CZYLI O DOBRYCH KSIĄŻKACH DLA DZIECI NIE TYLKO DLA DZIECI
Kategorie: Wszystkie | A. Błotnicka | A. Chachulska | A. Frączek | A. Hest | A. Jaromir | A. Kamiński | A. Mcghee | A. Michaelis | A. Niemierko - Pająk | A. Piwkowska | A. Vestly | A. Znamierowski | A.Bradley | A.D.Mizielińscy | A.Holmberg | A.Lindgren | A.M. Grabowski | A.Onichimowska | A.Provoost | A.Tyszka | B. Cole | B. Gawryluk | B. Kaniewska-Pakuła | B. Leśmian | B. Lindgren | B. Massini | B. Moyeyaert | B. Ostrowicka | B. Rice | B. Wildsmith | B. Wróblewska | C. Beauvais | C. Compton | C. Frabetti | C. Kruusval | C. Wolff-Brandt | C.Funke | C.Rayner | C.Rees | Ch. Bjork | Ch. Dickens | Cz. Janczarski | D. Cali | D. Combrzyńska - Nogala | D. Geisler | D. Gellner | D. Walliams | D. Wawiłow | D.Terakowska | Dr. Seuss | E. Ainsworth | E. Beskow | E. Kozyra - Pawlak (aut.) | E. Piotrowska | E. Susso | E.Carle | E.H.Gombrich | E.Nowak | F. Nilsson | F.H. Burnett | G. Bąkiewicz | G. Gortat | G. Mancomble | G. Ruszewska | G. Whelan | G.Carson Levine | G.Kasdepke | Gro Dahle | H. Ch. Andersen | H. Tullet | Heekyong Kim | I. Angerborn | I. Chmielewska | I. Degórska | I. Desjardins | J. Birdsall | J. Chmielewska | J. Fabicka | J. Frey | J. Mikołajewski | J. Olech (autorka) | J. Picoult | J. Rudniańska | J. Schlansky | J. T. Wieslander | J. Tuwim | J. Wilkoń -autor | J. Wilson | J.P. Lewis | J.Papuzińska | K. DiCamillo | K. Levine | K. Lipka-Sztabałło (autor) | K. Mital | K. Pranić | K.Majgier | K.Siesicka | L. Anderson | L. Anholt | L. Bardijewska | L. Brooke | L. Fabisińska | L. Lowry | L. Olivier | L. Stafford | M. Amelin | M. Brykczyński | M. Ekier | M. Galica | M. Happach | M. Kita | M. Kowaleczko - Szumowska | M. Matlin | M. Miklaszewska | M. Niklewiczowa | M. Oklejak (autorka) | M. Oworuszko | M. Parr | M. Prześluga | M. Rusinek | M. Sasek | M. Skibińska | M. Szczygielski | M. Waltari | M. Widmark | M. Zarębska | M.Gutowska-Adamczyk | M.K.Piekarska | M.Strzałkowska | M.Wollny | Marcel A. Marcel | N. Streatfield | P. Beręsewicz | P. Goes | P. Lindenbaum | P. Maar | P. Pawlak - autor | R. Kipling | R. Kosik | R. Lagercrantz | R. McCormick | R. Mueller | R. Piątkowska | R. Riordan | R.Dahl | R.Jędrzejewska-Wróbel | S. Crossan | S. McBratney | S. Nyhus | S. Scherrer | Shaun Tan | Suzy Lee | T. Jansson | T. Trojanowski | U. Stark | V. Howie | W. Holzwarth | W.Widłak | Yvan Pommaux | Z. Orlińska | albumy | atlasy | piosenki | serie | składanki | tradycyjne | varia | Ł. Wierzbicki
RSS
sobota, 29 kwietnia 2006
Klasa pani Czajki

  

Znowu piszesz o książkach ? Napisz o „Klasie pani Czajki” !” - mówiła często Ania, widząc mnie przy komputerze. „Dlaczego akurat o niej ?” - pytałam. „Bo jest fajna - taka prawdziwa i życiowa.” No, skoro tak, to proszę bardzo... :-)))

Klasa pani Czajki” opowiada trzy lata życia uczniów pewnego gimnazjum na warszawskiej Saskiej Kępie – poznajemy ich w dniu rozpoczęcia roku w pierwszej klasie, a żegnamy, gdy kończą szkołę i rozchodzą się do różnych liceów. Małgosia, Kamila, Maciek, Kaśka, Kinga, dwóch Michałów, Aleks, Wojtek i inni – ich kłopoty szkolne i problemy domowe, radości i smutki, pierwsze miłości i rozczarowania, sympatie i antypatie... Zwyczajna klasa, przeciętne dzieciaki, normalne życie.

Czas gimnazjum to taki trudny i głupi wiek – z podstawówki przychodzą dzieci (z pretensjami do bycia młodzieżą), a po trzech latach szkołę opuszcza młodzież (z pretensjami do dorosłości). Na pierwszy rzut oka wyglądają już niemal jak dorośli, ale w głowach mają groch z kapustą, a głęboko w środku siedzą w nich jeszcze małe dzieciaki, które bardzo potrzebują czułości i oparcia w dorosłych.

Bohaterowie tej książki są w sumie dość grzeczni – nie mają większych konfliktów z rodzicami (którzy, z małymi wyjątkami, też wyglądają rozsądnie i sympatycznie), uczą się, nie rozrabiają, nawet wagary niespecjalnie im wychodzą ;-).

W klasie pani Czajki chyba nikt nie pali i (poza jednym klasowym „wyrzutkiem”) nikogo nie ciągnie do alkoholu. Z narkotykami i ich dealerami uczniowie nie spotykają nawet przypadkiem i to jest moje podstawowe zastrzeżenie do rzetelności kronikarskiej tej książki. Trudno mi uwierzyć, że przez całe trzy lata nikt z klasy nie ma najmniejszego kontaktu z narkotykami w żadnej postaci, nikt nie jest namawiany na spróbowanie, nie widzi nikogo „zaćpanego”. Szkoda - bo byłaby to niezła okazja, żeby pokazać, jak odmawiać, nie tracąc przy tym twarzy.

Szkoła, do której chodzą bohaterowie – normalna, państwowa i rejonowa, w niczym nie przypomina piekła opisywanego przez panią Musierowicz w Jeżycjadzie, a nauczyciele (z tytułową wychowawczynią klasy na czele) też mają ludzkie oblicza. Pani Barbara Czajka jest zresztą postacią autentyczną – była ukochaną polonistką autorki, choć w rzeczywistości nie uczy w gimnazjum. W książce jest dość surową, ale sprawiedliwą wychowawczynią klasy i wymagającą, ale uczącą w sposób interesujący polonistką. Moja Ania zauważyła kiedyś, że w kilku czytanych przez nią współczesnych książkach młodzieżowych bohaterki (lub autorki) bardzo lubią swoje nauczycielki polskiego. Zapytała mnie, czy jest to warunek sine qua non zostania pisarką, bo jeśli tak, to ona na razie chyba nie ma szans. Teraz juz ma, bo polubiła swoją polonistkę ;-)))

Ta książka nie jest powieścią - składają się na nią felietony, które przez trzy lata ukazywały się w piśmie „Victor. Gimnazjalista”. Z tego wynika brak jednolitej akcji i trochę denerwujące powtórzenia – przypomnienia, bo każdy rozdział zajmuje się inną sprawą, sygnalizuje inny problem.

Klasa pani Czajki” była przebojem wśród koleżanek Ani pod koniec piątej i na początku szóstej klasy mimo, że (a może właśnie dlatego, że... ;-) opowiada o gimnazjalistach. W tym wieku chętniej czyta się o perypetiach osób trochę starszych od siebie i problemach, do których się dopiero pretenduje. Sama wtedy zaczytywałam się Siesicką i wydawało mi się, że jej bohaterowie są okropnie dorośli i mają bardzo dorosłe problemy ;-)))


Małgorzata Karolina Piekarska „Klasa Pani Czajki”, ilustr. Paweł Włodarczyk, wyd.: Agencja Wydawnicza AGA-PRESS, Warszawa 2004

czwartek, 20 kwietnia 2006
My na wyspie Saltkrakan

 

  

... czyli dla mnie (i dla moich córek też) - „Dlaczego kąpiesz się w spodniach wujku ?”. W późniejszych wydaniach zmieniono tytuł na dosłowne tłumaczenie tego, który nadała tej książce Astrid Lindgren. Nie mogę się do niego przyzwyczaić i dlatego mój kompletnie zaczytany egzemplarz oddałam do introligatora, choć zapewne taniej byłoby kupić nowy z nowym tytułem ;-)


W naszym ulubionym  ”Atramentowym sercu” Mo tak mówi do swojej córki Meggie: „Jeśli weźmiesz w podróż książkę (...) wydarzy się coś dziwnego: książka zacznie gromadzić twoje wspomnienia. Potem wystarczy ją otworzyć i znów będziesz tam, gdzie ją czytałaś. Ledwie przeczytasz pierwsze słowa, wrócą do ciebie obrazy, zapachy, smak lodów, które wówczas jadłaś...” * . Mo wiedział, co mówi – znał sie w końcu na książkach jak nikt inny. Tak właśnie jest i w tym przypadku - czytając o małej szwedzkiej wysepce na Bałtyku, w jakiś przedziwny sposób wracam do Krówki w Borach Tucholskich. Przyjeżdżaliśmy tam z rodzicami przez 10 kolejnych lat, znałam tam każdą ścieżkę i każdy krzak. Tam pierwszy raz czytałam tę książkę, tam na brzegu jeziora wyobrażałam sobie nadmorskie życie jej bohaterów. Krówka to było moje miejsce, mój prywatny synonim słowa wakacje.

Takim miejscem dla Melkersonów ze Sztokholmu stała się maleńka wysepka Saltkrakan mimo, że płynęli tam pełni obaw. Melker Melkerson, samotny ojciec czwórki dzieci, będący równocześnie największym w tej rodzinie dzieckiem, z typową dla siebie impulsywnością wynajął dom na wakacje kierując sie tylko tym, że spodobała mu się nazwa wyspy. Ta powitała ich deszczem, a dom, od lat wynajmowany tylko na lato, był zapuszczony i budził wiele obaw. Początek był trudny, ale potem już było tylko lepiej.

Każde z Melkersonów znalazło na Saltrakan coś dla siebie: Melker – nieograniczone pole do popisu w tak lubianych przez niego męskich zajęciach (choć z reguły źle sie to dla niego kończyło ;-), Malin – spokój i romantyczne piękno przyrody, Johan i Niklas – towarzystwo do szalonych przygód, a najmłodszy Pelle – ukochane zwierzęta. Wszyscy razem – serdeczność i przyjaźń wyspiarskiej rodziny Grankvistów.

My na wyspie Saltkrakan” nie jest sielanką jak „Dzieci z Bullerbyn”. Obok momentów nieodparcie śmiesznych (ach, ta szalona noc świętojańska ;-) są też chwile bardzo smutne – tak smutne, że nadal łamie mi się głos, kiedy je czytam. W tej książce (zgodnie z tytułem jednego z rozdziałów) smutek i radość razem wędrują, ale wszystko zawsze kończy się dobrze. Jest to przecież książka dla dzieci, choć na pewno dla nieco starszych niż czytelnicy „Bullerbyn”.

Saltkrakan to były zawsze wakacje moich marzeń. Morze, las, cisza, spokój i mało ludzi i ta nieograniczona swoboda – po prostu arkadia. Szukam od lat takiego miejsca dla nas i nie mogę znaleźć. Cień tej atmosfery poczułam niedawno na Borholmie, ale to był tylko jej cień. Szukam więc dalej, może kiedyś znajdę ...


Astrid Lindgren „My na wyspie Saltkrakan”, przekł. Maria Olszańska, ilustr.: Ilon Wikland, wyd. Nasza Księgarnia, Warszawa 2006

Astrid Lindgren „Dlaczego kąpiesz się w spodniach wujku ?”, przekł. Maria Olszańska, ilustr. Zbigniew Łoskot, wyd. Nasza Księgarnia, Warszawa 1972


*Cornelia Funke „Atramentowe serce” (z ilustracjami autorki), przekł.: Jan Koźbiał, wyd.: Egmont, Warszawa 2005, s.21

piątek, 14 kwietnia 2006
Wesołych Świąt !!!

Wszystkim, którzy tutaj zaglądają, życzę zdrowych i pogodnych Świąt – umiaru w jedzeniu, pogody na wiosenny spacer i czasu na leniuchowanie z książką w ręku :-)))


21:45, agnieszka_azj , varia
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 10 kwietnia 2006
Moje nie moje

 

  

Wszystko zaczęło się od jajka. Rzec można – ab ovo ;-)))

Jajko było piękne – srebrzyste w złote kwiatuszki. Leżało sobie w lesie, samotne i bezpańskie. Nic więc dziwnego, że wszyscy się do niego na wyprzódki przyznawali i wszyscy chcieli się nim opiekować. Zrobiła się z tego kłótnia na cały las i nie wiadomo, jak by się skończyła, gdyby nie Kangur i jego genialna w swojej prostocie propozycja – „wychowajmy je razem”. Tak się stało i odtąd jajkiem opiekowali się wszyscy po kolei. Było takie piękne - może nawet najpiękniejsze na świecie ? Kiedy wykluło się wreszcie z niego pisklę - chętni do opieki zniknęli. Został tylko Kangur.

To nie była miłość od pierwszego wejrzenia. Pisklę było... nie bójmy sie tego słowa – brzydkie, takie jakieś bure i krzywe. Moja Julka nazwała je Krzywaczek (bo ma wszystko krzywe, Mamusiu). Dlaczego Kangur nie uciekł jak wszyscy ? Nie wiem - może było mu żal biednego i bezradnego maleństwa, a może to była... przyzwoitość (takie trudne i odchodzące w zapomnienie słowo ;-). Z czasem litość przerodziła się w troskliwą czułość, a malec pod jej wpływem wypiękniał i rozszczebiotał się tak, że zachwycał swoim śpiewem wszystkich w lesie. Tych wszystkich, którzy wcześniej odwrócili się od burego, krzywego pisklaka.

Moje nie moje” to opowieść o miłości, która rodzi się z wzajemnej bliskości i powoduje, że nawet najbardziej niepozorne stworzonko rozkwita i pięknieje.

Na urok tej książki składają się: piękno historii, którą opowiada – jej prostota i czytelne przesłanie oraz uroda języka, którym jest napisana (spróbujcie zmienić choć jedno słowo, a od razu odczujecie dysonans), a także - last but not least - niezwykłe ilustracje pani Krystyny Lipki – Sztarbałło.

Jej nazwisko jest już dla mnie swoistym znakiem jakości. Widząc książkę przez Nią ilustrowaną wiem, że mogę spodziewać się tam obrazków niezwykłych, znakomicie oddających nastrój opowieści i zawsze trochę innych, choć jednoznacznie kojarzących się z autorką. Są na tyle dokładne, że bez problemu odróżnimy pawia od perkoza i strusia od bociana ;-), a równocześnie niedopowiedziane w takim stopniu, że pozostawiają pole dla wyobraźni czytelnika. Nie spotkałam się nigdy z książką, w której ilustracje pani Krystyny Lipki – Sztarbałło upiększałyby tekst, który nie byłby tego wart.

 

Wyróżnienie literackie w konkursie Książka Roku IBBY 2004

 

Lilianna Bardijewska „Moje - nie moje”, ilustr. Krystyna Lipka -Sztarbałło, wyd. Ezop Warszawa 2004

czwartek, 06 kwietnia 2006
O małym krecie, który chciał wiedzieć, kto mu narobił na głowę

  

Taki malutki kret, a tyle zamieszania narobił ... :-)))

Nie przypominam sobie książeczki dla dzieci, która wzbudziła by tyle kontrowersji wśród rodziców i wywołała taki zamęt w mediach. Doczekała się kilku bardzo krytycznych artykułów w prasie i programu w telewizji. Burza przeszła też przez internetowe fora dla rodziców – obok słów zachwytu padały tam sformułowania o obrzydzeniu i pragnieniu umycia rąk po jej przejrzeniu.

Wszystko to razem – moim zdaniem – wiele hałasu o nic. Mała książeczka dla małych dzieci - można ją przeczytać, ale nie jest to lektura obowiązkowa.

My, dorośli mamy głęboko zakodowane przekonanie, że fizjologia stanowi temat tabu. Jest jednak w życiu dziecka taki okres, kiedy niemal cały jego świat kreci się właśnie wokół kupy i wtedy to, co maluch zrobi, jest przez dorosłych poddawane gruntownej analizie (i jakoś nie jest to tabu ;-))), a to – gdzie zrobi, staje się tematem akcji wychowawczej pod kryptonimem „NOCNIK”. Równocześnie jest to czas bardzo intensywnego poznawania świata, także od d... strony (że pozwolę sobie użyć popularnego ostatnio kolokwializmu ;-). My dorośli nie obdarzamy szczególną uwagą psich kup czy krowich placków (dopóki nie wdepniemy ;-) - dla malucha jest to rzecz tak samo intrygująca jak kwiatek czy samochód. Właśnie dla dzieci na tym etapie przeznaczona jest książeczka „o krecie z kupą”.

Przyzwyczajeni jesteśmy do książek dla dzieci, w których morał jest ewidentny i przekazany wprost. Ta jest inna - pozostawia dorosłym wybór tematu, na jaki będziemy w związku z nią rozmawiali z dzieckiem.

Paradoksalnie - rozmowa o krecie z kupą na głowie może nas doprowadzić do konkluzji, że w przeciwieństwie do wszystkich wymienianych tam zwierząt, człowiek NIE ROBI tego publicznie i gdzie popadnie (można też przy tej okazji wyjaśnić konieczność sprzątania po własnym psie).

Sporo kontrowersji wzbudziło zakończenie tej historii - podobno uczy dzieci zemsty. Moim zdaniem proporcja między rozmiarem głowy psa a dziełem kreta spuszczonym na nią nakazuje wziąć ową zemstę w potężny cudzysłów. Warto jednak przy tej okazji zastanowić się z dzieckiem nad słusznością postępowania kreta – przecież pies nie działał złośliwie, nie narobił mu na głowę specjalnie. Ot, przypadek – pies robił (bo akurat miał taką potrzebę) tam, gdzie go ta potrzeba dopadła, a kret pechowo wystawił łepek właśnie w tym momencie i miejscu.

Jestem w stanie zrozumieć zaskoczenie dorosłych, że ktoś mógł napisać książkę na taki temat. Dziwi mnie natomiast zdziwienie osób, które nabyły ją, nie wiedząc, o czym jest. „O małym krecie...” to książka, która już dzięki tytułowi i obrazkowi na okładce, nie pozostawia wątpliwości co do swojej zawartości. Ilustracje w środku są hiperrealistyczne, a rozmiar całości pozwala na przejrzenie jej w pół minuty (dokładna lektura zajmuje minut... może trzy). Należy po prostu nieco uważniej oglądać książki, zanim się je kupi swoim dzieciom – można wtedy uniknąć dużo poważniejszych zaskoczeń, przy których kret i to, co ma on na głowie, to naprawdę drobiazg. Na przykład kamasutra dla przedszkolaków w pewnej  bardzo chwalonej książeczce, która na pierwszy rzut oka wygląda, jakby była dla trzylatków...


Werner Holzwarth / Wolf Erlbruch „O małym krecie, który chciał wiedzieć, kto mu narobił na głowę”, przekł.: Łukasz Żebrowski, wyd.: Hokus-Pokus, Warszawa 2005

poniedziałek, 03 kwietnia 2006
Amor z ulicy Rozkosznej

 

  

Co takiego jest w tej książce (poza wpadającym w ucho i wiele obiecującym tytułem ;-), że podoba się wszystkim, którzy ją czytali – i dorosłym i dzieciom ? Im bardziej się nad tym zastanawiam, tym bardziej nie wiem.

Każda próba streszczenia odbiera jej cały urok i może raczej zniechęcić niż zachęcić do czytania. Tytułowy bohater to zwykły dziesięciolatek, którego spośród rówieśników wyróżnia jedynie oryginalne imię i posiadanie rodziców będących nadzwyczaj roztargnionymi naukowcami. Ów chłopiec okazuje się być jedyną na świecie osobą ( oczekiwaną w dodatku od 777 lat) , która może rozstrzygnąć bratobójczą wojnę dwóch smoczych duchów, toczącą się w domu nabytym przez jego rodziców. W walce tej chodzi o uratowanie świata baśni przed całkowitą zagładą. Niebagatelną rolę ma tu również do odegrania stary fortepian, czekający na to w rodzinie od kilku pokoleń - w kulminacyjnym momencie skradziony przez złodziei półgłówków.

No i jak ? Brzmi trochę dziwnie – prawda ? A jednak wszyscy którzy ją czytali (nastolatki młodsze i starsze, ich rodzice oraz młodsze rodzeństwo) twierdzili, że czyta się świetnie.

Zosia dostała “Amora” na 9 urodziny z osobistą dedykacją autorki i... stało się coś niezwykłego. Moja dyslektyczka, wyjątkowo oporna jeśli chodzi o samodzielne czytanie, przełamała się. Nie, nie przeczytała sama całości – to już dałoby się zaliczyć do kategorii cudów mniemanych, ale z własnej woli czytała (na plaży !!!) więcej niż przewidywała umowa. Zapytana o ulubioną książkę po pół roku bez wahania wymienia właśnie ją.

Co więc jest takiego w tej powieści, że się podoba ? Może to, że jej bohaterami są normalne dzieci, z którymi każdy czytelnik może się utożsamić i pomarzyć sobie, że to właśnie on przyjaźni się ze smokiem ? Amor i jego przyjaciółka Kunegunda nie są obdarzeni żadnymi niezwykłymi zdolnościami. Rozwiązują zagadki, z którymi nie radzą sobie dorośli, wyłącznie dzięki uważnej obserwacji i logicznemu myśleniu (wspomaganemu przez grafy).

Oboje mają też fajnych rodziców, a stosunki w ich domach oparte są na miłości i zaufaniu. W tych rodzinach dzieci i rodzice lubią się nawzajem – niby tak niewiele, a jak wiele to znaczy... Wielu spośród czytelników mając do wyboru przyjaźń ze smokiem lub z rodzicami wybrałaby rodziców. Amor i Kuna mają i jedno i drugie.

Amor podziwia swoich rodziców za ich pasję i zaangażowanie w dziedziny, którymi się zajmują. Równocześnie zdaje sobie sprawę z tego, że często nie dają sobie rady z codziennością i czasami to on musi być doroślejszy od nich. Po prostu akceptuje ich takimi, jacy są, a oni też nie uprawiają tak popularnego wśród rodziców moralizatorstwa, nie porównują go z innymi (oczywiście idealnymi) dziećmi. Po przeprowadzce do nowego domu chłopiec dowiaduje się jeszcze, że życie rodziców zależy od tego, czy on wykona swoją misję. Obciążony dodatkowo tą odpowiedzialnością stara się ich chronić, aby nie dowiedzieli się, co im zagraża.

Może tajemnica tej książki tkwi w sprawności warsztatowej autorki ? "Amor z ulicy Rozkosznej” to powieść dobrze napisana i to napisana wartkim, potoczystym językiem. Akcja rozwija się równomiernie, nie ma dłużyzn czy fragmentów “przegadanych”. Rozdziały są krótkie, a każdy przynosi coś nowego i istotnego – wyjaśnienie jakiejś tajemnicy lub kolejną zagadkę. Na wszystkie pytania znajdują się odpowiedzi – no, może nie na wszystkie, ale coś musiało zostać dla następnego tomu.

Poprosiłam o pomoc Zosię i oto, co napisała: Ta książka podoba mi się dlatego, bo jest przygodowa i ciekawa, ale też opowiada o przyjaźni chłopca o imieniu Amor i smoka Wiltora .Najbardziej podobała mi się koleżanka Amora ,Kuna {Kunegunda}. Jest ona miłą i koleżeńską dziewczynką. Kuna i jej rodzice już od roku oczekują bociana i przygotowali dla niego gniazdo. Polecam tę książkę tym osobom ,które lubią opowieści przygodowe. Ona naprawdę wciąga. Na koniec do gniazda w ogrodzie Kuny przyleciał bocian , lecz to był Pływalec {drugi smok} i Wiltor wszystko wyjaśnił. Super książka !!!”

Tyle Zosia... a ja nadal nie wiem, na czym polega fenomen “Amora”. Wiem tylko, że z przyjemnością przeczytałyśmy drugi tom -“Amor i porywacze duchów”, który ma wszystkie zalety pierwszego. Teraz czekamy na trzeci - „Amor i diabelski młyn”. Może tak naprawdę w skrytości ducha marzę, aby i w naszej łazience zamieszkał miły smok...


Liliana Fabisińska “Amor z ulicy Rozkosznej” , wyd.: WAB, Warszawa 2005


Archiwum
Tagi
Mały Pokój z Książkami

Wypromuj również swoją stronę