CZYLI O DOBRYCH KSIĄŻKACH DLA DZIECI NIE TYLKO DLA DZIECI
Kategorie: Wszystkie | A. Błotnicka | A. Chachulska | A. Frączek | A. Hest | A. Jaromir | A. Kamiński | A. Mcghee | A. Michaelis | A. Niemierko - Pająk | A. Piwkowska | A. Vestly | A. Znamierowski | A.Bradley | A.D.Mizielińscy | A.Holmberg | A.Lindgren | A.M. Grabowski | A.Onichimowska | A.Provoost | A.Tyszka | B. Cole | B. Gawryluk | B. Kaniewska-Pakuła | B. Leśmian | B. Lindgren | B. Massini | B. Moyeyaert | B. Ostrowicka | B. Rice | B. Wildsmith | B. Wróblewska | C. Beauvais | C. Compton | C. Frabetti | C. Kruusval | C. Wolff-Brandt | C.Funke | C.Rayner | C.Rees | Ch. Bjork | Ch. Dickens | Cz. Janczarski | D. Cali | D. Combrzyńska - Nogala | D. Geisler | D. Gellner | D. Walliams | D. Wawiłow | D.Terakowska | Dr. Seuss | E. Ainsworth | E. Beskow | E. Kozyra - Pawlak (aut.) | E. Piotrowska | E. Susso | E.Carle | E.H.Gombrich | E.Nowak | F. Nilsson | F.H. Burnett | G. Bąkiewicz | G. Gortat | G. Mancomble | G. Ruszewska | G. Whelan | G.Carson Levine | G.Kasdepke | Gro Dahle | H. Ch. Andersen | H. Tullet | Heekyong Kim | I. Angerborn | I. Chmielewska | I. Degórska | I. Desjardins | J. Birdsall | J. Chmielewska | J. Fabicka | J. Frey | J. Mikołajewski | J. Olech (autorka) | J. Picoult | J. Rudniańska | J. Schlansky | J. T. Wieslander | J. Tuwim | J. Wilkoń -autor | J. Wilson | J.P. Lewis | J.Papuzińska | K. DiCamillo | K. Levine | K. Lipka-Sztabałło (autor) | K. Mital | K. Pranić | K.Majgier | K.Siesicka | L. Anderson | L. Anholt | L. Bardijewska | L. Brooke | L. Fabisińska | L. Lowry | L. Olivier | L. Stafford | M. Amelin | M. Brykczyński | M. Ekier | M. Galica | M. Happach | M. Kita | M. Kowaleczko - Szumowska | M. Matlin | M. Miklaszewska | M. Niklewiczowa | M. Oklejak (autorka) | M. Oworuszko | M. Parr | M. Prześluga | M. Rusinek | M. Sasek | M. Skibińska | M. Szczygielski | M. Waltari | M. Widmark | M. Zarębska | M.Gutowska-Adamczyk | M.K.Piekarska | M.Strzałkowska | M.Wollny | Marcel A. Marcel | N. Streatfield | P. Beręsewicz | P. Goes | P. Lindenbaum | P. Maar | P. Pawlak - autor | R. Kipling | R. Kosik | R. Lagercrantz | R. McCormick | R. Mueller | R. Piątkowska | R. Riordan | R.Dahl | R.Jędrzejewska-Wróbel | S. Crossan | S. McBratney | S. Nyhus | S. Scherrer | Shaun Tan | Suzy Lee | T. Jansson | T. Trojanowski | U. Stark | V. Howie | W. Holzwarth | W.Widłak | Z. Orlińska | albumy | atlasy | piosenki | serie | składanki | tradycyjne | varia | Ł. Wierzbicki
RSS
czwartek, 02 kwietnia 2015
Ernest

 

   



Ernest” to książka, która znakomicie wpisuje się w nastrój kończącego się właśnie dnia, choć dla mnie najbardziej priamaaprilisowa była dziś pogoda ;-)

Ernest jest CAŁKIEM sporym łosiem. Jest tak DUŻY, że nie może wejść do środka tej książki.

W jaki sposób sobie poradzi ?

Ernest wykazuje ogromną determinację usiłując zmieścić się w tej książce, ale niezależnie od tego, którą stroną by się nie przymierzał, coś mu do niej nie wchodzi.

A jednak (zdradzę puentę, ale myślę, że target tej książeczki raczej nie czytuje mojego bloga) – UDA się !!! Od czego ma się przyjaciół ?

Ale jak ? Tego już nie powiem ;-)

Ernest” to przeurocza książka o niekonwencjonalnym myśleniu, twórczym podejściu do życia i odwadze w przełamywaniu trudności.

Nie tylko dla najmłodszych ;-)

 

Catherine Rayner (tekst & ilustr.) „Ernest”, przekł.: Anna Gołębiowska, wyd.: EneDueRabe, Gdańsk 2014

 

sobota, 14 marca 2015
Czarna, Klifka i tajemnice z dna morza

 

   

 

Siedział sam w ostatniej ławce pod oknem. Często wyłączał się z lekcji i gapił przez nie. W oddali widac było wypływające w morze statki. Coraz mocniej czuł, że chce znaleźć się na pokładzie któregoś z nich.

Teraz właśnie, w czasie długiej przerwy, obserwował wielki, biały prom z napisem „PRINCESSA”. Statek powoli wychodził w morze. Ivan miał wrażenie, że słyszy buczenie syreny i widzi ludzi machających z górnego pokładu...

Od pierwszych słów tej książki zazdrościłam jej bohaterowi tego, że mieszka w Gdyni i ma na co dzień morze na wyciągnięcie ręki, Choć obawiam się, że ja, mając taki widok z okna klasy, miałabym duże problemy z nauką ;-) Wzdychałam tęsknie towarzysząc mu podczas spaceru z psem po plaży czy kiedy obserwował statki ze szczytu redłowskiego klifu. A gdy w dodatku, dzięki tajemniczemu listowi sprzed lat, w czasie wakacji dotarł na Gotlandię, moja zazdrość niepokojąco wzrosła, bo tę wyspę znam tylko z serialu o Pippi i z serii kryminałów Mari Jungstedt.

Ivan jest Polakiem, a swoje nietypowe imię, które często bywa źródłem problemów, zawdzięcza tacie i jego marzeniom, że wychowa syna na tenisistę - następcę Ivana Lendla, Niestety – te ambitne plany szybko zniweczyła kontuzja barku. Chłopcu pozostało tylko sportowe imię i poczucie, że rozczarował tatę.

Poznaliśmy go w momencie, kiedy jego dotychczasowe życie zawaliło się. Rodzice zdecydowali się na rozwód, a tata wyprowadził się nie tylko z domu, ale także z Trójmiasta. W dodatku sytuacja materialna Ivana i jego mamy pogorszyła się radykalnie, co nie pozostało niezauważone przez jego kolegów.

Czasem czuł, ze tęskni za ojcem, ale najczęściej był na niego wściekły. I na wszystkich, którzy stawali mu na drodze. Okazuje się jednak, że wszystko w życiu jest po coś, a każdy koniec jest zarazem początkiem.

Gdyby tata Ivana nie wyprowadził się z domu, koledzy chłopca nie mieliby powodu, aby mu dokuczać i nie doszłoby między nimi do bójki. Gdyby nie doszło do bójki, Ivan nie trafiłby do schroniska dla psów i w jego życiu nie pojawiłaby się Czarna...

Gdyby tata Ivana nie wyprowadził się z domu, jego mama nie musiałaby przyjąć sublokatora i Ivan nie poznałby Marka, który jest członkiem Błękitnego Patrolu, a wtedy nie wiedziałby, co zrobić ze znalezioną na plaży foczką...

Gdyby...

Próbowałam zrobić listę ważnych tematów, które poruszane są w tej książce i okazało się, że jest ich, jak na jej niezbyt okazałe rozmiary, całkiem dużo. A więc: rozwód, przemoc szkolna, bezpańskie psy i schronisko, foki bałtyckie i fokarium na Helu (to chyba pierwsza polska książka, w której się one pojawiają !), morze i związane z nim niebezpieczeństwa, ale też marzenia o morskich podróżach i legendarny już jacht Zawisza Czarny, szwedzka pomoc dla Polski w trudnych powojennych latach i tajemnica zatonięcia statku Mount Vernon... Uff, to chyba wszystko ;-) Ale mimo to, że tych ważnych rzeczy jest tak wiele, autorce udało się uniknąć publicystyki i historię Ivana, Nikoli, Czarnej i Klifki czyta się z dużą przyjemnością.

 

Barbara Gawryluk „Czarna, Klifka i tajemnice z dna morza”, ilustr.: Magdalena Kozieł – Nowak, wyd.: Literatura, Łódź 2014

 

 

 

wtorek, 17 lutego 2015
Ostatnie przedstawienie panny Esterki

 

Udało mi się wreszcie odwiedzić warszawskie Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN. Pierwsza wizyta pozwala jedynie na ogólną orientację w tym, co można tam zobaczyć, bo tysiąca lat obecności Żydów na ziemiach polskich nie da się ogarnąć w kilka godzin.

Wyszłam stamtąd z zamętem w głowie i postanowieniem, że wrócę niebawem i to nie raz, aby spokojnie pooglądać poszczególne galerie. Tym, co zostało mi w pamięci najmocniej, było oczywiście bajeczne, starannie zrekonstruowane sklepienie synagogi w Gwóźdźcu. Zwróciłam też uwagę na znajdujący się w gablocie obok yad, który przypomniał mi „Pamiętnik Blumki” Iwony Chmielewskiej oraz na pocztówki, które doktor Korczak ofiarowywał swoim wychowankom jako pamiątki i nagrody. W Domu Sierot jeszcze na Krochmalnej, w spokojnym przedwojennym czasie...

Wyszłam z tego muzeum z jeszcze jednym postanowieniem – że opiszę tutaj „Ostatnie przedstawienie panny Esterki”

   

GETTO WARSZAWSKIE. Przy południowym murze, tam, gdzie dziś mieści się teatr Lalka, stał niegdyś stary, czteropiętrowy gmach. Podczas II wojny światowej służył on jako siedziba Domu Sierot, który w tych mrocznych czasach dawał schronienie aż dwustu podopiecznym dr. Korczaka.

O tym, co działo się na ulicach i w domu, co dzieci tam widziały, słyszały i o czym myślały, zanim wczesnym rankiem piątego sierpnia 1942 roku do ich drzwi zapukał Anioł Śmierci, opowie Wam dwoje jego mieszkańców: Pan Doktor i jedna z jego wychowanek, dwunastoletnia Genia...

Ostatnie przedstawienie panny Esterki” to książka, na którą składają się fragmenty pamiętników Janusza Korczaka przeplatające się z napisaną przez Adama Jaromira opowieścią Geni. Dziewczynka opowiada o życiu w Domu Sierot, o innych dzieciach, o ich zajęciach, skarbach, radościach i smutkach. Nie mówi o tym, co działo się poza murami Domu, w getcie – Korczak i jego współpracownicy wkładali wiele wysiłku w to, aby odizolować dzieci od wszystkich koszmarów tam się rozgrywających.

Ilustracje Gabrieli Cichowskiej, niezwykłe kolaże zdjęć, rysunków, gazet, kartek z kalendarza utrzymane są w tonacji szaroburej, bo w takim pozbawionym barw świecie żyli wówczas bohaterowie tej książki. Jedynym żywszym akcentem były przysłane zza muru i troskliwie przez nich podlewane pelargonie.

A tytułowa panna Esterka ?

Estera Winogronówna była wychowawczynią w Domu Sierot, a przed wojną studiowała na wydziale przyrodniczym Uniwersytetu Warszawskiego. Uzdolniona tanecznie, marzyła o balecie, a w Domu opiekowała się zespołem tanecznym i organizowała rozmaite wydarzenia teatralne. Niepokaźna, szczupła, małego wzrostu, bardzo mizernej twarzy , w ogromnych okularach w rogowej oprawie, miała bardzo bujne włosy spadające na ramiona, była zawsze zamyślona i smutna – tak ją zapamiętali przyjaciele, których cytuje Joanna Olczak – Ronikier w swojej książce „Korczak. Próba biografii”.

Ona właśnie zaproponowała, aby dzieci wystawiły „Pocztę” Rabindranatha Tagore i była duszą tego przedstawienia. Korczak zgodził się na ten wybór: Może to właśnie ta bajka zdoła nadać temu życiu jakiś sens i przygotować dzieci, do tej długiej, dalekiej i niebezpiecznej podróży...

Przedstawienie, na które zaproszono wielu gości z zewnątrz, odbyło się 18 lipca 1942 roku, a główną rolę, umierającego hinduskiego chłopca Amala zagrał Abramek. Na zaproszeniu znalazły się słowa poety Władysława Szlengela:

Coś więcej niż tekst – bo nastrój;

Coś więcej niż emocja – bo przeżycie;

Coś więcej niż aktorzy – bo dzieci...

22 lipca rozpoczęła się w getcie wielka akcja likwidacyjna.

5 sierpnia Aniol Śmierci zapukał do drzwi Domu Sierot.

Panny Esterki nie było wtedy z dziećmi – kilka dni wcześniej aresztowano ją w ulicznej łapance i zabrano na Umschlagplatz. Doktorowi Korczakowi nie udało się wywalczyć jej zwolnienia. W swoim pamiętniku zapisał:

Dała nam „Pocztę” na to chwilowe pożegnanie. Jeśli nie wróciła tu i teraz, to spotkamy się później gdzie indziej. Mam pewność, że innym przez ten czas służyć będzie tak, jak dobro dawała i przynosiła pożytek.

 

Adam Jaromir (tekst), Gabriela Cichowska (ilustr.) „Ostatnie przedstawienie panny Esterki. Opowieść z getta warszawskiego”, wyd.: Media Rodzina, Poznań 2014

 

niedziela, 18 stycznia 2015
Siedmiu wspaniałych

 i sześć innych, nie całkiem nieznanych historii 

 

 

Jakiś czas temu pewna moja znajoma wyznała, że wzruszyło ja ogromnie tytułowe opowiadanie z „Siedmiu wspaniałych” Roksany Jędrzejewskiej - Wróbel. Ponieważ znałam ją dotychczas jako osobę raczej nieskorą do wzruszeń, a już na pewno nie do publicznego przyznawania się do nich, natychmiast sięgnęłam po tę książkę, aby sprawdzić, co też takiego ona w sobie ma :-) Tytułowe opowiadanie nie zrobiło na mnie aż takiego wrażenia, ale całość spodobała mi się bardzo.

Moje córki były już wtedy zdecydowanie zbyt posunięte w latach na tę lekturę. Na szczęście w rodzinie pojawiły się kolejne dzieci, które mogłam nią obdarować, kiedy jak na zamówienie ukazało się nowe wydanie z ilustracjami Marianny Oklejak.

   

Księgarnie pełne są teraz baśni w najrozmaitszych wersjach – od kanonicznych (czyli takich jak je Grimmowie czy Andersen napisali) począwszy, przez rozmaite skróty po mniej lub bardziej udane przeróbki, bawiące się ich postaciami i schematami. Roksana Jędrzejewska – Wróbel dokonała zabiegu oryginalnego. Sięgnęła po znanych skądinąd bohaterów, ale umieściła ich w sytuacjach na wskroś współczesnych, takich, jakie na pewno nie mogły im się przydarzyć dawno dawno temu za górami za lasami....

Tamten świat nie miał przecież celebrytów znanych z tego, że są znani. Nie było w nim nachalnych akwizytorów, którzy potrafią wmówić niemal każdemu, że absolutnie i natychmiast potrzebuje czegoś, o istnieniu czego jeszcze wczoraj nie miał pojęcia. O przemocy szkolnej też chyba nikt nie słyszał, a i z rozwodami było trochę inaczej niż teraz.

Mnie najbardziej urzekło pierwsze opowiadanie. W roli Kopciuszka obsadzona w nim została pewna mama, która wcześniej poświęciła całe swoje życie, plany i ambicje wychowaniu córek, natomiast jako złe siostry wystąpiły jej własne dzieci. Historia, która raczej nie mogła się wydarzyć w poprzednich wiekach, poruszyła czułą strunę – może dlatego, że skojarzyła mi się z moim własnym życiem ? Tym bardziej ucieszyło mnie jej szczęśliwe zakończenie :-)

 

Roksana Jędrzejewska – Wróbel „Siedmiu wspaniałych i sześć innych, nie całkiem nieznanych historii”, ilustr.: Joanna Olechnowicz – Czernichowska, wyd.: Bajka, Warszawa 2010

 

Roksana Jędrzejewska – Wróbel „Siedmiu wspaniałych i sześć innych, nie całkiem nieznanych historii”, ilustr.: Marianna Oklejak, wyd.: Bajka, Warszawa 2014

 

niedziela, 11 stycznia 2015
Krakowski rynek dla chłopców i dziewczynek

Co można robić w słoneczny ranek ?

Gonić gołębie ? Jeść obwarzanek ?

Oglądać różne śmieszne pomniki

czy u kwiaciarki kupić goździki ?

 

    

 

Mam nieuleczalny sentyment do Krakowa i krakowskich książek. Wziął się on po części z tego, że jako dziecko uwielbiałam "Abecadło krakowskie" Wandy Chotomskiej.

Nie była to moja pierwsza książka, ale jest pierwszą, którą pamiętam. Znałam ją na pamięć i na niej właśnie nauczyłam się czytać. Dzięki niej nie tylko nauczyłam się alfabetu, ale także poznałam Kraków na długo przedtem, zanim tam pojechałam.

Każdej literze przypisane było jakieś ważne miejsce w Krakowie, a wyznaczały one trasę wędrówki słoneczka po tym mieście. Do dziś pamiętam, co było tam po kolei – od Akademii Sztuk Pięknych do Dzwonu Zygmunta. I pamiętam też kończące je słowa (można w nich poczuć zapomnianego już ducha czasów, w których powstało ;-): Zachwycony Krakowem i uroczą wycieczką, wszystkim padam do nóżek – Obywatel Słoneczko.

  

 

Kiedy już pojechałam i zobaczyłam to wszystko na własne oczy... w pierwszej chwili rozczarowałam się srodze :-( Kraków wczesnych lat siedemdziesiątych w (jakbyśmy dziś powiedzieli) realu nie dorastał do tego z ilustracji Jana Marcina Szancera, szczególnie w mroźną, ale bezśnieżną zimę. Ale czar Krakowa, mimo że wtedy głęboko ukryty, jednak zwyciężył.

I sentyment pozostał – staram się wracać do Krakowa, choćby tylko po to, żeby trochę posiedzieć na Rynku albo pogapić się na witraże Wyspiańskiego w kościele franciszkanów. A że mimo wszystko jestem niepoprawną warszawianką, do naszych rodzinnych rytuałów należy śniadanie w kawiarni Wedla na rynku. Wiem, wiem – teraz moi krakowscy czytelnicy wznoszą oczy do nieba, ale to stało się przypadkiem – po prostu to był kawiarniany ogródek położony najbliżej stoiska z ziarnem dla ptaków (bo wtedy jeszcze takie na rynku było) i mogłam jeść nie spuszczając z oczu moich córek karmiących gołębie.

 

(Na tym zdjęciu z 2005 roku Zosia ma 9 lat. Teraz ma już 18, a wczoraj bawiła się na swojej studniówce. Trochę się zmieniła od tamtego czasu ;-)

Czy „Krakowski Rynek dla chłopców i dziewczynek” ma szansę stać się dla swoich czytelników podobnie mocnym doświadczeniem (nie tylko czytelniczym) jak dla mnie „Abecadło” ?

Nie wiem, ale na pewno znalazło się tam miejsce dla wszystkich tych rzeczy, które czynią krakowski rynek jednym i niepowtarzalnym. Jest Kościół Mariacki i pomnik Adama Mickiewicza, wieża ratuszowa i kościółek św. Wojciecha, są kwiaciarki i malarze, dorożki i gołębie, obwarzanki i Lajkonik... A wszyscy tam maja rumieńce jak jabłuszka - jak to zwykle na ilustracjach Iwony Całej :-)

Krakowski Rynek dla chłopców i dziewczynek” to książka, która znakomicie nadaje się nie tylko na pamiątkę z wycieczki do Krakowa. Może być również świetnym przygotowaniem do takiej wycieczki (nawet jeśli na razie pozostaje ona w mglistych planach). A dla małych krakowiaków (płci obojga) to po prostu lektura obowiązkowa !!!

 

I oto księżyc wzeszedł nad rynkiem

jak obwarzanek z makiem lub kminkiem.

Śpią już gołębie i śpią pomniki,

i śpią dorożki, chrapią koniki...

 

Michał Rusinek „Krakowski Rynek dla chłopców i dziewczynek” , ilustr.: Iwona Cała, wyd.: Literatura, Łódź 2014

oraz Wanda Chotomska „Abecadło krakowskie”, ilustr.: Jan Marcin Szancer, wyd.: RUCH 1964

 

niedziela, 28 grudnia 2014
Babcia rabuś

 

U babci jest słodko, świat pachnie szarlotką... - śpiewają przedszkolaki na obchodach Dnia Babci i wtedy jeszcze naprawdę kochają swoje babcie i dziadków miłością szczerą i bezgraniczną.

Ben – bohater tej książki nie jest już przedszkolakiem. Patrzy na świat bezlitośnie krytycznym spojrzeniem nastolatka i w domu swojej babci czuje przede wszystkim smród kapusty.

  

Powoli uniosła się z krzesła i ruszyła do kuchni, Przy każdym kroku spomiędzy jej obwisłych pośladków wydobywało się nieco powietrza. Brzmiało to jak kwakanie. Babcia albo nie zdawała sobie z tego sprawy, albo naprawdę dobrze udawała, że nie zdaje sobie z tego sprawy.

Babcia Bena  ponadto kłapie sztuczną szczęką, chrapie, niedowidzi, niedosłyszy i jest taaaka nuuuuudna (a dowiadujemy się tego już w pierwszej linijce).

Zastanawiam się: dlaczego 8 lat temu broniłam przed oburzonymi krytykami „Kreta, który chciał wiedzieć, kto mu narobił na głowę” , a dziś czytając „Babcię rabuś” mam uczucia mocno mieszane ? Zestarzałam się czy co ? A może chodzi o to, że w Krecie była lekkość i przymrużenie oka, których u Walliamsa mi brakuje ?

Na pierwszy rzut oka „Babcia rabuś” kojarzyć się może z książkami Roalda Dahla – szczególnie z „Matyldą”, gdzie rodzina bohaterki była opisana w podobnie krytyczny sposób. Podobnie – ale jednak inaczej, bo Dahl nigdy nie przekroczył tej cienkiej linii, która oddziela żart śmieszny od chamskiego.
Podobieństwo kryje się też w ilustracjach – kreska Tony'ego Rossa przypomina styl Quentina Blake'a, który był nadwornym ilustratorem Dahla, ale jednak czegoś mi tam brakuje.

W „Babci rabusiu” (podobnie jak w „BFG" ) pojawia się we własnej osobie i dworskim anturage'u brytyjska królowa Elżbieta. To wszystko powoduje, że odbieram tę książkę jako nie do końca udolne naśladownictwo Dahla (żeby nie użyć słowa popłuczyny, które uporczywie pcha mi się pod palce... ;-).

Rozumiem intencje autora, który nie chce zaprzeczać odczuciom swojego bohatera i pragnie dać jego rówieśnikom prawo do tego, aby widzieli i czuli podobnie, ale mam wrażenie, że jednak trochę się w tym zapale zagalopował.

W pewnym sensie nobilituje on ten rodzaju poczucia humoru, który za moich czasów ( a nie były one znowu tak odległe ;-) zarezerwowany był dla męskiej szatni przed lekcją wf, gdzieś w końcu szkoły podstawowej czyli na obecnym poziomie gimnazjum. Tyko że wówczas było ono trochę jak trądzik czyli mijało z wiekiem, a przynajmniej nie wypadało się do niego przyznawać ;-). Teraz już jest inaczej, wystarczy obejrzeć jakikolwiek kabaret, a wprowadzenie na kartki książki nadaje mu znaczenie, na które IMO nie zasługuje.

I dlaczego, aby zyskać miłość wnuka babcia musiała posunąć się do kłamstwa ???

Jednak z drugiej strony – grupa wiekowa, do której jest ona adresowana, to ten okres w życiu, w którym sporo nastolatków (a szczególnie chłopców) przestaje czytać. Czy w związku z tym powinniśmy uznać, że cel uświęca środki i że każdy rodzaj lektury jest wartością ?

Mimo wszystko - osoba czytająca cokolwiek (niech to będzie nawet taki koszarowy rodzaj humoru)  ma większą szansę na to, że (choćby przypadkiem) sięgnie kiedyś po coś wartościowego, niż ten, kto książek programowo do rąk nie bierze. 

Więc może warto dać „Babci rabuś” i jej czytelnikom szansę ?

 

Ot – i kolejna książka kontrowersyjna ;-)

 

David Walliams „Babcia rabuś”, przekł.: Karolina Zaremba, ilustr.: Tony Ross, wyd.: Dom Wydawniczy MAŁA KURKA, Piastów 2013

 



czwartek, 30 października 2014
Syberyjskie przygody Chmurki

 

  

Kiedy usłyszałam o wojnie po raz pierwszy ? Nie wiem. W ogóle nie pamiętam czasu, kiedy o niej nie wiedziałam. Była we wspomnieniach okupacyjnego dzieciństwa rodziców i w serialu „Czterej pancerni i pies”. Jedynym wrogiem, jakiego znałam, byli Niemcy, bo tak się złożyło, że i dla mojej Mamy, i dla Taty okupacja zaczęła się przed 17 września, a jak było z pancernymi, wszyscy przecież wiedzą ;-)
Świadomość tego, że mieliśmy jeszcze jednego okupanta docierała do mnie stopniowo i stopniowo zaczynałam też rozumieć, jak bardzo zakłamany był serial, na którym wyrosłam.
Armia składająca się z kresowian, którzy nie zdążyli do Andersa i pełniących obowiązki Polaków obywateli sowieckich różnych narodowości, reprezentowana tam była przez gdańszczanina, beskidzkiego górala i warszawiankę !

Pierwszą, już właściwie dorosłą lekturą, z której dowiedziałam się o wywózkach na Sybir był „Ptasi gościniec” Haliny Auderskiej. Następną chyba „Wielbłąd w stepie” i „Krzyż południa” Krzysztonia, a może „Wszystko co najważniejsze” Oli Watowej ? Nie pamiętam tego dokładnie...

Pamiętam natomiast moment, kiedy uświadomiłam sobie różnice w doświadczeniu wojennym mojego Taty i jego ciotecznego brata. Pierwszy mieszkał w Warszawie, a drugi w Grodnie. Pierwszy przeżył 5 lat pod okupacją niemiecką, a Armia Czerwona przyniosła mu tej okupacji koniec. Drugi – przez całą wojnę nie widział ani jednego Niemca, za to przewędrował pół świata - najpierw bydlęcym wagonem do Kazachstanu, a potem statkiem przez Morze Kaspijskie i dalej przez Persję aż do Indii, aby w końcu znów statkiem dotrzeć do Londynu.

Syberyjskie przygody Chmurki” to pierwsza znana mi książka dla dzieci,
która opisuje ten drugi wariant wojennych losów. Wcześniej podobne historie można było znaleźć w „Wojtku z Armii Andersa” , ale to książka adresowana do zdecydowanie starszego czytelnika.

Dla małej Chmurki słowo wojna nie oznaczało nalotów i bombardowań, tylko konieczność zostawienia domu i całego życia, do którego była przyzwyczajona. Oznaczało długą podróż w zamkniętym wagonie i izbę w chacie w syberyjskiej wiosce.

Anna Szwykowska – Michalska (nazywana w rodzinie Chmurką) miała zaledwie trzy lata, kiedy wraz z mamą, babcią i ciociami została skazana na 25 lat zesłania na Syberię i znalazła się w małej wiosce nad rzeką Jenisiej. Można powiedzieć, że i tak miała sporo szczęścia, bo dojechała tam cała i zdrowa. Jedynym przestępstwem, jakie popełniła, było to, że urodziła się w rodzinie właścicieli huty szkła niedaleko Lidy. Miejsca jej zasłania nie otaczał mur, ani drut kolczasty, bo wtedy cała Rosja była więzieniem.

Mała dziewczynka, oczami której oglądamy tę historię, przyjmuje wszystko, co ją spotyka po prostu, nie zastanawiając się, dlaczego właściwie tak się dzieje. Nie pamięta też za bardzo, jak wyglądało ich przedwojenne życie.

Na kartach tej książki nie pojawiają się żadni źli ludzie. Źli są Sowieci z opowiadań dorosłych - ci, którzy aresztowali tatę i dziadka i przywieźli ją na Sybir, ale Rosjanie, wśród których żyje, są w takim samym jako ona stopniu  ich ofiarami.

Nawet śmierć mamy to sprawka purgi (czyli zadymki) i pociągu. I tak Chmurka tak samo jak Krzywa Natka została sierotą. Babcia tłumaczyła, że mama jest w jakimś wspaniałym niebie i teraz dziewczynka miała do niej pretensje, że poszła tam bez niej, zupełnie sama.

Cechą wspólną wszystkich książek, jakie ukazały się w serii "Wojny dorosłych – historie dzieci” jest to, że ich bohaterowie wspominają to po latach (a więc przeżyli) i że cały ten straszny czas mieli przy sobie dorosłych, którzy się nimi opiekowali. Chmurka też, mimo że była okrągłą sierotą, nadal miała babcię i ciocię, oraz rodzinę w Polsce, która wystarała się o ich powrót do ojczyzny.

Nie wiem, co ta seria w sobie ma, ale niemal każdą kolejną książkę odkładam z pomysłem na następną. I tak po lekturze „Małego powstańca” i „Wojny na Pięknym Brzegu” zamarzyła mi się historia kogoś, kto w powstańczej Warszawie był listonoszem poczty harcerskiej. Książka o Chmurce natomiast aż prosi się o uzupełnienie następną – o dziecku, które opuściło Rosję z Armią Andersa, a następnie trafiło do Indii adoptowane przez maharadżę Jam Saheba Digvijay Sinhji. To taka piękna historia - brzmi jak bajka, a jednak wydarzyła się naprawdę...

 

Dorota Combrzyńska – Nogala „Syberyjskie przygody Chmurki” (seria: Wojny dorosłych – historie dzieci), ilustr.: Maciej Szymanowicz, wyd.: Literatura, Łódź 2014

 

środa, 22 października 2014
Amelia i Kuba. / Kuba i Amelia.

 

 

 

Co to właściwie jest ? Jedna książka w dwóch tomach ? Dwie książki o tym samym ? Czy może rodzaj eksperymentu literackiego, który sam autor określa mianem DWUKSIĄŻKI ???

Amelia myśli, że Kuba jej nie lubi. Kuba myśli, że Amelia go nie lubi. Oboje są w błędzie. Tak można by w ogromnym skrócie opisać fabułę mojej nowej powieści dla młodszej młodzieżypisał Rafał Kosik na swoim blogu zanim jego DWUKSIĄŻKA  trafiła do czytelników. Młodsza młodzież to znaczy młodzież przedfelixowa, że tak powiem, czyli 7-12 lat. Oczywiście czytelnicy Felixa, a nawet starsza młodzież (czyli dorośli) też coś tam dla siebie znajdą.

Amelia i Kuba pojechali w tym roku z nami nad morze. Młodzieży w wieku przedfeliksowym z nami nie było, ale obie książki przeczytały (oprócz mnie oczywiście ;-) czternastolatka i osiemnastolatka. Ta ostatnia raczej z braku innych lektur i ciekawszych zajęć, niemniej po przeczytaniu pierwszej całkowicie dobrowolnie sięgnęła po drugą część.

Pierwotnie powieść miała być zupełnie niefantastyczna, szybko jednak okazało się, że w przypadku literatury młodzieżowej aktualny jest wybór, przed jakim staje każdy autor: fantastyka albo nuda. Wbrew współczesnym trendom nie zdecydowałem się na przynudzanie. Tak więc elementy fantastyczne musiały się pojawić. W trakcie pisania okazało się, że wyszły one wręcz na pierwszy plan.

Nie do końca zgodzę się z tym wyborem. Mnie tam fantastyka raczej nudzi , ale widocznie pan Kosik ma odwrotnie ;-) W tej warstwie dwuksiążka bardzo przypomina perypetie Felixa, Neta i Niki, tylko o nieco mniejszym stopniu skomplikowania.

Godzina duchów” ma wszystkie charakterystyczne cechy powieści detektywistycznej dla młodzieży. W przeciwieństwie do dorosłych kryminałów, nie ma tu przestępstwa, jest za to TAJEMNICA do rozwikłania i to taka, z której istnienia dorośli niezupełnie zdają sobie sprawę. Mamy grupkę dziecięco – młodzieżową (część dziecięca tworzy młodsze rodzeństwo – siostra Kuby i brat Amelii, oboje absolutnie niestereotypowi dla swojego wieku) wolną nie tylko od uciążliwej kurateli rodziców zajętych pracą i przeprowadzką, ale także od obowiązków szkolnych, bo jest ostatni tydzień wakacji. To wszystko razem tworzy warunki do przeżycia przygody.

Zaraz jednak pojawił się drugi problem, kto mianowicie powinien być głównym bohaterem. Zwykle narracja automatycznie zaczyna ciążyć w stronę jednej z postaci. Ta postać wychodzi na pierwszy plan i czytelnik poznaje powieściowy świat głównie z jej punktu widzenia. W przypadku Felixa, Neta i Niki narrator przeskakuje, czy może lepiej powiedzieć – przepływa od postaci do postaci. W trakcie pisania Amelii i Kuby też tak się działo. Jednak po kilku rozdziałach uznałem, że to mi nie wystarcza. Żeby utrudnić sobie pracę, zdecydowałem się sprawę nieco skomplikować i poprowadzić równolegle dwie narracje. Dosłownie. Napisałem tę historię w dwóch wersjach: jedną z punktu widzenia Amelii, drugą z punktu widzenia Kuby. (...) Można przeczytać tylko jedną z nich, można obydwie w dowolnej kolejności. Można też czytać je naraz, rozdziałami. Jak kto chce.

Jeśli zdecydujecie się na przeczytanie obu części, sugeruję rozpoczęcie lektury od „Amelii i Kuby” i to nie tylko dlatego, że dziewczynki mają pierwszeństwo ;-) Wydaje mi się, że w wersji Kuby dzieje się więcej obok historii zasadniczej. Amelia wraz z rodziną jest już zadomowiona w Zamku, a on tam się dopiero wprowadza. Same perypetie związane z urządzaniem się w nowym miejscu dostarczają czytelnikom wielu atrakcji. Takie drzwi na przykład – wydawało by się, że to taka prosta i nieskomplikowana rzecz... ;-)

Przy odwrotnej kolejności czytelnik może się nieco nudzić, choć warto jest uważnie czytać te fragmenty, które są zasadniczo takie same, bo może okazać się, że jednak nie są tak zupełnie jednakowe.

Bardzo spodobała mi się sama idea DWUKSIĄŻKI. Jedyne zastrzeżenie, jakie mam, dotyczy ceny. Jeśli chcemy nabyć komplet, to zgodnie z ceną okładkową zapłacimy prawie 60 zł. Trochę to dużo :-(

A gdyby tak wydać  DWUKSIĄŻKĘ jako jeden wolumin czytany z dwóch stron (tak jak kiedyś Babcia Brygida z Czarownicą Doroty Terakowskiej) ???

 

Rafał Kosik (tekst & ilustr.) „Amelia i Kuba. Godzina duchów”, wyd.: Powergraph, Warszawa 2014

Rafał Kosik (tekst & ilustr.) „Kuba i Amelia. Godzina duchów”, wyd.: Powergraph, Warszawa 2014

 

piątek, 26 września 2014
Cudowna studzienka

 

Cudowna studzienka” to książka zaiste cudowna !!!

  

Pod bajdułem, pod prastarym,

co potężne ma konary,

i do nieba liśćmi sięga,

wśród korzeni,

w opuszczonej norze lisiej,

zapomniana leży księga.

Obszarpana,

mchem i próchnem przysypana,

lecz ma jeszcze całe karty

i druk wcale niezatarty

- księga, która często śni się.

Cieszę się za każdym razem, kiedy na naszym rynku wydawniczym pojawiają się książki z baśniami spoza dominującego na nim twardego kanonu Braci Grimm i Andersena. Z odchodzącymi w zapomnienie baśniami, przekazywanymi dotychczas z pokolenia na pokolenie, opowiadanymi przez babcie, ciocie, mamy – książki takie jak „Bajarka opowiada” czy „Śpiewająca lipka”... A kiedy jeszcze są tak pięknie ilustrowane, radość moja nie zna granic.

Cudowną studzienkę” kupiłam więc na niewidzianego, od razu, kiedy się ukazała, kierując się zaufaniem do dwóch nazwisk – Joanny Papuzińskiej, która dokonała wyboru baśni do tego zbioru oraz ilustrującej je Elżbiety Wasiuczyńskiej.

Szukam jej od lat czterdziestu

i wiem, że na pewno jest tu

w naszym kraju,

gdzieś ukryta,

chciałabym ją czytać, czytać...

Joanna Papuzińska, autorka wiersza „Pod bajdułem”, który tę książkę otwiera, tak napisała w posłowiu do niej: Kiedy jeszcze byłam młodocianą czytelniczką, nie rozstawałam się z potężnym czerwonym tomem „Bajarz polski”. Towarzyszył mi on wszędzie, na wakacjach, w podróżach, w chorobie i zdrowiu. A ponieważ życie nie było w tamtych czasach ani tak wygodne, ani tak spokojne jak dzisiaj, biedy „Bajarz” zapłacił spora cenę za tę tułaczkę. Z biegiem czasu stawał się coraz bardziej zniszczony, jego czerwona okładka – coraz bardziej obszarpana, a jego strony coraz bardziej sfatygowane i wytarte. Ale to nic. I tak był naszym ukochanym „Bajarzem”, którego nic nie mogło zastąpić.

Część z baśni zawartych w „Bajarzu” znalazła swoje miejsce w
„Cudownej studzience”, ale są tam też inne, które wydały się pani Joannie najważniejsze, najciekawsze i te, które najbardziej przypadły jej do serca. Niektóre  znamy wszyscy – jak tę o Smoku Wawelskim czy Złotej kaczce, ale inne czytałam po raz pierwszy albo kołatało mi się podczas lektury po głowie nikłe echo – jakbym kiedyś gdzieś już to słyszała.

Kupiłam tę książkę z myślą o prezencie gwiazdkowym dla pewnej (wówczas) czteroipołlatki, ale od razu, kiedy do niej zajrzałam, zrozumiałam, że Basia będzie jeszcze musiała na ten prezent poczekać. Język Gustawa Morcinka, Jana Kasprowicza czy Adolfa Dygasińskiego byłby dla niej jeszcze za trudny. Co prawda Joanna Papuzińska nieco uwspółcześniła pisownię i dodała słownik wyjaśniający niektóre archaizmy, ale, jak sama napisała: nie wszystkie, bo chciałam, żeby czytelnik mógł poczuć smak staropolskiej mowy. Myślę, że dobrym adresatem „Cudownej studzienki” będzie dziecko ok. 10 lat – czyli na tyle duże, aby już w miarę biegle czytać i rozumieć, że język współczesny różni się od tego używanego przed laty, ale jeszcze nie tak duże, żeby uznało, że jest na czytanie baśni zbyt nastoletnie ;-)

Lecz nikt nie wie

o tym drzewie,

o bajdule.

Nikt nie słyszał nic w ogóle.

Tylko tyle, że jest stary,

że potężne ma konary,

że do nieba liśćmi sięga

i że pod nim leży księga.

Ilustracje Elżbiety Wasiuczyńskiej – tym razem malowane, a nie szyte – też wskazują na to, że nie jest to książka dla małych dzieci, choć okładka może być myląca (mnie zmyliła !). To, co zobaczyłam wśrodku skojarzyło mi się z zespołem Mazowsze w tańcu ;-) - ta feeria żywych barw i migoczących przed oczami, nieco rozmazanych pasków. Ona sama, opowiadając o nich na swoim blogu, określiła ich styl jako łowiczyzm pasiasty i ta nazwa (podobna nieco do „Ślimaczyzmu w zarysie” ;-) bardzo mi się podoba.

   

W związku z tą książką i blogiem mam marzenie i może, jak się nim tutaj podzielę, to się spełni ? Otóż marzy mi się dorosła, autorska edycja tych baśni streszczonych mistrzowsko przez ich ilustratorkę. Jak by to wyglądało ? Voila – oto na przykład „O tym, jak głupi Zeflik był mądrym Zeflikiem” albo „Żelazne trzewiczki” w interpretacji  Elżbiety Wasiuczyńskiej. Tylko klikać i czytać !

A wydawnictwo Media Rodzina bardzo proszę, żeby możliwośc takiej edycji rozważyło życzliwie :-)

   

 

Cudowna studzienka. Baśnie polskie”, wybór i opracowanie: Joanna Papuzińska, ilustr. Elżbieta Wasiuczyńska, wyd.: Media Rodzina, Poznań 2013

 



sobota, 06 września 2014
Galop '44

 

  

Galop '44” to pierwsza napisana po 1989 roku (a więc w czasach, kiedy już można o tych wydarzeniach pisać swobodnie, nie obawiając się ingerencji cenzury) i adresowana do młodzieży powieść, której akcja toczy się podczas Powstania Warszawskiego.

Sięgnęłam po nią z wielkimi nadziejami i z równie wielkimi obawami - natury dwojakiej...

Po pierwsze – bałam się tego, że nieznana mi z wczesniejszych publikacji pani Monika Kowaleczko – Szumowska  może zbyt (jak na moją  skrzywioną historycznie odporność) nonszalancko podejść do faktów i realiów.

Nie tak dawno zdarzyło mi się trafić przypadkiem na całkiem współczesna książkę z gatunku: babskie czytadło, której autorka niestety postanowiła część akcji umieścić w czasie Powstania. Jej bohaterowie wędrowali sobie rypcium pypcium w te i z powrotem z Elektoralnej na Kruczą, tak jakby przejście przez Aleje Jerozolimskie nie stanowiło w tych dniach najmniejszego problemu. I wcale nie był to najbardziej okazały kwiatek, jaki w tej książce znalazłam :-(

Tymczasem wierność faktom i realiom jest, że tak powiem, najmocniejszą  stroną „Galopu '44”. Jej autorka tak napisała w Podziękowaniach zamieszczonych na końcu książki: Pragnę podkreślić, że zdecydowana większość przygód bohaterów „Galopu 44”, nawet te najbardziej nieprawdopodobne, to autentyczne wydarzenia odszukane w  Archiwum Historii Mówionej  Muzeum Powstania Warszawskiego. Jest to źródło niezwykłych powstańczych historii. Wiele postaci występujących w powieści jest inspirowanych sylwetkami prawdziwych powstańców. W książce pojawia się wiele postaci autentycznych i (ku mojej niekłamanej radości ;-) znajdują się one w miejscach i czasie, w których rzeczywiście mogły być.

A w dodatku, zupełnie przypadkiem, właśnie problemy komunikacyjne między Śródmieściem Północnym i Południowym oraz okupiona ogromnym wysiłkiem i wieloma ofiarami budowa barykady i rowu umożliwiającego przejście Alej Jerozolimskich jest jedną z osi akcji tej książki.

Moja druga obawa związana była z pomysłem autorki, aby bohaterami  uczynić współczesnych nastolatków przeniesionych w czasie. Takie zabiegi są zawsze ryzykowne i najeżone pułapkami, ale udało jej się wyjść z nich obronną ręką.

Dwaj bracia, dwa światy, jedno powstanie.

Pojawienie się w powstańczej Warszawie chłopców żyjących w niej współcześnie jest zabiegiem, który pomaga nastoletniemu czytelnikowi umieścić wydarzenia znane z historii w miejscach, które mija codziennie.

Wojtek i Mikołaj są co prawda nastolatkami na wskroś dwudziestopierwszowiecznymi, pojawiają się w Powstaniu w dżinsach i ze słuchawkami od Ipadów w uszach, ale równocześnie dysponują wiedzą historyczną, która pozwoliła im odnaleźć się w tamtych realiach. Mimo że doskonale zdają sobie sprawę nie tylko z tego, jak wszystko się skończy, ale czasami też jakie będą dalsze losy spotkanych ludzi, rozumieją, że nie mogą próbować zmienić historii. A kiedy podejmują takie nieśmiałe próby, przekonują się szybko, że to jest niemożliwe.

Czytałam o ich wędrówkach między oddalonymi o 70 lat sierpniami i
skóra cierpła mi na myśl o tym, że może to wywołać szturm kolejnych amatorów podróży w czasie na replikę kanału w Muzeum Powstania Warszawskiego. Na szczęście jest tam zaznaczone wyraźnie, że nie każdy i zawsze może tamtędy przejść ;-)

Wojtek i Mikołaj zostali wybrani do tego zadania, żeby zachować żywą pamięć wtedy, kiedy już zabraknie świadków  tych wydarzeń - „Galop '44” służy właśnie jej przekazaniu. Mam nadzieję, że dzięki tej książce ich rówieśnicy zobaczą w uczestnikach Powstania Warszawskiego nie tylko szare postaci z dawnych kronik filmowych, ale autentycznych ludzi. I że pomoże im ona zrozumieć, o co i dlaczego oni wtedy walczyli...

 

Monika Kowaleczko – Szumowska „Galop '44”, wyd.: Egmont, Warszawa 2014

 

 

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 31
Archiwum
Tagi
Mały Pokój z Książkami

Wypromuj również swoją stronę