się też w niezwykłych ilustracjach Marianny Sztymy, które (jeśli obejrzymy je kolejno, pomijając tekst) opowiadają pewną, bardzo poruszającą historię.

Nie dowiemy się z niej, jakie są przyczyny wojny w Syrii i kto tak konkretnie zrzuca bomby na Aleppo. To książka o każdej wojnie w każdym miejscu na świecie. Ważni są w niej bezbronni ludzie, o których pan Safik powiedział: jesteśmy tylko pionkami w grze możnych tego świata. A świata nie interesuje, co się z nami stanie.

Moje cudowne dzieciństwo w Aleppo” nie ma happy endu – właściwie trudno powiedzieć, że ma koniec, bo przecież wiemy, że wojna w Aleppo trwa nadal...

Katarzyna Szantyr – Królikowska, szefowa wydawnictwa „Bajka” powiedziała na spotkaniu promującym tę książkę, że kiedy przeczytała ten tekst pierwszy raz, zrozumiała dwie rzeczy: że musi ją wydać i że rzeczą niemoralną byłoby na niej zarabiać. Cały dochód ze sprzedaży „Mojego cudownego dzieciństwa w Aleppo” zostanie przekazany Polskiej Akcji Humanitarnej na pomoc Syrii. Może dzięki temu choć jedno dzieciństwo w Aleppo stanie się trochę lepsze...


 

Grzegorz Gortat „Moje cudowne dzieciństwo w Aleppo”, ilustr.: Marianna Sztyma, wyd.: Bajka, Warszawa 2017

 

 

 

 

 

sobota, 04 marca 2017
Gębolud po raz drugi

 



Po raz pierwszy „Gębolud” ukazał się  w 2004 roku nakładem Gdańskiego Wydawnictwa Psychologicznego. Wtedy była to jedna z ukochanych książek mojej Julki. Teraz, po kilkunastu latach wznowiło ją wydawnictwo Bajka.

   

Ja także bardzo lubiłam historię Gęboluda i Pyzatej, a nawet pokusiłam się o jej własną interpretację:

Czy ktoś, kto urodził się w rodzinie strasznych czarnoksiężników może zostać w życiu kimś innym niż strasznym czarnoksiężnikiem ? Nie ??? Nawet jeśli tak naprawdę to pragnie być ogrodnikiem, miłym panem, który lubi zwierzęta i dzieci ? Gdy zamiast mieszać śmierdzące czarne mazidła, chciałby hodować róże, a z ich pachnących płatków robić konfitury i olejek różany ? Niemożliwe ??? Możliwe, możliwe – jeśli tylko włączy się w tę sprawę dobra czarownica Hortensja i postawi na jego drodze małą pyzatą istotkę.

Czytałam Julce tę książeczkę wiele razy i widziałam w niej tylko sympatyczną historyjkę o miłym czarodzieju. Optymistyczną opowiastkę o tym, że dużo lepiej jest mieć kogoś do kochania, niż być samotnym i ponurym. I jeszcze – że w wysprzątanym i czystym domu jest dużo przyjemniej niż w brudzie i bałaganie. Sympatyczność tej książeczki dodatkowo podkreślają ciepłe, pastelowe ilustracje Agnieszki Żelewskiej, która jest etatową ilustratorką książek Roksany Jędrzejewskiej - Wróbel (Julka najbardziej lubi ten obrazek, na którym Gębolud i myszka kąpią się - każde w swojej wannie, ale w identycznych pozach ;-).

Dopiero ostatnio, kiedy kolejny raz przeczytałam słowa: Tatuś ? Jaki śliczny tatuś ! doznałam olśnienia - „Gębolud” to historia faceta, który zostaje ojcem.

Dochodzenie mężczyzny do ojcostwa jest zupełnie inne niż nasze, kobiece do macierzyństwa. Związek kobiety z dzieckiem jest naturalny i oczywisty, a w dodatku wspierają go hormony. Dla mężczyzny pojawienie się na świecie malucha (dość odległe w czasie od aktu poczęcia) ma w sobie posmak czarów. Pstryk i jest ;-))) Zupełnie tak samo, jak w życiu Gęboluda pojawiła się Pyzata. Pojawiła się i wywróciła do góry nogami cały jego specyficznie uporządkowany świat. Wywróciła do góry nogami, a jemu wcale to nie przeszkadza. Nie tylko nie przeszkadza, ale wręcz przeciwnie – jest bardzo zadowolony. To muszą być czary – bo jeśli nie one, to co ???

Moja recenzja doczekała się niespodziewanej dla mnie reakcji Autorki, która skomentowała ten wpis następująco:

Wow ! Ale dałaś. Historia o stawaniu się ojcem ! Ja chciałam chyba napisać o marzeniach, o buntowaniu się przeciwko stereotypom - "Tatuś był mógł to i ty powinieneś". O tym, że każdy ma własną drogę i sensem zycia jest jej szukanie... To na poziomie świadomym chciałam. Ale co tam u autora w podświadomości piszczy, tego się on może dowiedzieć od recenzenta :) Wielkie dzięki za taki pomysł, zawsze uważałam, że książki po wydaniu żyją własnym życiem, niezależnym od intencji autora. I jest w nich dokładnie to, co czytelnik zobaczy. Sama jako czytelniczka daję sobie takie prawo.

Pamiętam, że zrobiło mi się bardzo miło, kiedy to przeczytałam. 

Agnieszka Żelewska, która ilustrowała także wydanie poprzednie, przygotowała do tego całkiem nowe ilustracje. Nie podejmę się nazwać techniki, w jakiej zostały one wykonane, miejscami robią wrażenie wyklejanki z papierowych wyrywanek. Trochę się tego obawiałam, na szczęście Gęboluda i Pyzatej nie sposób na nich nie poznać ;-) Ta wersja jest, powiedziałabym, nieco bardziej surowa niż poprzednia, i okładka, i początkowe ilustracje utrzymane są w gamie barw zdecydowanie odpowiadających stanowi domostwa naszego Czarodzieja sprzed zmian.

Ja jednak pozostanę wierna tamtym poprzednim, co nie zmienia faktu, że bardzo cieszę się z tego wznowienia, bo następne pokolenie zasługuje na to, żeby móc się zaprzyjaźnić z Gęboludem i Pyzatą :-)

 

 

Roksana Jędrzejewska – Wróbel „Gębolud”, ilustr.: Agnieszka Żelewska, wyd.: Bajka, Warszawa 2017

Roksana Jędrzejewska – Wróbel „Gębolud”, ilustr.: Agnieszka Żelewska, wyd.: Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne, Warszawa 2004

czwartek, 16 lutego 2017
Projekt Breslau

 

   projekt Breslau

 

Szóstka gimnazjalistów z Wrocławia odkrywa w swojej szkole nieużywany przedsionek. Znajdują tam stary kufer oraz zeszyt zapisany po niemiecku – pamiętnik ich rówieśnika sprzed lat Hugona Harnischa. Okazuje się, że Hugo chodził kiedyś do szkoły, która mieściła się w tym samym budynku, co ich gimnazjum, a kufer... Kufer jest mocno tajemniczy, nie daje się otworzyć, a od czasu do czasu... przenosi kogoś w przeszłość.

 

To mogła być bardzo dobra książka...

Projekt Breslau” przełamuje swoistą nie-pamięć, którą przez ostatnie 70 lat otoczona była przeszłość Wrocławia. Pamiętam książki z akcją w tym mieście (np. Stanisławy Platówny) ale zawsze to było tu i teraz. Nawet w „Zawsze jakieś jutro” Wieczerskiej, gdzie mamy koniec lat czterdziestych i ruiny, brakuje odwołań do całkiem wtedy niedalekiej przeszłości.

W literaturze dla dorosłych tę nie-pamięć przełamał jako pierwszy chyba Marek Krajewski cyklem o komisarzu Mocku.

Wrocław jest fascynujący właśnie ze względu na swoją historię. To miasto stanowi niezwykłą mieszankę tradycji – tego co pozostało z czasów niemieckich z tym, co przynieśli ze sobą jego nowi powojenni mieszkańcy. A także tego, co oni sami stworzyli, bo przecież wyrosło już kilka pokoleń, dla których to Wrocław a nie Breslau jest małą ojczyzną, innego nie znają. Przykładem takiego przenikania jest na przykład pomnik Aleksandra Fredry, przywieziony ze Lwowa i stojący na rynku w miejscu, gdzie kiedyś był pomnik króla Prus Fryderyka Wilhelma III. Albo prawosławna katedra Narodzenia Przenajświętszej Bogurodzicy, zbudowana jako katolicki kościół św. Barbary, która potem przez kilka wieków była ewangelickim kościołem garnizonowym.

 

To mogła być bardzo dobra książka...

Niestety nadal jest jednowymiarowa, bo sięgając do przeszłości pokazuje jedynie jej część niemiecką. Opowieść Hugona dotyczy czasów, kiedy do Wrocławia przybywali już pierwsi jego nowi mieszkańcy, ale w jego pamiętniku mamy niemal wyłącznie wyprawy w przeszłość. Odniesień do ówczesnej codzienności jest niewiele – gruzy, głód, konieczność wyprzedawania rzeczy i niepewność co do dalszego losu.

Współcześni gimnazjaliści, tak przejęci odkrywaniem przeszłości, ani przez chwilę nie zadają sobie pytania, skąd we Wrocławiu wzięły się ich rodziny, gdzie wcześniej były domy ich przodków ? Kiedy zjawili się we Wrocławiu i co wtedy tam zastali ? Aż prosi się o wplecenie w akcję opowieści rówieśnika Hugona o tym, jak po dwóch tygodniach podróży wagonem towarowym wysiedli w obcym, zrujnowanym mieście, a tam, gdzie nie było ruin, wszystko wyglądało inaczej niż w Lwowie, Stanisławowie czy Buczaczu.

 

To mogła być bardzo dobra książka...

I byłaby, gdyby autorce udało się tchnąć w opisywaną historię trochę życia i emocji, gdyby wszystko, co opisane, nie było takie jakieś... papierowe :-(

Mamy szóstkę bohaterów, ale wcale ich nie poznajemy. Maks gra na gitarze, Olga interesuje się ciuchami i nie lubi czytać książek, a Ada i Adam to bliźnięta – ona jest lepiej zorganizowana i trochę pilnuje roztrzepanego brata. Leon kocha się w Natalii, która jest narratorką tej książki, ale nawet o niej nie dowiadujemy się zbyt wiele, poza tym, że czyta książki (a czasem streszcza Oldze lektury) i że po jakimś czasie zaczęła odwzajemniać uczucie Leona. To wszystko.

Bohaterowie przeżywają rzeczy naprawdę niesamowite, a przyjmują je tak, jakby chodziło o obejrzenie filmu na youtubie. Naturalną reakcją młodzieży na opowieść kolegi o tym, że właśnie odbył wycieczkę do przeszłości, będzie raczej niedowierzanie, i propozycja, żeby zmienił dilera ;-) tymczasem oni uwierzyli Leonowi niemal od razu, bez zastrzeżeń.

Potem wszyscy kolejno przenoszą się w czasie, a po powrocie (poza tym że mają coś w rodzaju jet lag) zachowują się tak, jakby nie zdarzyło się nic szczególnego. Jedynie Natalia, której kufer zafundował przeżycie nalotu i doświadczenie pobytu w zasypanej piwnicy, z większym trudem powraca do rzeczywistości XXI wieku.

Nawet (uwaga !!! spoiler !!!) niespodziewane pojawienie się w przedsionku Hugona Harmischa we własnej osobie nie robi na nich większego wrażenia. Mimo że musi być to człowiek wiekowy (na pewno po osiemdziesiątce) rozmawiają z nim tak, jak z widywanym codziennie sąsiadem. Spotykają się, dowiadują o jego losach, razem odbywają jeszcze jedną wycieczkę w przeszłość, żegnają się i już. Żadnych emocji, żadnych głębszych refleksji, ot tak, po prostu.

 

To mogła być bardzo dobra książka - a nie jest. Szkoda...

 

Magdalena Zarębska „Projekt Breslau”, wyd.: BIS, Warszawa 2016

 

czwartek, 19 stycznia 2017
Rutka

 

   

 

Z tą „Rutką” to było tak:

najpierw przeczytałam gdzieś (a może usłyszałam ?), że wyszła książka dla młodzieży (młodszej) nawiązująca do historii łódzkiego getta. Dotychczas ten temat poruszała tylko „Bezsenność Jutki”, a jest i fascynujący, i mało znany, więc oczywiście musiałam jej poszukać.

Nabyłam, zaczęłam czytać i... bardzo mi nie szło. Spodziewałam się chyba czegoś kompletnie innego i jakoś nie wciągnęła mnie. Nawet nie pamiętam, kiedy porzuciłam jej lekturę. Przypomniałam sobie o niej dopiero, kiedy pakując książki przed remontem doszłam do przyłóżkowego stosika i odkryłam ją na samym jego spodzie.

Jakiś czas potem okazało się, że „Rutka” została „Książką Roku IBBY” !!! Chyba jeszcze nigdy żaden werdykt mnie tak nie zaskoczył. Kompletnie nie rozumiałam, co jury w niej zobaczyło, ale postanowiłam dać jej jeszcze jedną szansę.

Nie było łatwo ją znaleźć, bo nie wszystkie nasze książki doczekały się już swoich półek, część nadal jest w kartonach, a Rutka wyraźnie chowała się przede mną. Wreszcie udało się.

Przeczytałam.

I zrozumiałam, czym zachwyciła jurorów IBBY.

Rutka” to książka niezwykła, wymykająca się gatunkom. Można ją przeczytać kompletnie  obok kontekstu historycznego – wtedy będzie czymś w rodzaju onirycznej, choć nieco zwariowanej baśni o samotnej dziewczynce i jej niewidzialnej przyjaciółce – i dopiero z posłowia dowiedzieć się, co autorka miała na myśli.

Bałuty to stara dzielnica Łodzi o długiej i trudnej tradycji – w czasie wojny było tu getto. Niektóre ulice, całe kwartały przetrwały w niezmienionym stanie do dziś.

Jako dziecko lubiłam dotykać ręką murów tamtejszych kamienic – zdawało mi się, że czuję, jak oddychają. Zaglądałam w okna domów i zastanawiałam się, kto w nich wcześniej mieszkał. Jakie dzieci się tu bawiły, czyje stopy biegały po „kocich łbach” bałuckich uliczek ? Wyobrażałam sobie całe rodziny, razem z ich sąsiadami i domowymi zwierzątkami.

Mimo tak wyraźnego umocowania w czasie i przestrzeni trudno nazwać „Rutkę” książką o getcie, wojnie, czy Holokauście. Nie znajdziemy tam ani realiów ówczesnego życia, nie usłyszymy określenia Wielka Szpera, nie dowiemy, kim był Biały Pan. Także ilustracje Mariusza Andryszczyka nie przywołują przeszłości, kreują atmosferę baśni.

O czym więc jest ?

O pamięci ? Czy też może raczej o jej braku – czyli o zapomnieniu ? Pokazuje Łodź (ale przecież nie tylko o nią tu chodzi, to może być każde inne miasto i miejscowość) jako palimpsest, w którym kolejne pokolenia pozostawiają po sobie kolejne warstwy, łatwe do odkrycia, jeśli się trochę poskrobie.

Bo każde miejsce ma do opowiedzenia własną historię. Wystarczy tylko przyłożyć ucho i słuchać...

 

Joanna Fabicka „Rutka”, ilustr.: Mariusz Andryszczyk, wyd.: Agora, Warszawa 2016

 

 

poniedziałek, 02 stycznia 2017
Bajka o rozczarowanym rumaku Romualdzie

 

   

 

To pierwotnie miała być recenzja „Bombki z gwiazdką” tych samych autorek, książki urzekającej wizualnie i ciut rozczarowującej treścią. Niestety - wir remontu porwał mnie niczym tornado Dorotkę do krainy Oz i wypluł tuż przed Wigilią. Nie zdążyłam, a do następnych Świąt jeszcze sporo czasu, więc mogę z tym poczekać. Przy okazji sięgnęłam po inne książek Maliny Prześlugi i...

...„Bajka o rozczarowanym rumaku Romualdzie” zafascynowała mnie już swoim tytułem.

Dlaczego jestem rozczarowany ? Bo odbyłem już sto wypraw, wożąc stu różnych bohaterów z bajek (a musisz wiedzieć, że niektórzy są grubi i ciężcy), uratowałem dziewięćdziesiąt dziewięć królewien (bo jedna zakochała się w smoku i nie dała się uratować), a nikt nigdy o mnie nie pamięta ! Dlatego, choć żyję w świecie czarów, jestem bardzo rozczarowany.

Ta książka to bajka na opak - w jej centrum jest ktoś, kto w najlepszym razie bywa bohaterem drugiego planu, także wtedy, gdy zdecydowanie jest na pierwszym. Natomiast Królewna, na ratunek której wyrusza, okazuje się być kimś, kto nawet jeśli się gdzieś pojawia, to jego obecność nie jest dla akcji kluczowa i na ogół wcale się się go nie dostrzega.

Ilustracje Jagi Słowińskiej też są takie.. ciut jakby odjechane ;-), mocno szalone i trochę psychodeliczne ;-)

A jednak, mimo nietypowych bohaterów i zwariowanych ilustracji w tej bajce wszystko jest tak, jak trzeba – i królewna w opałach, i rycerz, który spieszy jej z pomocą, dokonując przy tym czynów niebywałych. W dodatku kończy się tak, jak każda porządna bajka kończyć się powinna, czyli...

 

 


 

[ UWAGA – SPOILER !!! ]

 


 

I żyli długo i szczęśliwie.

 

A to jest przecież w bajkach najważniejsze. :-)))

 

 

Malina Prześluga (tekst) & Jaga Słowińska (ilustr.) „Bajka o rozczarowanym rumaku Romualdzie”, wyd.: TASHKA, Warszawa 2016

 

wtorek, 22 listopada 2016
Rzeka czasu. Podróż przez historię świata.

 

   

 

Kiedy pierwszy raz przeczytałam zapowiedź tej książki, od razu skojarzyła mi się z „Krótką historią świata dla młodszych i starszych” Ernesta Gombricha. Tam na jednej z pierwszych ilustracji też była taka rzeka, a w rozdziale ją kończącym autor pisał:

Wyobraź sobie rzekę czasu nad którą właśnie przelecieliśmy samolotem. Gdzieś tam we mgle daleko za nami może się jeszcze domyślasz skalnych jaskiń łowców mamutów, domyślasz się stepów, na których wyrosły pierwsze zboża. Te odległe punkciki, to piramidy i wieża Babel. Po tamtych nizinach Żydzi kiedyś pędzili swoje stada. (...)

Lecz pod nami i przed nami jest jeszcze mgła, nieprzenikniona mgła. Wiemy tyko, że rzeka płynie dalej, nieskończenie daleko, ku nieznanemu morzu.

Peter Goes tworzył swoją rzekę czasu jakieś 80 lat po Gombrichu i dlatego, zgodnie z tym, co przez ten czas ustaliła nauka, jej źródłem jest Wielki Wybuch, a pierwszymi organizmami, jakie możemy w niej spotkać (na dłuuugo przed pierwszymi u Gombricha dinozaurami) są stromatolity i trylobity ;-) Tam opowieść kończyła się po pierwszej wojnie światowej, tutaj – dopływamy aż do połowy drugiej dekady XXI wieku.

Książkę Goesa trudno w ogóle nazwać opowieścią – tytułowa rzeka wije się przez kolejne wielkie strony, a w jej nurcie pojawiają się rozmaite ważne dla historii miejsca, ludzie i wydarzenia. Każdej planszy towarzyszy też krotki tekst porządkujący czy też charakteryzujący pokazany na niej okres historii. Peter Goes tylko raz zauważył Polskę w głównym nurcie swojej rzeki i było to w roku 1980. Wydawnictwo zadbało jednak o to, żeby w każdym z tych komentarzy (od wczesnego średniowiecza począwszy) pojawiły się informacje o tym, co się wtedy w naszym kraju działo. I chwała mu za to ! 

Sięgałam po „Rzekę czasu” z ogromną nadzieją – mam tak z każdą książką, która daje nadzieje na to, ze zdoła zainteresować dzieci historią. Wrażenia z pierwszego kontaktu z nią miałam jednak ciut mieszane. Wydała mi się jakaś taka bałaganiarska, nieuporządkowana i zaczęłam mieć wątpliwości, czy młody czytelnik coś z niej w ogóle wyniesie. Zdaję sobie jednak sprawę, że jestem z innego niż jej adresaci pokolenia, moje było zdecydowanie mniej obrazkowe ;-)

Peter Goes kończy ich podróż słowami: Jakie będą następne dziesięciolecia ? To może zależeć także od ciebie, ja jednak najchętniej spuentowałabym to tak, jak uczynił to w 1935 roku Ernst H. Gombrich:

Zejdźmy teraz samolotem niżej nad rzekę. Z bliska widać, że to prawdziwa rzeka, a jej fale szumią jak fale morza. Zrywa się silny wiatr, na falach pienią się białe grzywy. Przypatrz się im dobrze, tym milionom połyskliwych, białych bąbelków, które z każdą falą powstają i przemijają. Tylko przez chwilę niesie je grzbiet fal, potem opadają i znikają.

Widzisz, każdy z nas jest tylko taką połyskliwą drobiną, maleńką kropelką na falach czasu, które tam w dole przepływają i odpływają w niewiadomą mglistą przyszłość. Wynurzamy się, rozglądamy wokół i zanim się spostrzeżemy, już nas nie ma.

Wcale nas nie widać w wielkiej rzece czasu. Wciąż pojawiają się nowe fale. A to, co nazywamy naszym losem, to nic innego, jak tylko nasza walka w natłoku kropelek w czasie jednego poruszenia fali w górę i w dół. Ale tę chwilę chcemy wykorzystać. Warta jest zachodu.

 

Peter Goes „Rzeka czasu. Podróż przez historię świata”, przekł.: Iwona Mączka, wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2016

Ernst H. Gombrich „Krótka historia świata dla młodszych i starszych”, przekł.: Barbara Ostrowska, wyd.: Świat książki, Warszawa 2008

środa, 16 listopada 2016
Spacerkiem przez rok

 

 

Za oknami szaro, buro i ponuro, z nieba siąpi coś jakby deszcz ze śniegiem, a w domu szaleje tajfun remontu. Jedynym schronieniem w takich warunkach jest książka.

 

Rok dwanaście ma miesięcy

oraz cztery pory roku,

więc odwiedźmy je spacerkiem,

pomalutku, krok po kroku...

 

Spacerkiem przez rok” Małgorzaty Strzałkowskiej znakomicie się to takiego eskapizmu nadaje – głównie z powodu cudownych ilustracji Elżbiety Wasiuczyńskiej, na których nawet szary listopad jest zdecydowanie przyjemniejszy niż w realu. Oglądając je, odnosi się wrażenie, że Ela użyła do nich specjalnych (wydobytych z jakiegoś tajemnego schowka) farb : miodowej, nocnej, deszczowej, szronowej czy fajerwerkowej ;-)

 

Większość polskich nazw miesięcy -

poza marcem oraz majem -

to są stare polskie nazwy,

zgodne z dawnym obyczajem.

 

Od słów często zapomnianych

swój rodowód długi wiodą

i od niepamiętnych czasów

powiązane są z przyrodą.

 

To nie jest pierwsza tego typu książka, która miałam w ręku. Jak zawsze są w niej wiersze opisujące pory roku i kolejne miesiące, jest też kilka ekstra – o wiosennych zapachach czy nocy wigilijnej. Dużą niespodzianką były dla mnie te, które wyjaśniały znaczenie polskich nazw miesięcy. Nie jest rzeczą prostą zrobić to w sposób zrozumiały dla kilkulatka i w dodatku wierszem, ale Małgorzacie Strzałkowskiej udało się to wspaniale.

Spacerkiem przez rok” to pierwsza odhaczona pozycja na mojej liście gwiazdkowych prezentów dla rodzinnych dzieci :-)

 

Małgorzata Strzałkowska „Spacerkiem przez rok”, ilustr.: Elżbieta Wasiuczyńska, wyd.: Media Rodzina, Poznań 2016

 

 

piątek, 30 września 2016
Wanda Chotomska. Nie mam nic do ukrycia.

 

To nie jest książka dla dzieci.

Jest dla tych dorosłych, którzy jako dzieci czytali utwory Wandy Chotomskiej – czyli dla... wszystkich, bo nie ma w Polsce osoby, która by się z jej twórczością nie zetknęła.

   chotomska

Pierwszą ważną książką w moim życiu było „Abecadło krakowskie” - sympatyczna rymowana historia wędrówki Słoneczka po Krakowie, w której każdej literze alfabetu przypisane było jakieś ważne miejsce lub rzecz w tym mieście. Uwielbiałam ją, znałam ją na pamięć i na niej właśnie nauczyłam się czytać. Jak opowiada moja Mama, jeszcze zanim posiadłam tę umiejętność, po mistrzowsku ją udawałam - czytałam na głos recytując z pamięci, ale palcem cały czas wodziłam po tekście utrzymując tempo ;-) Dzięki „Abecadłu” nie tylko nauczyłam się alfabetu, ale także poznałam Kraków na długo przedtem, zanim tam pojechałam. Do dziś pamiętam, co było pod każdą literą: od Akademii Sztuk Pięknych po dzwon Zygmunta przez Elementarz, Fafika i Igrce. Pamiętam też zakończenie – z przymrużeniem oka łączące genius loci z duchem czasów, w których powstawało: Zachwycony Krakowem i uroczą wycieczką, wszystkim padam do nóżek – Obywatel Słoneczko.

Kiedy wreszcie zobaczyłam Kraków na własne oczy... rozczarowałam się srodze. W tzw. realu wczesnych lat siedemdziesiątych nie dorastał do tego z ilustracji Jana Marcina Szancera, szczególnie w mroźną, ale bezśnieżną zimę.

   abecadło krakowskie


Myślę, że nie będzie przesadą, jeśli powiem, że od „Abecadła” zaczęło się wszystko, co w moim życiu ważne, czyli maniackie czytanie i zainteresowanie historią. Nie mam już tamtej książki z mojego dzieciństwa, zapewne padła ofiarą naszej przeprowadzki do Warszawy, kiedy rodzice stojący wobec konieczności spakowania i przewiezienia własnego, niemałego księgozbioru, drastycznie ograniczyli mój, oddając wszystkie książki, z których już wyrosłam. Pamiętałam ją doskonale – jej tytuł, ilustratora (bo kreska Szancera jest nie do pomylenia), ale nie wiedziałam, kto był autorem. Dopiero po wielu latach odkryłam, że napisała ją Wanda Chotomska.

Nie był to, jak się okazuje, mój pierwszy kontakt z jej twórczością, bo przecież (jak wszystkie dzieci wówczas) oglądałam w telewizji Jacka i Agatkę !

 W ogromnym dorobku Wandy Chotomskiej nie da się wskazać jednego utworu, który znają wszyscy, jak „Lokomotywę”, „Akademię Pana Kleksa” czy „Dzieci z Bullerbyn”. Nie ma jednak osoby (nawet wśród tych, które kontakt z książką miały i mają niewielki), która by się żadnym z jej utworów nie zetknęła – jeśli nie z podręcznika do języka polskiego to chociażby jako piosenki Gawędy. Czy był w Polsce ktoś, kto w latach siedemdziesiątych nie słyszał choć raz „Gry w kolory” ?

Nie należałam do Gawędy, ale miałam tam koleżanki, chodziłam na ich koncerty, słuchałam płyt i wszystkie piosenki, które na nich były, umiałam na pamięć.

Moje córki najlepiej znają chyba „Tadka niejadka”. Czarna płyta z tym słuchowiskiem (z cudowną Ireną Kwiatkowską w roli Babci !) pochodziła z czasów dzieciństwa mojego Męża, a ja przegrałam ją dla dziewczyn na kasetę magnetofonową. Kiedyś usłyszałam, jak któraś z nich śpiewa piosenkę o balonikach uwzględniając w niej to miejsce, w którym podczas nagrywania płyta się zacięła ;-)

Barbara Gawryluk przez dwa lata odwiedzała Wandę Chotomską w jej mieszkaniu na rogu Tamki i Warszawy i... rozmawiały. Te rozmowy (jak mogliśmy dowiedzieć się na bardzo miłym spotkaniu w Muzeum Książki Dziecięcej) zaczynały się w chwili, gdy gospodyni otwierała drzwi mieszkania, a kończyły dopiero, kiedy za gościem zamykały się drzwi windy. Rozmawiały o wszystkim począwszy od najwcześniejszego dzieciństwa Poetki, przez wojnę i lata tużpowojenne, ale najwięcej oczywiście jest opowieści o literaturze i literatach, o książkach, spotkaniach autorskich i podróżach. Rozmowom towarzyszyło przeglądanie zawartości przepastnych szuflad pełnych zdjęć, listów, ręko- i maszynopisów, nierzadko budzących zaskoczenie ich właścicielki. Wiele z tych znalezisk znalazło się w książce, a dwa być może będą miały ciąg dalszy... ;-)

Są tam też opowieści licznych znajomych z branży (i nie tylko). Wszystkich nie wymienię, ograniczę się tylko do Joanny Papuzińskiej, Bohdana ButenkiGrzegorza Kasdepke, który powiedział tam: Szwedzi mają Astrid Lingdren, Finowie Tove Janson, a Polacy - Wandę Chotomską. Naprawdę nie wyszliśmy na tym źle !

Też tak uważam – szczególnie, że Polacy znają świetnie książki obu tych autorek, a czy Skandynawowie mieli okazję poznać twórczość Wandy Chotomskiej ???

 

P.S. Cieszę się, że ja również w maciuciupuleńkim stopniu przyczyniłam się do tej publikacji, bo dedykacja Będzie miała Ania dużo do czytania pochodzi z książki „Tańce polskie”, którą moja córka przyniosła ze spotkania w swojej szkole :-)

 

 

Barbara Gawryluk „Wanda Chotomska. Nie mam nic do ukrycia”, wyd.: Marginesy, Warszawa 2016

 

 

poniedziałek, 25 lipca 2016
Szopięta

 

   

 

Była sobie raz rodzina szopów praczy. Pani Szop, Pan Szop i ich dzieci.

SZOPIĘTA PRACZĘTA.

Na wirtualnych półkach mojego Małego pokoju z książkami są już książki o psach, kotach i misiach. Są także o koniach, o łosiach, o fokach, a nawet o świstaku – ale szopów jeszcze tutaj nie było :-)

Pan i Pani Szop bez przerwy prali i sprzątali. Oczywiście bardzo dbali także o to, żeby ich dzieci były czyste i miały pełne brzuchy.

Ale ich dzieci bez przerwy marudziły:

- Pobawcie się z nami !

- Nie możemy ! Nie mamy czasu – odpowiadali zwykle rodzice. - Umyjcie natychmiast łapy i nosy, bo są czarne jak smoła.

Początkowo widziałam w tej książce tylko pretekst do zabawy materiałami, ich kolorami, wzorami i fakturami. Do pewnego stopnia tak jest - sznur z praniem daje do takiej zabawy możliwości nieograniczone, a Ewa Kozyra – Pawlak umie z nich fantastycznie* korzystać ;-)

Potem zobaczyłam tam jednak historię o tym, co w życiu rodzinnym jest najważniejsze. I nie jest to zdecydowanie ani idealny porządek, ani kryształowo czyste prania. Państwo Szopowie tez do tego doszli, ale do sprawy musiała się wtrącić pewna (pozornie ;-) groźna Lisica...

Szopięta” to bajecznie kolorowy hymn na cześć bycia RAZEM – bo tylko wtedy WSZYSTKO NAPRAWDĘ JEST W PORZĄDKU :-)

 

Ewa Kozyra – Pawlak (tekst i ilustr.) „Szopięta”, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2016

 

 

* w sprawie zachwytów nad ilustracjami Ewy Kozyry – Pawlak zapraszam tu, i tu, i tu, bo wyczerpałam już wszystkie dostępne mi środki wyrazu. Po prostu – słów mi brak :-)

I jeszcze - filmik do koniecznego zobaczenia !!!

 

 

wtorek, 12 lipca 2016
Orzeł Biały - znak państwa i narodu

 

Polskim godłem jest wizerunek orła z koroną na głowie.

Herbem Rzeczypospolitej Polskiej jest godło, czyli wizerunek tego orła umieszczony w czerwonym polu tarczy herbowej.

Zarówno nasze godło, jak i herb noszą nazwę Orzeł Biały.

   

 

Jest w Muzeum Powstania Warszawskiego taki fragment ekspozycji – na pierwszy rzut oka niepozorny, ale zawierający to, co najcenniejsze. W szybie windy na trzech kondygnacjach wyeksponowane są opaski powstańcze, ofiarowane Muzeum przez powstańców i ich rodziny. Zawsze zatrzymuję się tam z grupami, które oprowadzam, bo te niewielkie, wypłowiałe kawałki materiału miały (i mają) ogromne znaczenie – to one były jedynym umundurowaniem powstańców, one świadczyły o tym, że byli żołnierzami Wojska Polskiego.

Trudno wyjaśnić współczesnym nastolatkom, jak odbierali to ówcześni warszawiacy, którym przez ostatnie pięć lat za posiadanie flagi polskiej groziły kary. Dla nich polskie flagi wiszące na budynkach są przecież czymś normalnym.

Jak im wytłumaczyć, jakie znaczenie miała akcja Szarych Szeregów, kiedy Rudemu udało się powiesić na dachu Zachęty flagę biało-czerwoną, zamiast tej hitlerowskiej, która tam od początku okupacji powiewała ? Nawet jeżeli tylko niewielu mieszkańców Warszawy zdołało ją zobaczyć, to wiadomość o tym stugębną plotką szybko rozeszła się nie tylko wśród mieszkańców miasta. Po co jednak narażać życie dla czegoś, co ma znaczenie wyłącznie symboliczne ?

Jak mają to zrozumieć dzieci, które codziennie widzą na ścianie w klasie Orła Białego i jest to dla nich normalny element wystroju - tak normalny, że go wręcz nie zauważają ?

Może ta książka trochę w tym pomoże ?

Orzeł Biały” heraldyka i weksylologa Alfreda Znamierowskiego to niezwykle starannie wydane kompendium wiedzy o naszym godle i barwach narodowych – począwszy od tego, dlaczego przed wiekami orzeł został uznany za symbol zwycięstwa dobra nad złem, a na słowniczku niezbędnych pojęć, pozwalającym nie pomylić flagi z banderą czy chorągwią, skończywszy.

Kiedy orzeł pojawił się na pieczęciach polskich władców ? Jak się zmieniał ? Co symbolizuje jego korona ? Od kiedy za polskie barwy narodowe uznajemy biel i czerwień ?

To książka nie tylko dla dzieci. Myślę, że wielu dorosłych z przyjemnością uzupełni swoją wiedzę – nie tylko tę historyczną, ale także praktyczną, bo znajdziemy tam np. informacje o tym, w jakiej kolejności wieszamy flagi wtedy, gdy jest ich więcej.

 

Orzeł Biały - znak państwa i narodu” stanowi w pewnym sensie komplet z wydaną w zeszłym roku książką Małgorzaty Strzałkowskiej, zawierającą równie wyczerpującą wiedzę o naszym hymnie narodowym.

   

 

 

 Alfred Znamierowski „Orzeł Biały - znak państwa i narodu”, wyd.: Bajka, Warszawa 2016

Małgorzata Strzałkowska „Mazurek Dąbrowskiego. Nasz hymn narodowy”, ilustr.: Adam Pękalski, wyd.:Bajka, Warszawa 2015

 

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 30
Tagi
Mały Pokój z Książkami

Wypromuj również swoją stronę