CZYLI O DOBRYCH KSIĄŻKACH DLA DZIECI NIE TYLKO DLA DZIECI
Kategorie: Wszystkie | A. Błotnicka | A. Chachulska | A. Frączek | A. Hest | A. Jaromir | A. Kamiński | A. Mcghee | A. Michaelis | A. Niemierko - Pająk | A. Piwkowska | A. Vestly | A. Znamierowski | A.Bradley | A.D.Mizielińscy | A.Holmberg | A.Lindgren | A.M. Grabowski | A.Onichimowska | A.Provoost | A.Tyszka | B. Cole | B. Gawryluk | B. Kaniewska-Pakuła | B. Leśmian | B. Lindgren | B. Massini | B. Moyeyaert | B. Ostrowicka | B. Rice | B. Wildsmith | B. Wróblewska | C. Beauvais | C. Compton | C. Frabetti | C. Kruusval | C. Wolff-Brandt | C.Funke | C.Rayner | C.Rees | Ch. Bjork | Ch. Dickens | Cz. Janczarski | D. Cali | D. Combrzyńska - Nogala | D. Geisler | D. Gellner | D. Walliams | D. Wawiłow | D.Terakowska | Dr. Seuss | E. Ainsworth | E. Beskow | E. Kozyra - Pawlak (aut.) | E. Piotrowska | E. Susso | E.Carle | E.H.Gombrich | E.Nowak | F. Nilsson | F.H. Burnett | G. Bąkiewicz | G. Gortat | G. Mancomble | G. Ruszewska | G. Whelan | G.Carson Levine | G.Kasdepke | Gro Dahle | H. Ch. Andersen | H. Tullet | Heekyong Kim | I. Angerborn | I. Chmielewska | I. Degórska | I. Desjardins | J. Birdsall | J. Chmielewska | J. Fabicka | J. Frey | J. Mikołajewski | J. Olech (autorka) | J. Picoult | J. Rudniańska | J. Schlansky | J. T. Wieslander | J. Tuwim | J. Wilkoń -autor | J. Wilson | J.P. Lewis | J.Papuzińska | K. DiCamillo | K. Levine | K. Lipka-Sztabałło (autor) | K. Mital | K. Pranić | K.Majgier | K.Siesicka | L. Anderson | L. Anholt | L. Bardijewska | L. Brooke | L. Fabisińska | L. Lowry | L. Olivier | L. Stafford | M. Amelin | M. Brykczyński | M. Ekier | M. Galica | M. Happach | M. Kita | M. Kowaleczko - Szumowska | M. Matlin | M. Miklaszewska | M. Niklewiczowa | M. Oklejak (autorka) | M. Oworuszko | M. Parr | M. Prześluga | M. Rusinek | M. Sasek | M. Skibińska | M. Szczygielski | M. Waltari | M. Widmark | M. Zarębska | M.Gutowska-Adamczyk | M.K.Piekarska | M.Strzałkowska | M.Wollny | Marcel A. Marcel | N. Streatfield | P. Beręsewicz | P. Goes | P. Lindenbaum | P. Maar | P. Pawlak - autor | R. Kipling | R. Kosik | R. Lagercrantz | R. McCormick | R. Mueller | R. Piątkowska | R. Riordan | R.Dahl | R.Jędrzejewska-Wróbel | S. Crossan | S. McBratney | S. Nyhus | S. Scherrer | Shaun Tan | Suzy Lee | T. Jansson | T. Trojanowski | U. Stark | V. Howie | W. Holzwarth | W.Widłak | Yvan Pommaux | Z. Orlińska | albumy | atlasy | piosenki | serie | składanki | tradycyjne | varia | Ł. Wierzbicki
RSS
czwartek, 21 kwietnia 2016
Myszka

 

   

 

 - Oj, nie płacz już ! Przecież wcale nie boli...

- Nie przesadzaj, nie ma się czego bać.

- To bardzo brzydko tak się złościć. Grzeczne dzieci tak się nie zachowują.

Dorośli często usiłują bagatelizować uczucia dzieci. Są przekonani, że lepiej od nich wiedzą, co dzieci czują, a w ogóle ich problemy tak naprawdę są równie małe jak one. Nasze dorosłe natomiast są prawdziwe czyli dużo poważniejsze, a emocje z nimi związane uzasadnione.

Kiedy myszka się złości,

patrzcie – złości się cała !

A złość myszki jest wielka,

chociaż myszka jest mała.

Dla malucha każdy ból czy niemożność dostania tego, na co ma ochotę, jest tragedią, a każda radość jest wielka. Niewielkie doświadczenie życiowe powoduje, że jeszcze nie nabrał do tego dystansu.

Kiedy myszka się cieszy,

cieszy się do sufitu !

A jej radość jest złota

lub w odcieniach błękitu.

Myszka” to książeczka przedstawiająca pełen wachlarz emocji, które mogą owładnąć każdym nawet najmniejszym stworzeniem. Pomaga swoim czytelnikom (równie małym jak jej bohaterka) zrozumieć je i daje przyzwolenie na ich odczuwanie.

Kiedy myszka się boi,

zmyka gubiąc kapciuszki.

Strach ma w brzuszku, w serduszku,

w uszkach strachu okruszki.

Wiersze Doroty Gellner towarzyszyły wczesnemu dzieciństwu wszystkich trzech moich córek, ale było to zanim jeszcze zaczęłam pisać ten blog. Potem przez dłuższy czas nie interesowałam się jej twórczością.

W zeszłym roku nakładem wydawnictwa „Bajka” ukazało się „Sanatorium”, które jakoś niespecjalnie przypadło mi do gustu. Nie rozumiem, do kogo właściwie jest adresowane – do dzieci czy do dorosłych. Ten problem mam niestety ostatnio coraz częściej :-(

   

Tym bardziej cieszy mnie „Myszka”, bo to jest Dorota Gellner jaką pamiętam. Niedawno, szukając na półkach białych kruków z lat dziewięćdziesiątych, znalazłam „Bajeczki” - zbiór historyjek napisanych prozą rytmiczną czy też rymowaną, wydany w 1997 roku przez nieodżałowane wydawnictwo Plac Słoneczny 4. Jest nawet dedykacja od Autorki, która była wtedy na spotkaniu w przedszkolu Ani.

   

Jednak pierwsze w naszym domu były małe kwadratowe, sztywnostronicowe książeczki z pojedynczymi wierszami. Szczególnie ciepło wspominam „Piłkę” - do dziś mogę ją wyrecytować z pamięci niemal w całości.

Po cichutku, po kryjomu wyskoczyła piłka z domu...

Teraz marzy mi się jej wznowienie. Ciekawa jestem, jak ten świat przez który skacze piłka wyglądałby, gdyby wyszedł spod ręki Dobrosławy Rurańskiej, która tak interesująco zilustrowała „Myszkę” ? Jakby jeszcze „Bajka” wydała to równie pięknie, z solidnymi sztywnymi kartkami... :-)

 

 

Dorota Gellner „Myszka”, ilustr.: Dobrosława Rurańska , wyd. Bajka, Warszawa 2016

 

niedziela, 17 kwietnia 2016
Mała Nina

 

"Mała Nina", książka dla dzieci autorstwa niemieckiej pisarki Sophie Scherrer, w jednym z rozdziałów zawiera gorszący opis profanacji Najświętszego Sakramentu. (...) Opisane wydarzenia stanowią rażące naruszenie uczuć religijnych dzieci i dorosłych, uderzając jednak najbardziej w niewinność i wrażliwość najmłodszych, wychowując ich do postaw przeciwnych wartościom wyznawanym przez ich rodziców. - z petycji stowarzyszenia „Ordo Iuris”


   


Gdyby nie ta petycja, żądająca wycofania „Małej Niny” z księgarń, a podpisana już przez niemal 70 tys. osób, pewnie nie sięgnęłabym po nią, bo nie sposób jest śledzić wszystkiego, co się w nurcie, który nazwałabym postmikołajkowym, ukazuje. Zastanawiam się, ilu sygnatariuszy petycji wykonało wysiłek zapoznania się z zawartością tej książki przed jej podpisaniem ?

Ja przeczytałam i zdecydowanie nie mogę zgodzić się ze sformułowaniem: gorszący opis profanacji, bo dla mnie kluczową kwestią są tu intencje, a te bohaterka miała zdecydowanie dobre. Skłamałabym jednak twierdząc, że nie mam z tą sceną żadnego problemu...

Nina jest dzieckiem rozwiedzionych rodziców, którzy w kwestiach religijnych pozostawiają ją samą sobie. Temat chrztu św pojawia się dopiero wtedy, kiedy dzieci z jej klasy mają przystąpić do Pierwszej Komunii Św. Okazuje się wtedy, że Nina nie jest ochrzczona, co jej mama tłumaczy następująco: Posłuchaj skarbie, kiedy byłaś mała, ja i tata żyliśmy w ciągłym stresie i często się kłóciliśmy. Nie mieliśmy niestety czasu, żeby się zająć twoimi chrzcinami i wciąż je przekładaliśmy.

Nina jednak nalega: Chcę mieć komunię. Cała moje klasa idzie do komunii. Przecież nie pochodzę z Maroka jak Murakh i Samira. (...) Chcę w końcu wiedzieć, kim jestem. Chodzi mi o to, czy jestem katoliczką, czy może ewangeliczką albo wegetarianką. Muszę to wiedzieć. Mamo, a może ja jestem poganką ? (...) czy ja będę mogła pójść do nieba ? Odbywa się w końcu i chrzest, i komunia, jednak jedyne przygotowania z tym związane dziewczynka przechodzi na szkolnych lekcjach religii.

Po komunii Nina i jej przyjaciółka Luisa chodzą w niedziele do kościoła tylko we dwie, bo ich rodzice mówią, że chcą się wyspać. I nadal ze wszystkimi wątpliwościami dziewczynki są same. Nie ma nikogo, kto mógłby powstrzymać ich pomysł, aby wynieść hostię z kościoła po to, aby mieć Boga zawsze przy sobie.

Odkąd poszłam do pierwszej komunii, zadaję sobie pytanie, gdzie jest Bóg. Żałuję, że nie mogę Go zobaczyć ani z nim porozmawiać. Mam na myśli prawdziwą rozmowę, a nie taką, że ja mówię, a on mi nie odpowiada.

Całą tę historię określiłabym raczej jako profanację w dobrej wierze, szczególnie, że Nina naprawdę żałuje – ale nie do końca tego, co zrobiła, raczej tego, jak to się skończyło.

Och, Baranku Boży – modliłam się w myślach – przykro mi. Nie chciałam, żebyś wylądował pod moim butem. Najpierw ludzi przybili cię do krzyża, a teraz ja cię jeszcze podeptałam. A przecież pragnęłam tylko, żebyś był w pobliżu, i zamierzałam włożyć cię do książki jako swój największy skarb. (..) Pomyślałam, ze prawdopodobnie Boga nie można mieć, taka jak się ma zakładkę do książki albo świnkę morską. Można Go mieć tylko tak, jak się ma słońce czy księżyc albo białą chmurę na niebie.

Gdybym czytała „Małą Ninę” dziecku, ta scena byłaby na pewno punktem wyjścia do rozmowy o tym, dlaczego pomysł Niny był niewłaściwy i co powinna była zrobić z hostią, która upadła na ziemię. Bo coś takiego może przyjść do głowy każdemu dziecku – dlatego ja, jako dorosła czytelniczka, nie dziwię, się temu. Problem jednak w tym, że przeznaczona jest ona dla dzieci, które już czytają samodzielnie i zapewne większość z nich przeczyta ten rozdział bezrefleksyjnie, a tylko nieliczne będą miały jakieś wątpliwości, którymi podzielą się z dorosłymi.

Bardzo ładnie podsumowała to na forum o książkach dla dzieci i młodzieży Pszczolamaja: Ośmiolatka, przeczytawszy taką książkę sama - a dzieci wtedy już czytają najczęściej samodzielnie - nie będzie miała okazji bezpiecznie uporządkować bardzo zagmatwanego świata Niny. Nie znajdzie żadnej liny, zabezpieczającej w tej wędrówce przez poważne, zafundowane nierzadko przez dorosłych rozterki dziewczynki.

To jest pewne oszustwo; o ile o Pippi, z jej baśniowym rysem, jest dzieckiem szczęśliwym i można o niej pisać żartobliwie, z przymrużeniem oka, czasem z nutą melancholii - bo tu jednak dylematy dotyczą innych płaszczyzn, w jakimś sensie prostszych, czy może mniej obciążających; o tyle taki styl w pisaniu o dziewczynce, która często czuje się samotna, mało ma tak naprawdę bliskich, budujących relacji, jest zagubiona, zostawiona sama sobie - tworzy dla mnie jakąś iluzję, pozostawia niepokój.

I jeśli czytam to ja, dorosła, to wiem, że dziecko może mieć pomysł na eksperymenty z Hostią, ale ja mam jako rodzic obowiązek mu wytłumaczyć, dlaczego tak się nie robi. A jeśli czyta to dziecko - o dziecku, w świecie którego takie zachowanie nie jest w żaden sposób skomentowane - to nie wiem, czemu to służy ?

Z tym pytaniem pozostaję także ja – i nie dotyczy ono tylko kwestii hostii, ale także na przykład chrzczenia świnki morskiej przez polewania jej szampanem. Że o nieskomentowanym w żaden odautorski sposób przekonaniu Niny, że w Maroku ludzie wierzą w Buddę, nie wspomnę...

Zdobycie tej książki nie było wcale łatwe. W mojej dzielnicy do obu egzemplarzy w bibliotekach ustawiły się kolejki. Mam wrażenie, że petycja zrobiła „Małej Ninie” reklamę, na którą ona zupełnie nie zasługuje.

  

Sophie Scherrer „Mała Nina”, przekł.: Marta Krzemińska, ilustr.: Maximilian Meizold, wyd.: Wilga (Grupa Wydawnicza Foksal), Warszawa 2015

 

sobota, 09 kwietnia 2016
Kasieńka

 

 

 

Mam dwanaście lat.

Prawie trzynaście.

Rosną mi piersi,

I mam miesiączkę.

A jestem w klasie z

Jedenastolatkami.


Kasieńka do niedawna mieszkała w Gdańsku – z Mamą, bo Tata dwa lata temu odszedł od nich.


Olu, wyjechałem do Anglii.

 

To wszystko, co napisał.

 

Mnie nie zostawił listu.

 

I nie wspomniał o mnie w liściku do Mamy.

 

Mama płakała przez dwa lata,

A Babcia przez cały ten czas trzymała ją w ramionach.

Ja nie płakałam, chociaż Tata o mnie zapomniał,

Chociaż miałam prawo płakać.

 

Po jakimś czasie przyszedł od niego czek, a pieczątka na liście wskazywała na to, że został wysłany z Coventry. Wtedy Mama spakowała ostatnią walizkę, jaka im została  i pojechały tam, aby go odnaleźć. Jednak to nie jest takie proste, a na razie muszą sobie radzić z życiem w obcym kraju. Z problemami z językiem, z powodu których Kasia trafia do niższej klasy. Z biedą, brakiem pieniędzy, mieszkaniem w pokoju ze wspólnym łóżkiem.

 

Nic nie mówi.

Udaje, że śpi.

 

Ale gdy na zewnątrz przejeżdża samochód,

Zauważam w ciemności

Błysk łzy

Na policzku Mamy.

I choć chciałabym ją pocieszyć,

Nie wiem, jak to zrobić,

Żeby jej nie rozzłościć.

 

Kasieńka” to nie tylko historia dziewczynki, która staje wobec rozstania rodziców. To także opowieść o dojrzewaniu, dorastaniu, pierwszej miłości, problemach z rówieśnikami oraz o odnajdywaniu tego, co we własnym życiu najważniejsze.

Woda to inny świat.

Kraina z własnym językiem.

 

Którym mówię płynnie.

 

Muszę zaufać sobie.

Zaufać terytorium i

Swojemu ciału,

Sile każdej kończyny.

 

Chcę tej ciszy.

 

Chcę czuć ciężar wody

Na sobie -

Dookoła -

Bezpieczną ciszę zanurzenia.

 

Może na brzegu jestem brzydka,

Ale gdy mówię językiem wody

 

Jestem piękna.

 

Ciężar wody” („The Weight of Water”) to oryginalny tytuł tej książki, bo (co w pierwszej chwili może być zaskakujące) powstała ona po angielsku, a jej autorka jest Irlandką, która studia ukończyła w Wielkiej Brytanii, a potem przez jakiś czas pracowała jako nauczycielka w USA. Jednak problemy, które porusza są uniwersalne, a sposób w jaki to robi jest fascynujący.

Kasieńka” jest chyba pierwszą wydaną po polsku książką z gatunku verse novel – to właściwie zbiór białych wierszy. Prostych, lapidarnych, często skupiających się na jakimś szczególe, ale właśnie dzięki temu znakomicie oddających emocje bohaterki.

Jeżeli mam jakąś wątpliwość z nią związaną, to dotyczy ona wieku bohaterki – trudno mi uwierzyć, że ma zaledwie niespełna trzynaście lat. Wydaje mi się, że wszystko, co w tej książce robi, myśli i jak się zachowuje, byłoby bardziej prawdopodobne, gdyby dodać je jakieś dwa lata.

Kasieńka” to zdecydowanie książka inna niż wszystkie. Gdyby ktoś zapytał mnie o grono jej potencjalnych czytelników, odpowiedziałabym, że jest ona dla każdego, kto zechce ją przeczytać i zrobi to z przyjemnością – w tym samym stopniu dla dorosłych, co dla rówieśników jej bohaterki.

Sarah Crossan „Kasieńka”, przekł.: Katarzyna Domańska, wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2015

 

poniedziałek, 21 marca 2016
Cuda wianki. Polski Folklor dla młodszych i starszych.

 

   

 

Cuda wianki” to książka, która budzi zachwyt - i nic dziwnego, skoro powstała z zachwytu (jak pisze autorka we wstępie, a raczej zaproszeniu do niej).

Kiedy przeglądałam ją po raz pierwszy, miałam spory problem Z jednej strony chciałoby się obejrzeć dokładnie wszystkie szczegóły, które aż mienią się w oczach. Z drugiej – korci, żeby już, natychmiast przełożyć kartkę i zobaczyć, co jest na następnej stronie. Sam człowiek ze sobą nie może dojść do ładu przy tym oglądaniu ;-)

Po tym zachwycie pojawia się jednak zdziwienie, bo nie bardzo wiadomo, co z nią właściwie robić i co to w ogóle jest ?

Książka obrazkowa dla dzieci ?

Album ?

Leksykon folkloru ?

Do oglądania czy do czytania ?

I dla kogo ? (choć tu akurat odpowiedź znajdziemy w tytule)

Sama Marianna Oklejak wyjaśnia to tak:

Polską kulturę ludową poznaję od kilkunastu lat i nie mogę się wciąż nadziwić jej różnorodności. Żywa muzyka, niezwykła harmonia kolorów, świetne kroje ubrań, piękne ornamenty – wszystko to, co od wieków szczerze płynie z serca, a nie z potrzeby rynku, ma nadal wielką moc. Nie sposób pomieścić całe to bogactwo na osiemdziesięciu stronach. To zaledwie jego ułamek, garść skarbów. Dlatego książka, zamiast stanowić zamknięte naukowa kompendium, ma być zachętą do odkrywania tego ogromnego, a mało znanego świata, pełnego niezwykłych barw, kształtów i rytmów.

Na trzydziestu sześciu tablicach można zobaczyć przegląd tradycyjnych haftów, wycinanek, zabawek, poznać instrumenty muzyczne i poczuć atmosferę potańcówek, a także przeczytać fragmenty starodawnych pieśni. Pośród tego wszystkiego snuje się wciąż aktualna opowieść o zwyczajnym życiu: porach roku, miłości i rozstaniu, narodzinach i śmierci.

Co prawda nasza rodzinna pierwszoklasistka, która znalazła tę książkę pod choinką, dużo większą uwagą zaszczyciła „Animalium” (to był dla odmiany prezent dla gimnazjalistki Julki ;-), ale mam nadzieję, że z czasem odkryje i doceni urok „Cudów wianków”. Trzeba im tylko dać trochę czasu, a przecież górnej granicy wiekowej dla nich nie ma. To książka dla młodszych i starszych – tych, którzy jeszcze pamiętają, tych, którzy chcą sobie przypomnieć i tych, którzy chcą się dopiero dowiedzieć.

Cuda wianki” zostały nagrodzone tytułem Książki Roku IBBY 2015 w dziedzinie ilustracji i jest to tytuł jak najbardziej zasłużony !!! Rzadko zdarza mi się tak absolutnie i bez wahania zgadzać się z werdyktem jury przyznającego tę (i nie tylko tę) nagrodę :-)

 

Marianna Oklejak „Cuda wianki. Polski folklor dla młodszych i starszych”, wyd.: ART Egmont, Warszawa 2015

 

środa, 16 marca 2016
Banany z cukru pudru

 

   banany 

Czy wyobrażaliście sobie kiedykolwiek swoją prababcię, jak robi fikołki na trzepaku, albo dziadka, który gra aniołka w jasełkach ? A babcię, jak łapie żaby ?

Banany z cukru pudru” to bezpretensjonalna opowieść o dzieciństwie z historią w tle, o zwykłym życiu na podwarszawskiej (wówczas) Sadybie. Jej autorki - Barbara Caillot Dubus i Aleksandra Karkowska – nazywające siebie sadybiankami z wyboru, zaprosiły swoich wiekowych już sąsiadów do rozmowy o ich dzieciństwie i o tym, jak żyło się w Mieście Ogrodzie, którym wtedy była Sadyba, przed wojną, podczas okupacji i w trudnych powojennych latach. Z ich wypowiedzi i zdjęć wydobytych z rodzinnych albumów powstała książka. W zamierzchłych czasach, kiedy studiowałam historię, nazywało się to wywoływaniem źródła, teraz w powszechnym użyciu jest określenie historia mówiona.

Wtedy było inaczej. Nikt nie grymasił. Jedzenie się dostawało i jadło. Mój talerz zawsze był z obwódką łusek z owsianki. Dziadek groźnym okiem patrzył. Trzeba było zjeść wszystko, siedzieć prosto z rękami na stole.

Dziewczyny lubiły się czesać, najbardziej w kotlety, to znaczy dwa warkocze zwinięte w ślimaki, albo na zająca czyli w kitkę. Było też uczesanie za karę, czyli w kupkę, to taki rozpłaszczony kok na czubku głowy.

Podobnie jak w książkach Joanny Papuzińskiej, w których wraca ona do czasów swojego dzieciństwa (od „Darowanych kresek” przez „Asiunię” po najnowsze spacerowniki warszawskie) oglądamy przeszłość z perspektywy jednostek - i to jednostek całkiem małych, przyjmujących to, co się wokół nich dzieje w sposób naturalny, bezrefleksyjny.

Tatuś zabrał mnie do domu towarowego Braci Jabłkowskich, a tam w holu zabawki od podłogi do sufitu. Ogrom zabawek. Osłupiałam. Ojciec mówi: „Wybieraj”. Długo stałam i myślałam, upatrzyłam sobie lalkę w niebieskiej jedwabnej sukience z białym kołnierzykiem i halką. Miała czarne włosy i niebieskie otwierane oczy. Mówiła „Mama”. Dwa tygodnie później wybuchła wojna.

Kiedy wróciłyśmy do domu po Powstaniu, dom był spalony, tylko piwnica została. A w niej materace i dwie świnki. Przecież trzeba był coś jeść.

Bawiliśmy się też w chowanego w pałacu w Wilanowie. Niektóre okna były zakryte deskami. Można było taką deskę odgiąć i wejść do środka. Sale były puste.

Dorosły czytelnik poświęci być może w tym miejscu chwilę refleksji losom przedwojennych mieszkańców Wilanowa, którzy wówczas byli na zesłaniu koło Krasnogorska, tudzież dziełom sztuki wywiezionym z pałacu przez Niemców, ale dla dzieci te puste sale były po prostu przestrzenią zabaw.

Znajdziemy w tej książce zarówno życie codzienne – odmienne od dzisiejszego...

Prawdziwy telefon, czarny z tarczą i słuchawką na widełkach, miał tylko jeden sąsiad na ulicy. Chodziliśmy do niego, jak trzeba było zadzwonić.

Przed wojną ubrania zamawiało się u krawcowej. Nosiliśmy pończochy na guziki. Chłopcy też. Strasznie tego nie lubiłam, więc jak tylko wychodziłam z domu, to szybko zwijałam je w skarpetki.

Przychodził ostrzyciel. Wołał: „Noże ostrzę, nożyczki !”. Cała ulica się zbierała. Sąsiadki plotkowały stojąc w kolejce.

... świat dziecięcych zabaw, na które współczesne dzieci już nie mają szansy...

Starszy kolega zabierał mnie do kazamat w forcie obok szkoły. Ciemno tam strasznie było, łaziliśmy tam godzinami. Trudno było się potem wydostać przez wąskie przejścia.

Bawiliśmy się w ślady wojny, podchody na gruzach domów. Tu było dużo miejsca, było gdzie ganiać. Jak się wyszło z rana, to się wracało wieczorem.

Wchodziliśmy też na słup. Z nudów.

... szkołę zupełnie inną niż teraz...

Na początku roku szkolnego każdy uczeń musiał przynieść do szkoły trzy cegły i gazetę. Siedzieliśmy na nich. U nas w szkole, zaraz po wojnie, nie było nic, żadnych mebli.

... i Wielką Historię, która czasem wkraczała także na Sadybę.

W czasie Powstania w naszym domu był szpital. Jako 12-letnia dziewczynka pomagałam sanitariuszkom, zwijałam bandaże i cerowałam skarpetki. W piwnicach w pralni gotowano dla powstańców, ja obierałam ziemniaki. Miałam opaskę AK, byłam harcerką.

Banany z cukru pudru” to książka z jednej strony lokalna, a z drugiej – uniwersalna, bo przecież podobne opowieści można usłyszeć z ust wielu osób, które żyją pośród nas. Trzeba tylko chcieć ich posłuchać.

Kiedy spotkasz starszą osobę na ulicy, pamiętaj, że ona też kiedyś była dzieckiem...

 

 

Barbara Caillot Dubus, Aleksandra Karkowska „Banany z cukru pudru”, wyd.: Oficyna Wydawnicza Oryginały, Warszawa 2015

 

 

poniedziałek, 22 lutego 2016
Lokomotywa

 

Od soboty w warszawskiej „Zachęcie” można zwiedzać wystawę „Tu czy tam. Współczesna polska ilustracja dla dzieci”.

   

Wydarzenie w ostatnich latach bez precedensu, bo (o ile dobrze pamiętam) ostatnią wystawą adresowaną do dzieci była wilkoniowa Arka – ile to lat temu ? Co najmniej 10. Kilka lat wcześniej córki moje starsze (bo najmłodsza była jeszcze za mała) bawiły się świetnie na „Zachęcie dzieciom”, ale potem już nic podobnego nie było. Łapbakcylowe wystawy w Stu Pociechach to też chyba mniej więcej wtedy. Ależ ten czas leci...

Na sobotnie otwarcie przybyły do Zachęty tłumy dorosłych (z dziećmi i bez nich), więc niestety niewiele można było zobaczyć i jedynym wrażeniem, jakie wyniosłam stamtąd, jest pewność, że koniecznie muszę tam wrócić. Czasu jest sporo, wystawa potrwa do 8 maja. Na pewno zdążę i jeszcze córki, choć najmłodsza już kończy gimnazjum, zabiorę :-)

Okazuje się jednak, że byli tacy, którzy przyszli wcześniej i nie tylko spokojnie wszystko zobaczyli, ale jeszcze złapali się na pokaz ilustracji na żywo w wykonaniu Katarzyny Boguckiej. Wszystko potem pięknie opisali na blogu „Maki w Giverny” ilustrując licznymi zdjęciami, więc kto ciekaw, niech tam zajrzy :-)

Wystawa pozostawia pewien niedosyt, bo nie jest (wbrew temu, co sugeruje tytuł) panoramą tego, co się obecnie w polskiej ilustracji dzieje – a dzieje się dużo. Określiłabym ją jako przyczynek – obraz gustu i zainteresowań jej kuratorek: Magdy Kłos – Podsiadło i Ewa Solarz - czyli wydawnictwa „Wytwórnia”, choć książki tam prezentowane nie pochodzą tylko z tego wydawnictwa.

   

 

W sali trzeciej można obejrzeć m.in. tuwimową „Lokomotywę” Katarzyny Boguckiej wydaną przez Visart. Kiedy pierwszy raz wzięłam ją do ręki, zadałam sobie pytanie: po co ? Po Szancerze, 

  

po Lenicy

  

 

- wydaniach na których wychowały się pokolenia - po co robić to kolejny raz ? A jednak warto – choćby po to, żeby dziecięcy czytelnicy zobaczyli, jak różnie można postrzegać i przedstawiać to samo. Taka jest także rola ilustracji w książkach dla dzieci – przyzwyczajać do rozmaitych stylów i konwencji, uczyć, że można to samo widzieć bardzo rozmaicie.

Lokomotywie” Katarzyny Boguckiej towarzyszą także proste puzzle, z których można ułożyć narysowany przez nią pociąg. Wszystkie elementy pasują do siebie i tylko od decyzji i fantazji układającego zależy, czy umieści wagony tak, jak to opisał Tuwim czy w zupełnie innej kolejności.


   

 

Wydawnictwo Visart wydało także „Rzepkę” zilustrowaną przez Emilię Dziubak, którą także zaproszono do udziału w wystawie „Tu czy tam”. Jej wersja jest zupełnie inna niż ta, która narysował Mistrz Szancer, inna niż ta, która wyszła spod igły Ewy Kozyry Pawlakto jest dopiero zabawa konwencją !!! Na ilustracjach Emilii Dziubak widzimy dzieci, które wystawiają „Rzepkę” na scenie, przebrane za wszystkich jej bohaterów – od tytułowej rzepki począwszy, a kawce skończywszy (a nawet nie – bo mamy jeszcze żywe dekoracje – drzewa, krzaczki czy chmurki).

Obie te książki można kupić m.in. w warszawskiej księgarni „Dwa Koty”. Mieści się ona na Saskiej Kępie, w niewielkim lokalu wypełnionym książkami po brzegi. To jedno z tych miejsc, o które warto dbać, żeby nie przepadły w konkurencji z pewną sieciówką, której nazwy nie muszę wymieniać ;-) Nie znajdziecie tam wszystkiego, co jest rynku, ale możecie być pewni, że wszystko, co tam znajdziecie, warte jest przeczytania :-)

 

 

Julian Tuwim „Lokomotywa”, ilustr.: Katarzyna Bogucka, wyd.: Visart, Warszawa 2013

Julian Tuwim „Rzepka”, ilustr.: Emilia Dziubak, wyd.: Visart, Warszawa 2015

 

 

poniedziałek, 25 stycznia 2016
Detektywi z klasztornego wzgórza

 

   

 

Czerwińsk był tak bardzo niewyjątkowy... Można tu było znaleźć taki sam rynek, jak w każdej małej polskiej mieścinie, takie same niskie domki, chylące się ku ziemi, takie same błoto, w którym taplały się świnie i kaczki, takich samych biednych, zapracowanych ludzi, z trudem wiążących koniec z końcem.

Czerwińsk to mieścina jakich wiele, choć niezwykła. Położony nad Wisłą kilkadziesiąt kilometrów od Warszawy czasy świetności przeżywał w średniowieczu, kiedy zbudowano tam ogromna kolegiatę i klasztor. Potem jego znaczenie malało, a po Powstaniu Styczniowym utracił prawa miejskie i został zdegradowany do roli wsi. Czy w takim niepozornym miejscu latem 1930 roku (też jakby niepozornego, z którym nie kojarzy się nic spektakularnego ;-) mogło wydarzyć się coś, co zainteresuje współczesnego czytelnika ?

Gromadka dzieci (i pies) wpada na trop tajemniczej afery, ale dorośli (jak to w takich książkach bywa) lekceważą ich odkrycia. Po co przybył do Czerwińska tajemniczy Trąbiszewski ? I po co mu rewolwer ? Czy chodzi o zbliżającą się wizytę Prezydenta RP czy o coś zupełnie innego ???

Przeczytałam „Detektywów” dwa razy. Za pierwszym razem po prostu śledziłam opisane wydarzenia i w napięciu czekałam na rozwiązanie tajemnicy. Za drugim – zachwycałam się kunsztem, z jakim Zuzanna Orlińska skonstruowała całą intrygę tak, że znalazło się w niej miejsce dla postaci historycznych, których miejsce jest raczej w podręcznikach historii, nie w kryminałach dla młodzieży, a które jednak całkiem tu pasują. Połączyć w jednej książce templariuszy, Wieniawę i Makuszyńskiego z Czerwińskiem i zrobić to w sposób prawdopodobny to naprawdę majstersztyk !!!

W książce jest wiele smaczków, które dostrzec i docenić mogą jedynie czytelnicy bardziej oblatani w historii Polski i literaturze (a szczególnie twórczości Makuszyńskiego). Zachwycił mnie sposób, w jaki służąca pana Kornela zaanonsowała mu wizytę Broni. Ponieważ podobnie jak Autorka jestem absolwentką warszawskiego liceum im. Tadeusza Czackiego, nie mogłam nie ucieszyć się ze spotkania na kartach książki piętnastoletniego Jana Twardowskiego w gimnazjalnym mundurku i z tarczą Czackiego na rękawie. Przyszły ksiądz i poeta rzeczywiście kiedyś odwiedził Makuszyńskiego i jego wizyta wyglądała tak, jak to zostało opisane w książce, nie wspomniał tylko pisząc o tym, że na schodach spotkał pannę Bronisławę z psem ;-)

Autorka wykazała się w tym wprowadzaniu na karty swojej książki postaci autentycznych takim rozmachem, że kiedy zabrakło jej czwartego do brydża nie zawahała się posadzić przy stoliku z panem Kornelem pradziadka własnych dzieci ;-) Wszystko jednak jest tam prawdopodobne i wszyscy oni pojawiają się tam, gdzie naprawdę byli albo mogli być. Pisząc, korzystałam z mnóstwa książek, dzienników, wspomnień, fotografii, stron internetowych i ówczesnej prasy. Zdarzało mi się sprawdzać w gazetach z maja 1930 roku prognozę pogody na kolejne dni – tak bardzo zależało mi, żeby wszystko wyglądało jak w rzeczywistości - napisała w przedmowie do tej książki.

Dzięki rodzinnym koneksjom z Czerwińskiem opisała go tak plastycznie, że gdybyśmy przypadkiem przenieśli się w czasie do roku 1930, na pewno odnaleźlibyśmy się tam bez najmniejszego problemu (szczególnie że dysponujemy mapą na wyklejce). Nie tylko zresztą Czerwińsk, i nie tylko Warszawa doczekały się fantastycznego odwzorowania, także Wisła jakiej już nie ma – rzeka pełniąca rolę arterii komunikacyjnej, na której wiosną i latem panował ruch jak na zatłoczonej miejskiej ulicy. Pływały po rzece długie, smukłe baty, towarowe berlinki, wielkie holowniki i zwykłe łódki – pychówki. Ale najważniejsze oczywiście były parowce i jednym z nich przypłynął z Warszawy Kornel Makuszyński.

Detektywi z klasztornego wzgórza” to książka bardzo makuszyńska w duchu, ale jednak współczesna, mimo osadzenia w realiach międzywojennych. Niestety książki Makuszyńskiego są dla nastolatków z XXI wieku trochę zbyt przegadane, męczące kwiecistością stylu – mam jednak nadzieję, że lektura „Detektywów” zachęci ich do sięgnięcia po tytuły, które w tak intrygujący sposób ta książka zapowiada.

 

Detektywi z klasztornego wzgórza” znaleźli się w elitarnym gronie dziesięciu nominowanych do zeszłorocznej nagrody Książka Roku IBBY. Kibicowałam im bardzo, ale moje kciuki nie wystarczyły nawet na wyróżnienie :-(

P.S. Ta książka rozpoczyna nową serię wydawnictwa Literatura - "A to historia !" i muszę przyznać, że jest to bardzo obiecujący początek :-)

 

Zuzanna Orlińska „Detektywi z klasztornego wzgórza” (seria „A to historia !”), wyd.: Literatura, Łódź 2015

 

 

 

piątek, 01 stycznia 2016
Mała księżniczka

 

   

 

Pewnego pochmurnego dnia zimowego, kiedy gęsta, żółta mgła zalegała ulice Londynu tak szczelnie, że zapalono latarnie, a szyby wystawowe sklepów jarzyły się oświetleniem gazowym, jakby to już był wieczór; mała, osobliwie wyglądająca dziewczynka jechała wolno ulicami miasta, siedząc w powozie przy boku swego ojca.

   

Mała księżniczka” zalicza się do elitarnego grona ulubionych książek mojego dzieciństwa. Była tak bardzo ukochana, że zaczytałam ją kompletnie i nie dotrwała już do moich córek. W stosownym momencie nabyłam więc kolejne wydanie z myślą o Ani i... przeżyłam ogromne rozczarowanie. Od pierwszych słów nie spodobał mi się nowy przekład, jakiś taki toporny i bez wdzięku, w którym ten pierwszy akapit składał się z trzech zdań. W dodatku Rózia miała tam na imię Becky, co może jest zgodne z oryginałem, ale kompletnie nie pasuje do niej ;-)

   

Na okładce sportretowana była dziewczynka – blada, wymoczkowata i z rudawymi włosami, o której na pewno nie można było powiedzieć, że miała swoisty, oryginalny urok. Tymczasem Sara Crewe została opisana przez autorkę jako dziewczynka smukła i wiotka, wysoka jak na swój wiek, o wyrazistej, pociągłej twarzyczce. Włosy miała gęste, kruczoczarne i lekko podwinięta na końcach, oczy szarozielone, to prawda, były to jednak ogromne, cudowne oczy o długich, czarnych rzęsach i chociaż jej samej nie podobał się ich kolor, wiele osób uważało, że są piękne. Ilustracje w środku też nie zachwycały, a ich podstawową wadą było to, że nie wyszły spod ręki Antoniego Uniechowskiego.

Później okazało się, że i tak nie była to najgorsza wersja tej książki, na jaką mogłyśmy trafić. Na szczęście udało mi się zdobyć to stare wydanie (Ewa, dobrze pamiętam, ze Tobie to zawdzięczam ?) i jest to obecnie ukochana książka Julki, zaczytana podobnie jak ta moja sprzed lat. Ze zdziwieniem policzyłam, że oprócz okładki jest tam tylko sześć ilustracji. Tylko sześć, ale wystarczyło to, aby wspaniale zbudować cały świat tej historii !

  

Mała księżniczka” nie była (chyba) moim pierwszym kontaktem z kreską Antoniego Uniechowskiego. Miałam też inne ulubione i ilustrowane przez niego książki – na przykład „Przyjaciel na zawsze” Miry Jaworczakowej czy zapomniana już „Dorota i jej towarzysze”. Potem, buszując na półkach rodziców znalazłam wspomnienia „Antoni Uniechowski o sobie i innych” i zatonęłam w opisywanym przez niego przedwojennym świecie. Bodaj pierwsze wspomnienia, jakie czytałam, a upodobanie do tego rodzaju literatury pozostało mi do dziś.

Pod tegoroczną choinką znalazłam książkę Joanny Olczak – Ronikier „Wtedy. O powojennym Krakowie” (Aniu, dziękuję !!!) - fantastyczne uzupełnienie jej wcześniejszej historii rodzinnej „W ogrodzie pamięci”. Kilka pierwszych powojennych lat w Krakowie widzianych oczami dziecka, dom na Krupniczej zamieszkały przez ludzi książki i rozmaici odwiedzający je tam znajomi mamy Hanny Mortkowicz – Olczakowej i babci Janiny Mortkowicz. A wśród nich także, ku mojej radości, Antoni Uniechowski – słynny rysownik, ktory ilustrował dwie książki mojej mamy: „Jesień niezapomniana” - wiersze o oblężonej Warszawie i wierszowaną opowieść „Jak się wszystko zmieniło”. Przyprowadzał ze sobą swoją córką Krysię, ale zamiast się bawić, wolałyśmy patrzeć, jak otwiera buteleczkę z tuszem, wyjmuje z kieszeni piórko, które zawsze nosił przy sobie, i wyczarowuje na świstku papieru koronkowe, zwiewne rysunki na zadany temat.

Koronkowe i zwiewne – takie właśnie są te ilustracje i bardzo się cieszę, że nieocenione Dwie Siostry wznowiły „Małą księżniczkę” właśnie w tej najpiękniejszej dla mnie wersji :-)


Frances Hodgson Burnett „Mała księżniczka” (seria: Mistrzowie Ilustracji), przekł.: Wacława Komarnicka, ilustr.: Antoni Uniechowski, wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2015

 

wtorek, 29 grudnia 2015
Wigilia Małgorzaty

 

... czyli kolejna nietypowa książka świąteczna, która ukazała się w zeszłym roku.

   

W przeciwieństwie do „Prezentu dla Cebulki” - ta jest ewidentnie świąteczna, jej akcja rozgrywa się w Wigilię, ale jednak wymyka się temu, co zazwyczaj kojarzy się z tą tematyką.

Jej zeszłoroczna lektura poruszyła mnie bardzo, wręcz zabolała. W tym roku sięgnęłam po nią znów i tym razem, wiedząc już, co w niej znajdę, doceniłam jej mądrość i głębię. „Wigilia Małgorzaty” to jedna z najlepszych książek o starości, jakie znam.

Tytułowa bohaterka to starsza pani, która mieszka w ogromnym, eleganckim domu – sama, także w Święta Bożego Narodzenia. Ta sytuacja skojarzyła mi się z samotną Wigilią rybaka Elisa w „Wyspie Trolli”, ale życie Małgorzaty jest inne.

Wcale nie jest tak, że wszyscy ją opuścili i trzeba się nad nią litować. Ma dwoje dzieci i wnuki. Ale rodzinne święta ją męczą. Mimo to co roku mówi sobie, że musi się zdobyć na mały wysiłek, by dzieci nie czuły się winne, że świętują Boże Narodzenie bez niej. Zdają się nie dowierzać, gdy zapewnia, że nie ma nic przeciwko samotnej Wigilii.

Stale im powtarza:

Odpocznijcie ! Bawcie się dobrze ! Nie martwcie się o mnie, ja sobie przyjemnie spędzę wieczór.

Nie kłamie. Cieszy ją świadomość, że mają udane życie.

Postęp medycyny skutkuje wydłużeniem życia, ale tym, czego w nim przybywa najbardziej, jest starość, choć nie tylko, bo równocześnie wydłużył nam się czas młodości, a okres dojrzałości przesunął się nieco w czasie. Współczesne dzieci mają najczęściej całkiem młode i aktywne życiowo babcie (i dziadków oczywiście też ;-). Kobiety pięćdziesięcio czy sześćdziesięcioletnie dalekie są jeszcze od stereotypowego wizerunku babci, który kojarzy się z siwizną, przygarbieniem, okularami oraz ograniczeniem aktywności do pieczenia ciast i opowiadania wnukom bajek.

Babcie pracują zawodowo, prowadzą samochód, uprawiają sporty i często też... mają jeszcze rodziców, którzy są ich wnuków pradziadkami. W czasach mojego dzieciństwa posiadanie pradziadków należało wręcz do anomalii, a teraz często dzieci mają ich kilkoro i to oni właśnie wpisują się w te babciowe i dziadkowe stereotypy.

Starość polskich pradziadków jest najczęściej trochę inna niż bohaterki tej książki. Małgorzata mieszka w dużym domu, stać ją na wynajęcie osób, które jej pomagają – sprzątaczki, firmy kateringowej dostarczającej jedzenie, a nawet regularnie odwiedzającej ją fryzjerki. Polscy emeryci nie opływają w takie luksusy, ale poza tym starość na całym świecie wygląda podobnie. Kolejno umierają najbliższe osoby - przyjaciele, rodzeństwo, małżonkowie, człowiek robi się coraz mniej sprawny, coraz więcej rzeczy zaczyna stanowić problem i pojawia się STRACH.

Choć od paru lat porusza się z coraz większą trudnością, wmawiała sobie, że to lenistwo, nic więcej, bo nigdy nie była amatorką ćwiczeń. Ale kiedy próbowała przyspieszyć, a ból kości ją powstrzymał, zrozumiała, że jej ciało się starzeje i już za nią nie nadąża.

By nie martwić swoich bliskich, nie podzieliła się z nimi tym odkryciem. Nie może jednak przestać o tym myśleć.

O tamtej pory nie wychodzi.

Poza domem” stało się dla niej synonimem zagrożenia. Mogłaby się poślizgnąć. Mogłaby złapać grypę. Mogłaby zostać potrącona na przejściu dla pieszych przez rozpędzonego kierowcę. Jakiś rzezimieszek mógłby wykorzystać to, że Małgorzata nie ma siły się bronić, i wyrwać jej torebkę albo nawet zadźgać ją nożem.

Dobrze jej u siebie. Kocha ten dom – pełen kojących wspomnień i znajomych zapachów. Tu czuje się bezpiecznie.

Tę Wigilię Małgorzata planowała spędzić jak zwykle – sama, w domu, przed telewizorem, ze smaczną kolacją dostarczoną przez firmę. I wszystko poszłoby zgodnie z planem, gdyby nie samochód, który właśnie przed jej domem wpadł w poślizg i utknął w zaspie...


 

To jest to miejsce w książce, od którego zaczynamy oczekiwać, że doprowadzi nas ona do typowego, świątecznego happy endu jak z reklam kawy czy czekoladek. Czy on nastąpi ? Tego nie zdradzę, choć chyba nietrudno jest się domyślić, że byłoby to za proste ;-)

Wigilia Małgorzaty” to książka nie tylko dla dzieci. Także dorosłych czytelników zmusi do chwili refleksji nad sprawami, o których normalnie wolimy nie myśleć...

 

 

India Desjardins „Wigilia Małgorzaty”, ilustr.: Pascal Blanchet, przekł.: Jadwiga Jędryas, wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2014

  

 

 

niedziela, 13 grudnia 2015
Królewna

 

   

 

Królewna pojawiła się na podwórku zupełnie niespodziewanie. Dzieci zajęte zabawą zapewne w ogóle nie zwróciłyby na nią uwagi, gdyby nie korona, która – piękna i błyszcząca – połyskiwała w słońcu mnóstwem tęczowych kamyków.

Natomiast sama królewna nie była zbyt ładna - taka jakaś blada, chuda i dość ponura. Stała w rogu podwórka pod trzepakiem, jakby na coś czekała. Dzieci przerwały zabawę i zaczęły wpatrywać się w królewnę z zaciekawieniem

- To omam bajkowy, pojawia się, gdy czyta się za dużo książek - stwierdziła Kasia. - Nie zwracajmy na nią uwagi, to zaraz zniknie.

Ostatnio wpadł mi w oko na Facebooku mem ze słowami: Nie ma czegoś takiego jak "za dużo książek". Może być tylko "za mało półek". Nieprawda - sytuacja "za dużo książek" występuje wtedy, kiedy we własnym domu nie jesteśmy w stanie znaleźć książki, która jest nam potrzebna i która na pewno gdzieś na nich jest. Czasem łatwiej jest wtedy wypożyczyć ją z biblioteki ;-)

   

Taki właśnie problem miałam dziś, kiedy usiłowałam zlokalizować w domu poprzednie wydanie "Królewny"  – z ilustracjami Ewy Poklewskiej – Koziełło. Wtedy ukazała się równolegle z „Gęboludem”, który spodobał nam się bardziej i doczekał wpisu tutaj, co spotkało się nawet z odpowiedzią Autorki ;-)

Teraz jej nie znalazłam, więc muszę polegać na własnej pamięci i ilustracjach zamieszczonych na stronie wydawnictwa. Trudno mi porównywać te dwie kreski, ale mimo że tak różne to i jedne ilustracje, i drugie moim zdaniem dobrze ilustrują tę historię.


Marianna Oklejak jest ostatnio w uderzeniu ;-) Jej autorskie „Cuda wianki” zostały uznane za Książkę Roku IBBY w kategorii książek obrazkowych, ale o nich innym razem, bo na razie zatkało mnie z zachwytu...

Kiedy wróciłam do tej „Królewny” po latach, moją pierwszą myślą było to, że znane mi dzisiejsze dzieci, będą się w niej utożsamiać raczej z Królewną niż z Kasią, Szymonem, Martą i resztą towarzystwa z podwórka. One już właściwie nie znają takich swobodnych zabaw podwórkowych. Na placach zabaw widzę maluchy pod opieką dorosłych, starsze dzieci czas wolny od lekcji spędzają albo na zajęciach dodatkowych, albo w domach przed komputerami czy tabletami. Nawet gdyby znalazły czas, żeby wyjść pobawić się na dworze, to trudno go zsynchronizować z zajęciami innych i po prostu nie ma się z kim bawić.

Sekrety ze szkiełek i sreberek od czekolady, grę w kapsle czy nawet skakanie przez gumę niedługo znać będą tylko z książek czy filmów. Podobnie jak kłótnie o to, kto wygrał w klasy czy cztery ognie i mozolne dochodzenie do kompromisów bez ingerencji opiekunów.

Więc może nauka, jaka z tej książki płynie - że nie drogie zabawki i fachowa opieka są w dzieciństwie potrzebne do szczęścia - jest bardziej dla dorosłych niż dla dzieci ???



Roksana Jędrzejewska – Wróbel „Królewna”, ilustr.: Marianna Oklejak, wyd.: Bajka, Warszawa 2015

Roksana Jędrzejewska – Wróbel „Królewna”, ilustr.: Ewa Poklewska - Koziełło, wyd.: Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne, Gdańsk 2004





 

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 31
Archiwum
Tagi
Mały Pokój z Książkami

Wypromuj również swoją stronę