CZYLI O DOBRYCH KSIĄŻKACH DLA DZIECI NIE TYLKO DLA DZIECI
Kategorie: Wszystkie | A. Błotnicka | A. Chachulska | A. Frączek | A. Hest | A. Jaromir | A. Kamiński | A. Mcghee | A. Michaelis | A. Niemierko - Pająk | A. Piwkowska | A. Vestly | A. Znamierowski | A.Bradley | A.D.Mizielińscy | A.Holmberg | A.Lindgren | A.M. Grabowski | A.Onichimowska | A.Provoost | A.Tyszka | B. Cole | B. Gawryluk | B. Kaniewska-Pakuła | B. Leśmian | B. Lindgren | B. Massini | B. Moyeyaert | B. Ostrowicka | B. Rice | B. Wildsmith | B. Wróblewska | C. Beauvais | C. Compton | C. Frabetti | C. Kruusval | C. Wolff-Brandt | C.Funke | C.Rayner | C.Rees | Ch. Bjork | Ch. Dickens | Cz. Janczarski | D. Cali | D. Combrzyńska - Nogala | D. Geisler | D. Gellner | D. Walliams | D. Wawiłow | D.Terakowska | Dr. Seuss | E. Ainsworth | E. Beskow | E. Kozyra - Pawlak (aut.) | E. Piotrowska | E. Susso | E.Carle | E.H.Gombrich | E.Nowak | F. Nilsson | F.H. Burnett | G. Bąkiewicz | G. Gortat | G. Mancomble | G. Ruszewska | G. Whelan | G.Carson Levine | G.Kasdepke | Gro Dahle | H. Ch. Andersen | H. Tullet | Heekyong Kim | I. Angerborn | I. Chmielewska | I. Degórska | I. Desjardins | J. Birdsall | J. Chmielewska | J. Fabicka | J. Frey | J. Mikołajewski | J. Olech (autorka) | J. Picoult | J. Rudniańska | J. Schlansky | J. T. Wieslander | J. Tuwim | J. Wilkoń -autor | J. Wilson | J.P. Lewis | J.Papuzińska | K. DiCamillo | K. Levine | K. Lipka-Sztabałło (autor) | K. Mital | K. Pranić | K.Majgier | K.Siesicka | L. Anderson | L. Anholt | L. Bardijewska | L. Brooke | L. Fabisińska | L. Lowry | L. Olivier | L. Stafford | M. Amelin | M. Brykczyński | M. Ekier | M. Galica | M. Happach | M. Kann | M. Kita | M. Kowaleczko - Szumowska | M. Matlin | M. Miklaszewska | M. Niklewiczowa | M. Oklejak (autorka) | M. Oworuszko | M. Parr | M. Prześluga | M. Rusinek | M. Sasek | M. Skibińska | M. Szczygielski | M. Waltari | M. Widmark | M. Zarębska | M.Gutowska-Adamczyk | M.K.Piekarska | M.Strzałkowska | M.Wollny | Marcel A. Marcel | N. Streatfield | P. Beręsewicz | P. Goes | P. Lindenbaum | P. Maar | P. Pawlak - autor | R. Kipling | R. Kosik | R. Lagercrantz | R. McCormick | R. Mueller | R. Piątkowska | R. Riordan | R.Dahl | R.Jędrzejewska-Wróbel | S. Crossan | S. McBratney | S. Nyhus | S. Scherrer | Shaun Tan | Suzy Lee | T. Jansson | T. Trojanowski | U. Stark | V. Howie | W. Holzwarth | W.Widłak | Yvan Pommaux | Z. Orlińska | albumy | atlasy | piosenki | serie | składanki | tradycyjne | varia | Ł. Wierzbicki
RSS
poniedziałek, 10 kwietnia 2006
Moje nie moje

 

  

Wszystko zaczęło się od jajka. Rzec można – ab ovo ;-)))

Jajko było piękne – srebrzyste w złote kwiatuszki. Leżało sobie w lesie, samotne i bezpańskie. Nic więc dziwnego, że wszyscy się do niego na wyprzódki przyznawali i wszyscy chcieli się nim opiekować. Zrobiła się z tego kłótnia na cały las i nie wiadomo, jak by się skończyła, gdyby nie Kangur i jego genialna w swojej prostocie propozycja – „wychowajmy je razem”. Tak się stało i odtąd jajkiem opiekowali się wszyscy po kolei. Było takie piękne - może nawet najpiękniejsze na świecie ? Kiedy wykluło się wreszcie z niego pisklę - chętni do opieki zniknęli. Został tylko Kangur.

To nie była miłość od pierwszego wejrzenia. Pisklę było... nie bójmy sie tego słowa – brzydkie, takie jakieś bure i krzywe. Moja Julka nazwała je Krzywaczek (bo ma wszystko krzywe, Mamusiu). Dlaczego Kangur nie uciekł jak wszyscy ? Nie wiem - może było mu żal biednego i bezradnego maleństwa, a może to była... przyzwoitość (takie trudne i odchodzące w zapomnienie słowo ;-). Z czasem litość przerodziła się w troskliwą czułość, a malec pod jej wpływem wypiękniał i rozszczebiotał się tak, że zachwycał swoim śpiewem wszystkich w lesie. Tych wszystkich, którzy wcześniej odwrócili się od burego, krzywego pisklaka.

Moje nie moje” to opowieść o miłości, która rodzi się z wzajemnej bliskości i powoduje, że nawet najbardziej niepozorne stworzonko rozkwita i pięknieje.

Na urok tej książki składają się: piękno historii, którą opowiada – jej prostota i czytelne przesłanie oraz uroda języka, którym jest napisana (spróbujcie zmienić choć jedno słowo, a od razu odczujecie dysonans), a także - last but not least - niezwykłe ilustracje pani Krystyny Lipki – Sztarbałło.

Jej nazwisko jest już dla mnie swoistym znakiem jakości. Widząc książkę przez Nią ilustrowaną wiem, że mogę spodziewać się tam obrazków niezwykłych, znakomicie oddających nastrój opowieści i zawsze trochę innych, choć jednoznacznie kojarzących się z autorką. Są na tyle dokładne, że bez problemu odróżnimy pawia od perkoza i strusia od bociana ;-), a równocześnie niedopowiedziane w takim stopniu, że pozostawiają pole dla wyobraźni czytelnika. Nie spotkałam się nigdy z książką, w której ilustracje pani Krystyny Lipki – Sztarbałło upiększałyby tekst, który nie byłby tego wart.

 

Wyróżnienie literackie w konkursie Książka Roku IBBY 2004

 

Lilianna Bardijewska „Moje - nie moje”, ilustr. Krystyna Lipka -Sztarbałło, wyd. Ezop Warszawa 2004

czwartek, 06 kwietnia 2006
O małym krecie, który chciał wiedzieć, kto mu narobił na głowę

  

Taki malutki kret, a tyle zamieszania narobił ... :-)))

Nie przypominam sobie książeczki dla dzieci, która wzbudziła by tyle kontrowersji wśród rodziców i wywołała taki zamęt w mediach. Doczekała się kilku bardzo krytycznych artykułów w prasie i programu w telewizji. Burza przeszła też przez internetowe fora dla rodziców – obok słów zachwytu padały tam sformułowania o obrzydzeniu i pragnieniu umycia rąk po jej przejrzeniu.

Wszystko to razem – moim zdaniem – wiele hałasu o nic. Mała książeczka dla małych dzieci - można ją przeczytać, ale nie jest to lektura obowiązkowa.

My, dorośli mamy głęboko zakodowane przekonanie, że fizjologia stanowi temat tabu. Jest jednak w życiu dziecka taki okres, kiedy niemal cały jego świat kreci się właśnie wokół kupy i wtedy to, co maluch zrobi, jest przez dorosłych poddawane gruntownej analizie (i jakoś nie jest to tabu ;-))), a to – gdzie zrobi, staje się tematem akcji wychowawczej pod kryptonimem „NOCNIK”. Równocześnie jest to czas bardzo intensywnego poznawania świata, także od d... strony (że pozwolę sobie użyć popularnego ostatnio kolokwializmu ;-). My dorośli nie obdarzamy szczególną uwagą psich kup czy krowich placków (dopóki nie wdepniemy ;-) - dla malucha jest to rzecz tak samo intrygująca jak kwiatek czy samochód. Właśnie dla dzieci na tym etapie przeznaczona jest książeczka „o krecie z kupą”.

Przyzwyczajeni jesteśmy do książek dla dzieci, w których morał jest ewidentny i przekazany wprost. Ta jest inna - pozostawia dorosłym wybór tematu, na jaki będziemy w związku z nią rozmawiali z dzieckiem.

Paradoksalnie - rozmowa o krecie z kupą na głowie może nas doprowadzić do konkluzji, że w przeciwieństwie do wszystkich wymienianych tam zwierząt, człowiek NIE ROBI tego publicznie i gdzie popadnie (można też przy tej okazji wyjaśnić konieczność sprzątania po własnym psie).

Sporo kontrowersji wzbudziło zakończenie tej historii - podobno uczy dzieci zemsty. Moim zdaniem proporcja między rozmiarem głowy psa a dziełem kreta spuszczonym na nią nakazuje wziąć ową zemstę w potężny cudzysłów. Warto jednak przy tej okazji zastanowić się z dzieckiem nad słusznością postępowania kreta – przecież pies nie działał złośliwie, nie narobił mu na głowę specjalnie. Ot, przypadek – pies robił (bo akurat miał taką potrzebę) tam, gdzie go ta potrzeba dopadła, a kret pechowo wystawił łepek właśnie w tym momencie i miejscu.

Jestem w stanie zrozumieć zaskoczenie dorosłych, że ktoś mógł napisać książkę na taki temat. Dziwi mnie natomiast zdziwienie osób, które nabyły ją, nie wiedząc, o czym jest. „O małym krecie...” to książka, która już dzięki tytułowi i obrazkowi na okładce, nie pozostawia wątpliwości co do swojej zawartości. Ilustracje w środku są hiperrealistyczne, a rozmiar całości pozwala na przejrzenie jej w pół minuty (dokładna lektura zajmuje minut... może trzy). Należy po prostu nieco uważniej oglądać książki, zanim się je kupi swoim dzieciom – można wtedy uniknąć dużo poważniejszych zaskoczeń, przy których kret i to, co ma on na głowie, to naprawdę drobiazg. Na przykład kamasutra dla przedszkolaków w pewnej  bardzo chwalonej książeczce, która na pierwszy rzut oka wygląda, jakby była dla trzylatków...


Werner Holzwarth / Wolf Erlbruch „O małym krecie, który chciał wiedzieć, kto mu narobił na głowę”, przekł.: Łukasz Żebrowski, wyd.: Hokus-Pokus, Warszawa 2005

poniedziałek, 03 kwietnia 2006
Amor z ulicy Rozkosznej

 

  

Co takiego jest w tej książce (poza wpadającym w ucho i wiele obiecującym tytułem ;-), że podoba się wszystkim, którzy ją czytali – i dorosłym i dzieciom ? Im bardziej się nad tym zastanawiam, tym bardziej nie wiem.

Każda próba streszczenia odbiera jej cały urok i może raczej zniechęcić niż zachęcić do czytania. Tytułowy bohater to zwykły dziesięciolatek, którego spośród rówieśników wyróżnia jedynie oryginalne imię i posiadanie rodziców będących nadzwyczaj roztargnionymi naukowcami. Ów chłopiec okazuje się być jedyną na świecie osobą ( oczekiwaną w dodatku od 777 lat) , która może rozstrzygnąć bratobójczą wojnę dwóch smoczych duchów, toczącą się w domu nabytym przez jego rodziców. W walce tej chodzi o uratowanie świata baśni przed całkowitą zagładą. Niebagatelną rolę ma tu również do odegrania stary fortepian, czekający na to w rodzinie od kilku pokoleń - w kulminacyjnym momencie skradziony przez złodziei półgłówków.

No i jak ? Brzmi trochę dziwnie – prawda ? A jednak wszyscy którzy ją czytali (nastolatki młodsze i starsze, ich rodzice oraz młodsze rodzeństwo) twierdzili, że czyta się świetnie.

Zosia dostała “Amora” na 9 urodziny z osobistą dedykacją autorki i... stało się coś niezwykłego. Moja dyslektyczka, wyjątkowo oporna jeśli chodzi o samodzielne czytanie, przełamała się. Nie, nie przeczytała sama całości – to już dałoby się zaliczyć do kategorii cudów mniemanych, ale z własnej woli czytała (na plaży !!!) więcej niż przewidywała umowa. Zapytana o ulubioną książkę po pół roku bez wahania wymienia właśnie ją.

Co więc jest takiego w tej powieści, że się podoba ? Może to, że jej bohaterami są normalne dzieci, z którymi każdy czytelnik może się utożsamić i pomarzyć sobie, że to właśnie on przyjaźni się ze smokiem ? Amor i jego przyjaciółka Kunegunda nie są obdarzeni żadnymi niezwykłymi zdolnościami. Rozwiązują zagadki, z którymi nie radzą sobie dorośli, wyłącznie dzięki uważnej obserwacji i logicznemu myśleniu (wspomaganemu przez grafy).

Oboje mają też fajnych rodziców, a stosunki w ich domach oparte są na miłości i zaufaniu. W tych rodzinach dzieci i rodzice lubią się nawzajem – niby tak niewiele, a jak wiele to znaczy... Wielu spośród czytelników mając do wyboru przyjaźń ze smokiem lub z rodzicami wybrałaby rodziców. Amor i Kuna mają i jedno i drugie.

Amor podziwia swoich rodziców za ich pasję i zaangażowanie w dziedziny, którymi się zajmują. Równocześnie zdaje sobie sprawę z tego, że często nie dają sobie rady z codziennością i czasami to on musi być doroślejszy od nich. Po prostu akceptuje ich takimi, jacy są, a oni też nie uprawiają tak popularnego wśród rodziców moralizatorstwa, nie porównują go z innymi (oczywiście idealnymi) dziećmi. Po przeprowadzce do nowego domu chłopiec dowiaduje się jeszcze, że życie rodziców zależy od tego, czy on wykona swoją misję. Obciążony dodatkowo tą odpowiedzialnością stara się ich chronić, aby nie dowiedzieli się, co im zagraża.

Może tajemnica tej książki tkwi w sprawności warsztatowej autorki ? "Amor z ulicy Rozkosznej” to powieść dobrze napisana i to napisana wartkim, potoczystym językiem. Akcja rozwija się równomiernie, nie ma dłużyzn czy fragmentów “przegadanych”. Rozdziały są krótkie, a każdy przynosi coś nowego i istotnego – wyjaśnienie jakiejś tajemnicy lub kolejną zagadkę. Na wszystkie pytania znajdują się odpowiedzi – no, może nie na wszystkie, ale coś musiało zostać dla następnego tomu.

Poprosiłam o pomoc Zosię i oto, co napisała: Ta książka podoba mi się dlatego, bo jest przygodowa i ciekawa, ale też opowiada o przyjaźni chłopca o imieniu Amor i smoka Wiltora .Najbardziej podobała mi się koleżanka Amora ,Kuna {Kunegunda}. Jest ona miłą i koleżeńską dziewczynką. Kuna i jej rodzice już od roku oczekują bociana i przygotowali dla niego gniazdo. Polecam tę książkę tym osobom ,które lubią opowieści przygodowe. Ona naprawdę wciąga. Na koniec do gniazda w ogrodzie Kuny przyleciał bocian , lecz to był Pływalec {drugi smok} i Wiltor wszystko wyjaśnił. Super książka !!!”

Tyle Zosia... a ja nadal nie wiem, na czym polega fenomen “Amora”. Wiem tylko, że z przyjemnością przeczytałyśmy drugi tom -“Amor i porywacze duchów”, który ma wszystkie zalety pierwszego. Teraz czekamy na trzeci - „Amor i diabelski młyn”. Może tak naprawdę w skrytości ducha marzę, aby i w naszej łazience zamieszkał miły smok...


Liliana Fabisińska “Amor z ulicy Rozkosznej” , wyd.: WAB, Warszawa 2005


piątek, 31 marca 2006
Tajne zapiski Wandy
 

oraz dwie następne części - to najnowsze odkrycie Zosi.

Od kilku dni moja córka CZYTA – w tej chwili już trzeci (i niestety ostatni) tom. Nie są one specjalnie grube - te tomy, ale satysfakcja mojej opornej dyslektyczki z faktu przeczytania KSIĄŻKI (a tym bardziej trzech !!!) jest nie do przecenienia.

Dlaczego właśnie Wanda ? To nie jest literatura najwyższych lotów - nie spodziewajcie się po tych książkach głębszych przeżyć czy filozoficznych przemyśleń. Co jest w nich fajnego ?

Po pierwsze: forma - czytanie cudzego pamiętnika ma zawsze urok odkrywania tajemnic szczelnie ukrytych przed światem. Zapiski Wandy obfitują w dopiski, komentarze i zabawne rysuneczki, więc czyta się je przyjemniej niż zwykłe opowiadanie.

Po drugie: język – żywy i współczesny, momentami aż do przesady. Nie znoszę określenia „laska”, ale niestety weszło już na stałe do języka potocznego i zatraciło swoje pierwotne pejoratywne znaczenie. Tak się mówi i już. Pamiętnik Wandy charakteryzuje ponadto twórcze podejście do języka widoczne juz w podtytule „Nie dla SIĘZGŁASZACZY i nosodłubków”.

Po trzecie: treść – właściwie nic szczególnego, żadnej magii i sił nadprzyrodzonych. Ot, codzienne życie zwykłej, trochę może postrzelonej dziesięciolatki, jej perypetie domowe i szkolne. Rodzice Wandy są rozwiedzeni – ona mieszka z Mamą, nieco zwariowaną artystką – fotografikiem (fotograficzką ???) i odwiedza Tatę i jego nową towarzyszkę Ingę – nawiedzoną ekolożkę. Mama przygotowuje wystawę swoich zdjęć i jest z tym mnóstwo zamieszania. Ulubieni sąsiedzi wyprowadzają się razem z najwspanialszym psem świata - Rozczochmeierem, a na ich miejsce wprowadza się wraz z rodziną najbardziej znienawidzony przez Wandę kujon klasowy. Codzienne problemy szkolne (matematyka, brr !!!), kłótnie z przyjaciółką, radości i smutki - zrozumiałe dla każdego rówieśnika bohaterki, który w jej perypetiach może odnaleźć kawałek swojego życia.

Coś dla siebie znalazła tam też Zosia. Mam tylko nadzieję, że nie przyjdzie jej do głowy, żeby wzorem Wandy podłożyć nielubianym sąsiadom zdechłą rybę pod kanapę albo końskie g... do skrzynki na listy, mimo, że tam wszystko skończyło się dobrze ;-)))


Dagmar Geisler „Tajne zapiski Wandy”, przekł.: Ryszard Turczyn, wyd.: Nasza Księgarnia Warszawa 2005


oraz

Dagmar Geisler „Wanda – ściśle tajne”, przekł.: Ryszard Turczyn, wyd.: Nasza Księgarnia Warszawa 2005

Dagmar Geisler „Wanda i antydziewczyńska banda”, przekł.: Ryszard Turczyn, wyd.: Nasza Księgarnia Warszawa 2005


wtorek, 28 marca 2006
Przygody Wiercipiętka

 

Parę lat temu, kiedy moje starsze córki były jeszcze w wieku przedprzedszkolnym, Telewizyjna Jedynka nadawała bardzo sympatyczny program dla 3-4-latków - “Mama i ja”. Dobrze w domu być z Mamą, i wieczorem i rano...” - pamiętacie może ??? Kto nie oglądał, niech żałuje.

W tym programie miły, nieco gapciowaty Miś i przekorna, rudowłosa lalka Margolcia “dziwili się światu” tak, jak to potafią tylko kilkuletnie dzieci. Słuchali bajeczek, uczyli się piosenek i przekomarzali się zupełnie tak samo, jak moje córeczki. Ze wszystkich opowiadanych tam historyjek (a były różne - o kredkach, szczotkach, zwierzątkach), najbardziej lubiłyśmy te o rodzinie dziwnych Wiercistworków z ogonkami.

Niestety komuś to przeszkadzało :-( Do roboty wzięli się telewizyjni ulepszacze i wszystko poszło zgodnie z zasadą, że lepsze jest wrogiem dobrego. Kiedy najmłodsza z moich córek dorosła do tego wieku, Misia i Margolcię zastąpiła już Jedyneczka. Wtedy, jak na zamówienie, pojawiła się książka o Wiercipiętku i jego rodzinie.

Rodzina składa się z rodziców: Wiercimamy i Wiercitaty oraz trójki dzieci: Wiercipiętka, Wierciłapki i Wiercinoska. Żyją sobie w domku na skraju lasu, przyjaźniąc się z Wiewiórką i Zającem. Ich życie jest bardzo podobne do naszego - obchodzą urodziny, szykuja niespodzianki na Dzień Mamy i Dzień Dziecka, ubierają choinkę. Dzieci czasem sie kłócą, czasem bywają niegrzeczne, ale wszyscy bardzo się kochają.

Wiercipiętek wędruje ze swoimi przyjaciółmi po lesie i poznaje jego mieszkańców. Razem z nim dowiadujemy się: które z ptaków odlatują na zimę, kto nosi podkowy i kto w lesie jest naprawdę mały.

Kiedy Wiercipietek obraża się na swoją rodzinę i postanawia się wyprowadzić z domu, przymierza się kolejno do domków różnych zwierzaków. Dzięki temu czytelnicy poznają nie tylko różnice między mieszkaniem sroki i zająca, ale również prawdę najważniejszą - że mimo wszystko najlepiej jest we własnym domu.

Historyjkom towarzyszą bardzo sympatyczne ilustracje pani Magdy Jasny - te same, które ilustrowały te opowieści w telewizji. Proste, bez udziwnień, wesołe - w sam raz dla kilkuletnich czytelników.

Znakomita książka dla małych wiercipiętków, którzy podobnie jak tytułowy bohater z ciekawością poznają świat - czyli (tak samo jak program) dla 3-4-latków.


P.S. Inne bajeczki z tego programu zostały wydane w zbiorze “Bajki Misia i Margolci” (wyd. Publicat S.A., Poznań 2003, seria: “Biblioteczka ”Mamo to ja”).


Mateusz Galica “Przygody Wiercipiętka”, il. Magdalena Jasny, wyd. Egmont Warszawa 2003


sobota, 25 marca 2006
Ronja córka zbójnika

  

Nie znałam Ronji w dzieciństwie, bo kiedy ja byłam dzieckiem, jej nie było jeszcze na świecie. Gdy ukazał się polski przekład tej książki, byłam już studentką. Pamiętam jednak dokładnie pierwsze z nią spotkanie. Było lato, żeglowaliśmy po Mazurach i wieczorami słuchaliśmy przez radio audycji dla dzieci, w której ktoś (chyba Krzysztof Gosztyła, ale nie jestem pewna) czytał właśnie tę książkę. Robił to wspaniale. Nie było z nami na łódce dzieci, a jednak nie opuściliśmy żadnego odcinka.

Czytałam ją potem kilkakrotnie moim córkom i zawsze chętnie wracałam z nimi do Lasu Mattisa, jego bujnej przyrody i mieszkańców – rozmaitych zwierząt oraz fantastycznych stworzeń – zabawnych, głupiutkich Pupiszonków, groźnych, pięknych Wietrzydeł, ponurych Szaruchów i tajemniczych Mgłowców.

Historia przyjaźni Ronji i Birka - dwójki dzieci samotnych w świecie dorosłych, na pierwszy rzut oka zdaje się być dziecięcą wersją Romea i Julii. Ich ojcowie są hersztami zwalczających się zbójnickich band i zamieszkują dwie części zamku, oddzielone Diabelską Czeluścią - przepaścią równie głęboką jak nienawiść, która od pokoleń łączy rody Mattisa i Borki. W tej opowieści nie ma uczuć letnich i obojętności – namiętności kipią i miotają bohaterami od miłości do nienawiści. Również okoliczności przyrody - albo budzą zachwyt taki, że trzeba krzyczeć z radości, albo przerażają śmiertelnie.

Dziecko czytające tę książkę pierwszy raz znajdzie w niej trochę scen rodzajowych „z życia rozbójników" oraz przygody dwójki swoich rówieśników, którzy próbują samodzielnego życie w lesie. Znajdzie też ich przyjaźń – trudną, bo wbrew dorosłym, ale tak silną, że doprowadza do pogodzenia rodów zwaśnionych od pokoleń.

Dla mnie „Ronja córka zbójnika” jest jednak przede wszystkim opowieścią o rodzicach i córce – ich miłości, wzajemnych relacjach oraz o bolesnym procesie dorastania, które polega na odchodzeniu od rodziców i wyborze własnej drogi w życiu.

Mattis, pozornie silny i szorstki, jest bezradny wobec swojej miłości do Ronji od chwili jej narodzin. Kocha ją porywczo i histerycznie. Zachwyca sie wszystkim, co mała robi i panicznie boi się o nią. Ronja dorastając odkrywa stopniowo, że jej ojciec nie jest ideałem, ale nie przeszkadza jej to kochać go ponad wszystko. Jej przyjaźń z Birkiem to dla Mattisa zdrada największa z możliwych i dużo czasu musi upłynąć, żeby to zrozumiał i zaakceptował. Lojalność wobec ojców jest jedyną rzeczą silniejszą od przyjaźni dzieci i stanowi jedyny powód, który może ich rozdzielić. Aby nie musieć dokonywać takich wyborów, decydują się na życie w lesie.

Bardzo lubię w tej książce postać Matki Ronji, mimo że pozostaje w tle. Lovis jest dla mnie uosobieniem siły i mądrości prawdziwej kobiety. Córkę rodzi śpiewając, nigdy nie załamuje rąk i potrafi znaleźć wyjście z każdego problemu. Jej miłość do Ronji (w przeciwieństwie do histerycznej miłości Mattisa) jest mądra i spokojna, jak ona sama. Zawsze wie, czego jej bliscy potrzebują – kiedy trzeba zostawić ich w spokoju, kiedy pomóc, a kiedy - przytulić i zaśpiewać Pieśń Wilków. Mimo że w tej historii kobiety występują w zdecydowanej mniejszości, to one właśnie organizują i porządkują świat. Widać wyraźnie, że bez nich cały ten tłum mężczyzn nie poradziłby sobie, nie przetrwałby nawet jednej zimy. Choć wydają się silni i robią mnóstwo zamieszania, w rzeczywistości są słabi i bezradni wobec normalnego biegu życia i jego nieuchronnego końca.

Astrid Lindgren znana jest powszechnie jako autorka beztroskich powieści dla młodszych dzieci - „Dzieci z Bullerbyn” czy „Pippi Pończoszanki”. Dlatego spotykam sie czasem z propozycjami, aby i „Ronję” czytać kilkulatkom. Tymczasem taki maluch będzie w stanie zrozumieć tylko niewielką część jej treści, może za to się przestraszyć (Zosia, która przysłuchiwała się, kiedy czytałam Ani, bardzo bała się Wietrzydeł). Jest to trochę tak, jakby zlizywać z tortu samą polewę - smakuje, ale pełnię smaku poczuje sie dopiero jedząc całość. Nie warto się spieszyć - lepiej poczekać z lekturą tej książki do wieku, w którym można już ją przeczytać samodzielnie i przeżyć do końca.


Astrid Lindgren “Ronja córka zbójnika”, przekł. Anna Węglińska, ilustr. Ilon Wikland, wyd. Nasza Księgarnia 1985 (I. Wyd)


czwartek, 23 marca 2006
Ja też chcę mieć rodzeństwo

 

  

Kiedy urodziłam Zosię, pierwszą moja myślą na widok starszej, trzyletniej Ani było: Ona chyba urosła. Nie było mnie w domu tylko jeden dzień - kontrast z noworodkiem sprawił, że wydała mi się dużo większa niż rano. Od tego dnia zawsze już miała być większa i starsza, choć nadal przecież miała tylko trzy lata.

Przepoczwarzenie się jedynaka w starszego brata (lub siostrę) to jedno z najtrudniejszych zadań jakie czekają pierworodnego w dzieciństwie. Narodziny drugiego dziecka, na które rodzice czekają z radością - dla niego oznaczają rewolucję i wywrócenie “do góry nogami” całego świata. Nawet jeśli początkowo cieszy go perspektywa posiadania rodzeństwa, nie jest w stanie wyobrazić sobie i bezboleśnie zaakceptować wszystkich zmian. Przychodzi mu to tym trudniej, im dłużej był jedynakiem.

Staraliśmy się przygotować Anię do tego jak najlepiej – często rozmawialiśmy z nią o Maluszku, który na razie jest w brzuszku mamusi, ale niedługo wyjdzie stamtąd i będzie spał w łóżeczku i jeździł wózkiem. Oglądałyśmy zdjęcia z czasu, kiedy to ona była w brzuszku i późniejsze, kiedy już się urodziła i była malutka. Po wielu tygodniach takich rozmów, na parę dni przed narodzinami Zosi Ania zaskoczyła mnie pytaniem: Mamusiu, czy kiedy będą święta i przyjdzie do nas Święty Mikołaj, to Maluszek jeszcze z nami będzie ? Nie umiała mi powiedzieć, co miało by się z nim stać - chyba po prostu zbyt wiele mówiliśmy o tym, że się urodzi, a zbyt mało o tym, że będzie już zawsze.

Peterowi, bohaterowi książki “Ja też chcę mieć rodzeństwo”, również rodzi się siostrzyczka - Lena. Peter wprawdzie chciał mieć rodzeństwo, ale Lena, która nie umie ani mówić, ani chodzić, potrafi tylko krzyczeć, nie jest tym, o czym marzył. W dodatku wydaje się, że rodzice kochają ją bardziej niż Petera. W tej sytuacji lepiej chyba byłoby ją sprzedać i kupić rower. Tylko czy ktoś ją kupi ?

Ta książka bardzo nam pomogła w tym pierwszym okresie. Słuchając o złości i żalu Petera, Ania zaczęła rozumieć własną złość i żal, a mnie łatwiej było z nią o tym rozmawiać. Nie spotkałam drugiej książki, która w tak prosty i zrozumiały dla kilkulatka sposób opowiadałaby o tych problemach. Autorka doskonale rozumie małego Petera i nie oczekuje od czytelników surowego potępienia dla jego niegrzecznych zachowań - nawet wtedy, gdy tłucze on dzbanuszek czy uderza malutką siostrzyczkę. Opowiada o tym, jak o czymś najzupełniej zrozumiałym, co przychodzi i z czego się wyrasta.

Historie o Peterze i Lenie (jest jeszcze druga część  ”Ja też chcę chodzić do szkoły”) miały w Polsce tylko jedno wydanie – w 1992 roku. Inne książki tej autorki są nieustannie wznawiane. Ta nie – choć jest poszukiwana, chwalona, a nieliczne egzemplarze, które trafiają na Allegro, osiągają niebotyczne ceny. Polityka wydawnicza monopolisty w książkach Astrid Lindgren w Polsce czyli “Naszej Księgarni” nie przestaje mnie zadziwiać.

Nie jest to książka tylko dla jedynaków spodziewających się rodzeństwa. Bardzo lubiły ją również moje młodsze córki w wieku 3-5 lat, mimo, że problem ich bezpośrednio nie dotyczył.


Astrid Lindgren “Ja też chcę mieć rodzeństwo”, ilustr. Ilon Wikland, wyd.: “Nasza Księgarnia”, Warszawa 1992

wtorek, 21 marca 2006
Pafnucy

 

  

Pafnucy był kolejnym z serii ukochanych książkowych misiów mojej najstarszej córki Ani. Pierwszym był Miś Borys z czteroczęściowej serii “z kokardką”. Miała wtedy dwa latka - każde czytanie kończyło się prośbą - rozkazem: “Jeście Boisie”, a na dźwięk tego imienia wszyscy potencjalni lektorzy czmychali jak najdalej.

Po nim nastali jeszcze  Miś Uszatek i Kubuś Puchatek, których chyba nie trzeba nikomu przedstawiać, oraz przebój kolejnych wakacji – Pafnucy właśnie.

Pierwszą historię o nim kupiłam, kiedy Ania miała cztery lata i bardzo jej się spodobała. To była taka przedziwna książeczka z grzbietem z metalowych kółek – jak kołonotatnik. Nigdy potem nie widziałam tak wydanej książki – i dobrze, bo miała bardzo krótki żywot. Wkrótce znalazłam kompletne wydanie wszystkich opowieści, które (podobno) pani Chmielewska pisała dla swojej wnuczki w Kanadzie i nie wahałam się ani chwili. Pod znakiem Pafnucego upłynął nam prawie cały deszczowy lipiec (bagatela - 366 stron dużego formatu !), a kiedy wreszcie skończyłyśmy, Ania wybuchnęła płaczem. Jak to - Pafnucy i Balbina będą mieli dzieci , a my nie będziemy wiedzieć co się z nimi stało ? Koniecznie musimy poprosić tę panią, żeby napisała dalszy ciąg.

W zeszłym roku spełniło się marzenie mojej córki i ukazał się drugi tom - “Las Pafnucego”. Kolejny lipiec spędziłyśmy z rodziną sympatycznych misiów, która powiększyła się o Kacperka i Monikę. Czy w tej sytuacji ktoś jeszcze ma wątpliwości, jak ma na imię miś mojej córki ? Ania ma dziś prawie 13 lat, ale Pafnucy nadal rezyduje na jej łóżku.

Ta książka niewiele ma wspólnego z leśną rzeczywistością. Konia z rzędem temu, kto znajdzie wydrę gotową oddawać złowione ryby niedźwiedziowi, który w zamian za to znosi jej ploteczki z całego lasu (choć czasem mówi z pełnym pyskiem i trudno go zrozumieć).

Prawdą natomiast jest (i to zostaje w pamięci dziecka po lekturze tej książki), że największe zagrożenia dla mieszkańców lasu wiążą się z człowiekiem. Ludzie śmiecą, hałasują, zatruwają wodę i zwierzęta nie mają żadnej możliwości, aby się przed tym obronić. Te prawdziwe oczywiście – bo w lesie Pafnucego wszystko jest możliwe. Nawet zmiana biegu rzeczki, aby uniemożliwić ludziom mycie w niej samochodów. Jest możliwe przede wszystkim dzięki współpracy wszystkich mieszkańców lasu (wspomaganych przez zwierzęta wiejskie). Okazuje się, że każde, nawet najmniejsze leśne stworzonko może się do tego przyczynić, bo każde ma jakąś przydatną umiejętność.

Są też wśród ludzi nieliczni przyjaciele. Do nich należy leśniczy – uratowany przed niechybną śmiercią z wyziębienia dzięki solidarnej współpracy kolektywu leśnego z inwentarzem wiejskim. Nawet wiewiórka miała szansę wykazania się przy pomocy orzeszka ;-)

Z tej książki dzieci wynoszą świadomość, że w lesie tak naprawdę jesteśmy nieproszonymi gośćmi, których obecność przyprawia gospodarzy o palpitacje, a każdy pozostawiony tam śmietek (nawet nieduży kapsel czy torebka foliowa) może zrobić komuś ogromną krzywdę.

Pierwsze wydanie (to ukochane przez moja córkę) miało skromne czarno-białe ilustracje wyraźnie inspirowane kreską Sheparda. Niedawnemu wydaniu obu tomów towarzyszą liczne kolorowe obrazki, co sprawia, że książki są atrakcyjniejsze dla dzieci.

Większość dorosłych, którzy zetknęli się z Pafnucym twierdzi wprawdzie, że wadą tej książki jest (typowy dla Joanny Chmielewskiej) nadmiar słów, ale Ani ta kwiecistość stylu nie przeszkadzała.

Moja córka była przypadkiem nietypowym - niewielu znam czterolatków o takiej wytrzymałości, dlatego proponowałabym tę książkę dzieciom w okolicach zerówki.

Joanna Chmielewska “Pafnucy”, ilustr. Michał Slezkin, wyd. Polski Dom Wydawniczy, Warszawa 1994

Joanna Chmielewska “Pafnucy”, ilustr. Włodzimierz Kukliński, wyd. Kobra Media Warszawa 2001

niedziela, 19 marca 2006
Wierzbowa 13

  

Przy ulicy Wierzbowej stoi sobie blok – pozornie całkiem zwyczajny, taki, jakich wiele dookoła nas. Normalne ponure korytarze z pobazgranymi ścianami, normalna skrzypiąca winda, śmierdzący zsyp i lokatorzy też wydawałoby się zupełnie przeciętni. Od innych bloków odróżnia go tylko to, że oprócz zwykłych ludzi mieszkają w nim najrozmaitsze Straszydlaki rodem z odchodzących w zapomnienie podań ludowych – strzygi, nocnice, rusałki, wilkołak, bazyliszek.

Straszydlaki, tak jak w starej ludowej piosence: dobrym ludziom pomagają, a złym ludziom narobią szkody.Czasem trzymają się ich głupie żarty – nastraszą listonosza albo zaplotą w nocy warkoczyki wszystkim i na czym tylko się da. Z miłymi i sympatycznymi mieszkańcami potrafią się zaprzyjaźnić, a nawet uznać ich nieprzyjaciół za swoich. To za ich sprawą w terroryzującej sąsiadów nauczycielce matematyki Immogenie Gębockiej zachodzi przemiana i porzuca ona matematykę (oraz gnębienie uczniów) na rzecz Sztuki.

Dawniej na miejscu bloku była wieś i tam Straszydlaki były u siebie. Żyły sobie w opowieściach snutych podczas darcia pierza i opowiadanych dla zabicia czasu w długie zimowe wieczory. Dzisiejsze dzieci nie znają już tych historii przekazywanych z pokolenia na pokolenie – one oglądają dobranocki albo słuchają trzydziestej trzeciej uwspółcześnionej wersji bajki o Czerwonym Kapturku. Znikają też z ich świadomości magiczne miejsca, gdzie żyli bohaterowie starych podań – rosochate wierzby na rozstajach dróg, zagracone strychy, kominy i studnie.

W czasach kaloryferów, wind i zsypów na śmieci Starszydlaki musiały znaleźć sobie inne miejsce do życia. Okazało się, że w bloku na Wierzbowej mogą się zadomowić równie dobrze jak w wiosce Wierzbowo, która była wcześniej w tym miejscu. Diabeł wietrzny przekwalifikował sie na Windziora i opowiada dzieciom bajki dostosowane do blokowych realiów. Rusałki kapią się tam w pralkach a Dytko pod nieobecność lokatorów wydzwania do Zegarynki, bo się w niej zakochał.

Kiedy moja Ania chodziła do zerówki, właśnie ta książka była naszym dyżurnym prezentem urodzinowym dla dzieci z jej grupy. Przedszkole mieściło się na ponurym blokowisku – później dowiedziałam się, że mieszkała tam też Danuta Wawiłow (być może także z córką – Natalią Usenko), a więc tamtejsze bloki były zapewne pierwowzorem Wierzbowej.

Moje córki nigdy nie zaznały życia w bloku, ja – owszem. Pamiętam strach, jakim napawało mnie zejście do piwnicy i obawę, że coś wyskoczy na mnie ze zsypu. Dziewczyny znają bloki tylko z wizyt u dziadków i kolegów. Początkowo bały się jazdy jęczącą i skrzypiącą windą, ale po przeczytaniu “Wierzbowej 13” zaczęły każdy jej zgrzyt witać niemal jak pozdrowienie od Windziora.

Ta książka pomaga oswoić smutną blokową rzeczywistość, także dzięki wesołym ilustracjom Pawła Pawlaka. Nowsze wydanie “Naszej Księgarni” ma już inne obrazki, jednak robią takie wrażenie, jakby ich autor zapatrzył się na tamte. Jeśli można wybierać - my wolimy “Wierzbową 13” w wersji wydawnictwa “Plac Słoneczny 4”, ale także ta z obrazkami Żejmy warta jest przeczytania nie tylko przez dzieci z bloków.

Świat rusałek, utopców i innych Straszydlaków odchodzi powoli w zapomnienie. W kulturze masowej globalnej wioski nie ma już dla nich miejsca.


Danuta Wawiłow, Natalia Usenko “Wierzbowa 13”, ilustr.: Paweł Pawlak, wyd. Plac Słoneczny 4, Warszawa 1996

Danuta Wawiłow, Natalia Usenko “Wierzbowa 13”, ilustr. Żejmo, wyd. Nasza Księgarnia Warszawa 2004

  

piątek, 17 marca 2006
Walizka Hany

  

W podręczniku do historii dla klasy szóstej, z którego uczy się moja córka, temat Holokaustu zajmuje pół strony (plus trzy malutkie zdjęcia). Można tam przeczytać między innymi, że hitlerowcy “wybudowali na ziemiach polskich obozy zagłady i tam zwozili Żydów z całej Europy. Większość z nich, kilka milionów osób, zginęła w komorach gazowych.” *  Suche fakty. Kilka milionów - to znaczy ile ? Trzy, cztery a może pięć ? Parę tysięcy mniej czy więcej – jakie to ma znaczenie ? Niewyobrażalny, anonimowy tłum bez twarzy, któremu trudno współczuć.

Walizka Hany" to książka opisująca autentyczne losy żydowskiej dziewczynki z Czech. Szczęśliwe, spokojne i pełne miłości dzieciństwo przed wojną oraz koszmar późniejszych wydarzeń zakończonych zamknięciem się drzwi komory gazowej. Jest to równocześnie współczesna opowieść o swoistym śledztwie, jakie na temat Hany Brady przeprowadziła Fumiko Ishioka – dyrektor Tokijskiego Edukacyjno – Badawczego Centrum Historii Holokaustu. Placówka ta powstała, aby wśród młodych Japończyków szerzyć wiedzę o tych wydarzeniach, które miały miejsce w czasie, gdy Japonia była sojusznikiem hitlerowskich Niemiec.

Na początku była tylko otrzymana z Muzeum w Oświęcimiu walizka, z którą Hana przyjechała do obozu. Oprócz imienia, nazwiska i daty urodzenia było tam jedynie niemieckie słowo Weisenkind (sierota). Dzieci odwiedzające Centrum chciały dowiedzieć się, kim była Hana i co się z nią stało. Fumiko Ishioka rozpoczęła poszukiwania, które doprowadziły ją do Theresienstadt czyli Teresina w Czechach i do Oświęcimia. Udało jej się odnaleźć w Kanadzie brata Hany – Georga, jedynego z rodziny, któremu udało się przeżyć.

Historia Hany to opowieść o tym, co wojna zrobiła z życiem zwykłej dziewczynki. Dziewczynka ta z dnia na dzień przestała być zwykła, a stała się szczególna, bo razem z bratem byli w swoim małym miasteczku jedynymi dziećmi żydowskimi. Byli więc zarazem jedynymi dziećmi, którym nie wolno było chodzić do szkoły, kina czy parku. Odebrano jej też ukochaną jazdę na łyżwach i była to pierwsza z wielu rzeczy, które straciła.

Następnie ta dziewczynka została naznaczona, bo jako jedyna spośród koleżanek musiała nosić opaskę z Gwiazdą Dawida.

Najpierw straciła koleżanki i całe swoje dotychczasowe życie, a potem Mamę, Tatę i brata. Została sama – we “wzorcowym” getcie w Theresienstadt, samotna wobec głodu, strachu i niepewności dalszego losu. Do obozu w Auschwitz jechała z nadzieją, że spotka tam najbliższych. Niestety, nie było jej to dane. W trzy miesiące po jej śmierci obóz został wyzwolony, ale doczekał tego już tylko jej brat.

Jest w tej opowieści dużo smutku, ale jest też nadzieja, że mimo wszystko uda jej się przeżyć - nadzieja, która towarzyszyła Hanie do końca. Nie ma tam natomiast koszmarnych opisów śmierci, głodu, okrucieństwa i ludzkiej podłości, jakich wiele można by przy tej okazji przytoczyć.

Ta książka to próba opowiedzenia o tamtych czasach w sposób zrozumiały dla dzieci... no właśnie – w jakim wieku ? Wydaje mi się, że odpowiedni czas na tę lekturę przychodzi wtedy, gdy dziecko wie już trochę o historii. Wie, że wojny na świecie były i są. Wie, że są wśród ludzi tacy, którzy zdolni są nienawidzić innych za ich odmienność (często urojoną). Wie też, że wojna była również u nas, słyszało co nieco o wojennych losach swojej rodziny.

Kiedy ja byłam w wieku moich córek, ta tematyka była codziennością - stale obecna we wspomnieniach rodziców i dziadków. Filmy i książki wojenne dla dzieci, na których się wychowałam, dziś nie wydają mi się już odpowiednie. Najczęściej pokazują wojnę jako świetną przygodę albo zakłamują fakty historyczne (lub co gorsza - i jedno i drugie).

Walizka Hany” opowiada tylko część prawdy o Holokauście – tę część, która stała się udziałem jednej dziewczynki. Całej prawdy nie da się zawrzeć w jednej książce, nie jest ona również możliwa do udźwignięcia dla dziecka. Myślę jednak, że może to być dobry wstęp do zrozumienia tych spraw, bo dzięki niej choć jedna pozycja na długiej liście ofiar zyskuje twarz i przestaje być anonimowa.

Hana Brady była tylko o trzy dni młodsza od mojej Mamy, Babci moich córek. Kim byłaby, gdyby nie wojna ?


Karen Levine “Walizka Hany. Historia prawdziwa”, przekł. Renata Kopczewska, wyd.: “Media Rodzina” Poznań 2005

*cyt. za: Grzegorz Wojciechowski “Historia i społeczeństwo. Człowiek i jego cywilizacja. Poznaję cię historio !” klasa szósta, wyd. “Nowa Era” Warszawa 2005, s. 145

Archiwum
Tagi
Mały Pokój z Książkami

Wypromuj również swoją stronę