CZYLI O DOBRYCH KSIĄŻKACH DLA DZIECI NIE TYLKO DLA DZIECI
Kategorie: Wszystkie | A. Błotnicka | A. Chachulska | A. Frączek | A. Hest | A. Jaromir | A. Kamiński | A. Mcghee | A. Michaelis | A. Niemierko - Pająk | A. Piwkowska | A. Vestly | A. Znamierowski | A.Bradley | A.D.Mizielińscy | A.Holmberg | A.Lindgren | A.M. Grabowski | A.Onichimowska | A.Provoost | A.Tyszka | B. Cole | B. Gawryluk | B. Kaniewska-Pakuła | B. Leśmian | B. Lindgren | B. Massini | B. Moyeyaert | B. Ostrowicka | B. Rice | B. Wildsmith | B. Wróblewska | C. Compton | C. Frabetti | C. Kruusval | C. Wolff-Brandt | C.Funke | C.Rayner | C.Rees | Ch. Bjork | Ch. Dickens | Cz. Janczarski | D. Cali | D. Combrzyńska - Nogala | D. Geisler | D. Gellner | D. Walliams | D. Wawiłow | D.Terakowska | Dr. Seuss | E. Ainsworth | E. Beskow | E. Kozyra - Pawlak (aut.) | E. Piotrowska | E. Susso | E.Carle | E.H.Gombrich | E.Nowak | F. Nilsson | F.H. Burnett | G. Gortat | G. Mancomble | G. Ruszewska | G. Whelan | G.Carson Levine | G.Kasdepke | Gro Dahle | H. Ch. Andersen | H. Tullet | Heekyong Kim | I. Angerborn | I. Chmielewska | I. Degórska | I. Desjardins | J. Birdsall | J. Chmielewska | J. Fabicka | J. Frey | J. Mikołajewski | J. Olech (autorka) | J. Picoult | J. Rudniańska | J. Schlansky | J. T. Wieslander | J. Tuwim | J. Wilkoń -autor | J. Wilson | J.P. Lewis | J.Papuzińska | K. DiCamillo | K. Levine | K. Lipka-Sztabałło (autor) | K. Pranić | K.Majgier | K.Siesicka | L. Anderson | L. Anholt | L. Bardijewska | L. Brooke | L. Fabisińska | L. Lowry | L. Olivier | L. Stafford | M. Amelin | M. Brykczyński | M. Ekier | M. Galica | M. Happach | M. Kita | M. Kowaleczko - Szumowska | M. Matlin | M. Miklaszewska | M. Niklewiczowa | M. Oklejak (autorka) | M. Oworuszko | M. Parr | M. Prześluga | M. Rusinek | M. Sasek | M. Skibińska | M. Szczygielski | M. Waltari | M. Widmark | M. Zarębska | M.Gutowska-Adamczyk | M.K.Piekarska | M.Strzałkowska | M.Wollny | Marcel A. Marcel | N. Streatfield | P. Beręsewicz | P. Goes | P. Lindenbaum | P. Maar | P. Pawlak - autor | R. Kipling | R. Kosik | R. Lagercrantz | R. McCormick | R. Mueller | R. Piątkowska | R. Riordan | R.Dahl | R.Jędrzejewska-Wróbel | S. Crossan | S. McBratney | S. Nyhus | S. Scherrer | Shaun Tan | Suzy Lee | T. Jansson | T. Trojanowski | U. Stark | V. Howie | W. Holzwarth | W.Widłak | Z. Orlińska | albumy | atlasy | piosenki | serie | składanki | tradycyjne | varia | Ł. Wierzbicki
RSS
środa, 11 grudnia 2013
Lotta. Trzy opowiadania.

 

  

Dziś będzie nietypowo – bo bez nowej recenzji, a jedynie z odsyłaczami do starych, napisanych już kilka lat temu.

Wydawnictwo „Zakamarki” wydało właśnie zbiór „Lotta. Trzy opowiadania” - zgodnie z tytułem składają się na niego trzy historie o Lotcie, które ukazały się wcześniej jako oddzielne książki.

Pewnie, że Lotta umie jeździć na rowerze” - o której pisałam tu .

  

Pewnie, że Lotta umie prawie wszystko” - o której pisałam tu.

   

Pewnie, że Lotta jest wesołym dzieckiem” - o której pisałam tu.

  

Tak więc: jeśli macie tamte książki, macie wszystko, co znajduje się w tej. A jeśli  nie macie – to kupcie ją koniecznie, bo Lotta jest tego warta :-)

 

Astrid Lindgren „Lotta. Trzy opowiadania”, przekł.: Anna Węgleńska, ilustr.: Ilon Wikland, wyd.: Zakamarki, Poznań 2013







piątek, 16 listopada 2012
Bracia Lwie Serce

 

Rzadko zdarza mi się popełniać wpisy okolicznościowe i ten też nim nie jest, ale przeczytana na Facebooku informacja o przypadających przedwczoraj 105 urodzinach Astrid Lindgren stała się bodźcem do skończenia tego, nad czym siedziałam już od jakiegoś czasu.

  

Pytanie o książki oswajające dziecko z tematem śmierci jest, można powiedzieć, listopadowym pytaniem kalendarzowym. Przez długi czas odpowiedź na nie sprowadzała się w zasadzie do jednego tytułu, jednak ostatnio bardzo modne zrobiło się opisywanie w książkach dla dzieci rozmaitych tematów stanowiących dotychczas tabu, więc i książek o śmierci pojawiło się trochę. Żadna nie dorównuje jednak "Braciom Lwie Serce" mimo, że od napisania jej minęło niemal 40 lat.

Dlaczego ?

Po pierwsze - oczywiście dlatego, że Astrid Lingren Wielką Czarodziejką była ;-) Po drugie - dlatego. że (w przeciwieństwie do nowości) nie jest to książka tylko o śmierci. W tej opowieści o życiu po życiu jest wszystko - i miłość, i nienawiść, i strach, i zdrada, i odwaga, i poświęcenie... To książka o byciu Człowiekiem.

Chciałbym Wam opowiedzieć o moim bracie. Nazywa się Jonatan Lwie Serce i o nim właśnie będzie ta historia. Mnie się ona wydaje prawie baśnią i nawet trochę, troszeczkę, opowieścią o duchach, ale przecież wszystko w niej jest prawdą. Tyle tylko, że nikt o tym nie wie poza mną i Jonatanem.

Na początku wszystko wskazywało na to, że tym, który umrze, będzie  młodszy z braci, ciężko chory Sucharek. Jonatan, jego ukochany starszy brat opowiedział mu więc bajkę o krainie zwanej Nangijalą, gdzie wciąż są jeszcze czasy ognisk i bajek. (...) Mówił że z Nangijali pochodzą wszystkie bajki, bo właśnie tam takie rzeczy się dzieją i ten kto tam się znajdzie ma przygody od rana do wieczora, a nawet w nocy. Jonatan obiecał braciszkowi, że on tam również przybędzie, że wkrótce będą tam razem.

W Nangijali nie ma  c z a s u  w takim sensie, jak tu na ziemi. Gdyby nawet zył dziewięćdziesiąt lat, to mnie by się wydawało, że minęły najwyżej dwa dni. Bo tak jest, jak nie ma prawdziwego czasu.

Tymczasem wydarzyło się tak, że to Jonatan pierwszy tam dotarł, a potem przysłał do brata biała gołębicę, która jego głosem opowiedziała Sucharkowi o tym, jak pięknie jest tam, w Nangilali. I o Zagrodzie Jeźdźców w Dolinie Wiśni, w której będą mieszkali razem.

No i potem stało się to. Nigdy jeszcze nie zdarzyło mi się nic tak dziwnego. Nagle znalazłem się po prostu przed furtką i zobaczyłem napis na zielonej tabliczce: „Bracia Lwie Serce”.

Jak tam przyszedłem ? Kiedy pofrunąłem ? Jak znalazłem drogę, nikogo nie pytając ? Nie wiem. Wiem tylko, ze nagle stałem tam i czytałem napis na furtce.

Nangijala nie jest ani Niebem, ani Piekłem, ani Czyśćcem w takim  rozumieniu jak to przedstawia Biblia. Nangijala to Czas Próby - czas, w którym każdy staje przed wyzwaniem. Zostaje skonfrontowany ze Złem w czystej postaci i musi się opowiedzieć po jednej albo po drugiej stronie. Są w tej książce wyraźne echa wojny i Holokaustu – rycerze Tengila - groźni i okrutni, Dolina Dzikich Róż otoczona murem i pilnowana przez nich oraz mały chłopiec przemykający się pod tym murem... Ta historia niesie prawdę o tym, że najbardziej boimy się nie o siebie, ale o tych, których kochamy, a równocześnie ta miłość i ten strach mogą dawać siłę do czynów nadzwyczajnych.

Ktoś, kto kojarzy Astrid Lindgren wyłącznie jako autorkę beztroskich obrazów dzieciństwa takich jak „Dzieci z Bullerbyn”, może być bardzo zdziwiony tę książką. Razem z ”Ronją, corką zbojnika” i „Mio, mój Mio” tworzą one w jej twórczości nurt baśniowy i są to książki, o których mogę napisać: piękne, choć momentami bardzo smutne. Ale ten smutek jest w życiu dziecka też potrzebny i potrzebne mu są rozmowy o rzeczach ostatecznych.

Bracia Lwie Serce” to jedna z tych książek, do opisania których przymierzam się od początku mojej blogowej działalności. Próbowałam już kilka razy i dochodziłam do wniosku, że wielkość tej książki mnie przerasta. I że lepiej nie napisać nic, niż nie sprostać temu zadaniu. Mam nadzieję, że w końcu mi się to udało...

 

P.S. Tak, wiem oczywiście że „Bracia Lwie Serce” są lekturą szkolną, ale uważam, że nie warto czekać z nią, aż dziecko będzie musiało ją przeczytać. Szkoda tak pięknej książki na czytanie jej z obowiązku.  A poza tym – uważam, że piątoklasiści są już na nią trochę za duzi.

Okładka, którą tu prezentuję, nie pochodzi z aktualnie dostępnego wydania – ale tę właśnie lubię najbardziej.

 

Astrid Lindgren „Bracia Lwie Serce”, przekł.: Teresa Chłapowska, ilustr.: Ilon Wikland, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2000



 

niedziela, 30 września 2012
Dzielna Kajsa

 

    

 

Skandynawskie skrzywienie w naszej rodzinie zdecydowanie jest dziedziczne ;-)

Korzystając z przywileju maturzystów, jakim są wakacje we wrześniu (nieobciążone jeszcze myśleniem o sesji poprawkowej ;-) w zeszłym tygodniu moja Ania spędziła kilka dni w Sztokholmie. Bardzo dużo zwiedzała i nie byłaby moją córką, gdyby przy tej okazji nie odwiedziła także Junibacken czyli Czerwcowego Wzgórza – jedynej w swoim rodzaju księgarni połączonej z muzeum literatury dziecięcej i miejscem zabaw. Mimo dość (jak na ten rodzaj literatury oczywiście ;-) zaawansowanego wieku, wróciła zachwycona. Jej Towarzysz Podróży – nieco mniej, ale cóż – podobno przeczytał tylko dwie czy trzy książki Astrid Lindgren, więc trudno się dziwić, że nie poczuł atmosfery.

Przywiozła mi stamtąd taką książkę

   

  

przewodnik po podróży pociągiem przez świat książek Astrid Lindgren od Czerwcowego Wzgórza do Nangilimy. Teraz jeszcze bardziej marzę o wycieczce do Sztokholmu ;-) Dziękuję córeczko !!!

Młodsze siostry obdarowane zostały pasiastymi, biało – czerwonymi lizakami. Ten prezent przypomniał mi, że w Vimmerby, w Świecie Astrid Lindgren również sprzedawano takie dwukolorowe, pasiaste cukierki, ale my wtedy nie wiedzieliśmy – dlaczego ?

Nie mogliśmy wiedzieć, bo nie znaliśmy jeszcze historii dzielnej Kajsy, które właśnie takie cukierki sprzedawała na bożonarodzeniowym jarmarku. Książka, zawierająca to opowiadanie ukazała się w Polsce już po naszym powrocie. W dodatku – w angielskim przewodniku po Świecie Astrid Lindgren ta postać nazywała się Brenda Brave, co trochę utrudniło mi skojarzenie.  

Oprócz „Dzielnej Kajsy” w książce pod tym tytułem znajduje się jeszcze osiem opowiadań – bohaterami wszystkich są dzieci żyjące w czasach dzieciństwa autorki, a nawet wczesniej. Wydaje mi się, że nieprzypadkowo jednen z nich ma na imię tak samo jak ojciec autorki.

 

Ten zbiór to kolejna, wydana przez Naszą Księgarnię, książka Astrid Lindgren, która zaliczam do kontrowersyjnych, ponieważ radykalnie rozmija się ze swoim  (że się tak nowocześnie wyrażę ;-) targetem. Wbrew temu, co napisane jest na okładce, większość opowiadań adresowanych jest do dzieci zdecydowanie młodszych niż sześcioletnie.

 

I z jednej strony –  takie maluchy mogą mieć trudność ze zrozumieniem wielu spośród opisywanych tam realiów życia na szwedzkiej wsi sto lat temu. Z drugiej -  potrzebują zupełnie innej proporcji ilustracji do tekstu niż to ma miejsce tutaj. W dodatku najlepiej by było, żeby te ilustracje były kolorowe....

 

Dlatego bardzo żałuję, że historia Kajsy nie ukazała się jako oddzielna książeczka z ilustracjami Ilon Wikland – o taka

  

ale może „Zakamarki” nadrobią kiedyś ten brak ? To taka ciepła i optymistyczna historia w świątecznym nastroju. Aż chciałoby się
ją znaleźć pod choinką...

 

P. S. Muszę jeszcze dodać wspomnieć, że jedno z opowiadań („Marit”) dotyka problemu śmierci i to smierci dziecka – nie tak baśniowo jak „Bracia Lwie Serce”, i nie tak rozdzierająco smutno jak w „Południowej łące” - i warto o tym wiedzieć, zanim się zacznie to czytać z dziećmi.

 

I przepraszam za jakość miniaturek, ale nie udało mi się znaleźć bardziej wyraźnych ;-) 

 

Astrid Lindgren „Dzielna Kajsa”, przekł.: Anna Węgleńska, ilustr.:
Ingrid Vang Nyman, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2008



 



poniedziałek, 08 listopada 2010
Południowa łąka

     

... czyli Astrid Lindgren jakiej się nie spodziewamy.

Nie tak dawno zapytałam na zaprzyjaźnionym forum rodzicielskim o skojarzenia, jakie przychodzą do głowy w związku z książkami Astrid Lindgren. Słowem, które powtarzało się najczęściej była beztroska. Tymczasem pierwszym określeniem, jaki nasunęło mi się, kiedy skończyłam tę książkę było: smutna. Nie: piękna choć smutna jak w przypadku „Braci Lwie Serce”, „Mio, mój Mio” czy „Ronii córki zbójnika”, tylko: przejmująco, wręcz rozpaczliwie smutna.

Dawno, dawno temu w czasach wielkiej biedy...

... życie było bardzo trudne. Osierocone dzieci musiały ciężko pracować u gospodarza, który ich przygarnął. Wziął ich do siebie nie dlatego, ze mieli najbardziej jasne i szczere oczy pod słońcem i najsprawniejsze małe ręce, ani tez dlatego, że czuli bezbrzeżny smutek po śmierci swojej mamy, nie, wziął ich, żeby przynosili mu korzyść. Dziecinne ręce są w stanie pracować całkiem dobrze, jeśli tylko nie pozwoli im się na wyrzynanie łódek z kory i wycinanie świstawek, i budowanie na stokach domków do zabawy.

Dawno, dawno temu w czasach wielkiej biedy...

... osierocone dzieci, których nikt nie chciał przygarnąć trafiały do przytułku dla ubogich, jak mała Malin z opowiadania „Gra moja lipa, śpiewa mój słowik ?”. Taki przytułek był miejscem, gdzie nie było niczego co piekne, ani niczego, co radosne, a Malin tak mocno pragnęła piękna i radości... Cytat z tego opowiadania kończył „Portrety Astrid Lindgren” - bardzo chciałam je poznać, a teraz leży mi ono osadem na duszy.

Dawno, dawno temu w czasach wielkiej biedy...

... nawet te dzieci, które miały rodziców, chorowały i umierały dużo częściej niż teraz.

Dawno, dawno temu w czasach wielkiej biedy...

...Szwecja była zupełnie innym krajem niż teraz. Aż trudno uwierzyć, że to właśnie tam spędziliśmy cudowne wakacje dwa lata temu.

Dlatego właśnie zaliczyłam „Południową łąkę” do książek kontrowersyjnych – nie bardzo wiem, komu mogłabym ją zaproponować. Pokazuje świat jakiego na szczęście już nie ma, ani w Szwecji, ani w Polsce, świat, którego współczesne dzieci (w Wydawnictwo przeznaczyło ją już dla ośmiolatków) chyba nie są w stanie zrozumieć.

Ja nie potrafiłam zaproponować jej mojej niemal jedenastoletniej Julce, Która przecież zna i lubi i Ronię, i Mio i Braci Lwie Serce (a ostatnie z opowiadań „Paź Nils z Dąbrowy” jest do nich podobne).

Mimo że dwa z czterech wchodzących do tego zbioru opowiadań kończą się właściwie dobrze (choć też nie do końca), całość po prostu zasmuca. W przeciwieństwie do tamtych książek w „Południowej łące” brakuje nadziei. I chyba słusznie, że towarzyszą jej tylko czarno -białe ilustracje, bo wszelkie kolory byłyby tu nie na miejscu.


Astrid Lindgren „Południowa łąka i inne opowiadania”, przekł.: Anna Węgleńska, ilustr.: Ilon Wikland, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2009

wtorek, 30 marca 2010
Ucieczka Pippi

  

  

Książka zadedykowana Inger Nillsson, Marii Persson i Perowi Sundbergowi oraz tym wszystkim dzieciom, dla których wspomniana trójka na zawsze pozostanie Pippi, Anniką i Tommym.


To dla mnie ta dedykacja !!! To ja jestem tym dzieckiem, dla którego Pippi od zawsze miała buzię Inger Nillsson (i mówiła głosem Ewy Złotowskiej), bo naszym pierwszym spotkaniem był serial telewizyjny. Pozostała dwójka też zrosła się w mojej wyobraźni z postaciami Anniki i Tommy'ego. Dopiero potem odnalazłam w bibliotece książkę z ilustracjami Ingrig Vang Nyman, w której zresztą Pippi była Fizią. Pożyczałam ją z tej biblioteki w kółko na okrągło ;-)


Ach co to był za serial !!! Leciał chyba w niedziele rano, po Teleranku, bo jakoś kojarzę go z piękną słoneczną pogodą za oknem i pamiętam, ze oglądaliśmy go całą rodziną. Może wcale tak nie było i czasem jednak padał deszcz, ale Pippi sprawiała, że wszystko dookoła wydawało się piękniejsze i radośniejsze. Miasteczko Visby na Gotlandii, gdzie (jak się potem dowiedziałam) znajdowała się filmowa Willa Śmiesznotka, na długo pozostało dla mnie miejscem marzeń - takie przytulne, sympatyczne, zatopione w zieleni i skrojone na ludzką miarę.

A wspomnienie odcinka, w którym Pippi robi zakupy i wykupuje cały sklep ze słodyczami, jeszcze przez wiele lat wywoływało u mnie ślinotok... Aż do momentu, w którym udało mi się wreszcie spełnić marzenie o tym, żeby spróbować takich czarnych cukierków, co to wyglądały jak sznurowadła. Spróbowałam i mi przeszło ;-)


Zaczęło się od tego, że Annika posprzeczała się ze swoją mamą. Tak się czasem zdarza. I nagle Annice przyszło do głowy, że ucieknie. Tommy'emu od razu przyszło do głowy to samo.

- Kochana Pippi, nie mogłabyś uciec z nami ? - poprosił Tommy.

Bo bez Pippi ucieczka wcale nie byłaby udaną ucieczką, tego był pewien.

- Jasne, że mogę ! - odparła Pippi.

Przyrzekła zresztą mamie Tommy'ego i Anniki, że będzie towarzyszyć jej dzieciom i że się nimi zaopiekuje.

I uciekli.

I wędrowali sobie, wędrowali... Mieli po drodze różne przygody, nie zawsze bezpieczne, ale z Pippi żadna przygoda nie jest straszna.

A potem wrócili – Tommy i Annika do rodziców, a Pippi do Willi Śmiesznotki. Bo przecież (jak powiedziała Pippi): ucieka się po to, żeby mieć potem radość z powrotu do domu.


Tej historii nie znajdziecie w żadnej z zasadniczych książek o Pippi. Astrid Lindgren napisała ją na podstawie własnego scenariusza do pełnometrażowego filmu pod tym samym tytułem nakręconego w 1970 roku.

Literacko – nie jest to szczególne osiągnięcie Astrid Lindgren. Owszem, czyta się nieźle, ale miałam poczucie, że była pisana trochę na siłę, bez zaangażowania, które niewątpliwie towarzyszyło tworzeniu scenariusza do tego filmu.

Po przeczytaniu „Ucieczki Pippi” zapragnęłam gorąco obejrzeć znów tamten serial. Znalazłam go nawet:

  

ale bez bardzo ważnej dla mnie informacji. Może ktoś z Was wie: czy to wydanie DVD zawiera tamten (równie kultowy jak sam serial) dubbing ??? Po doświadczeniu z kreskówką, którą oglądały kiedyś moje córki, wiem, ze nie zniosłabym Pippi mówiącej innym głosem, niż ten, który pamietam - czyli Ewy Złotowskiej. Zdecydowanie nie !!!



Astrid Lindgren „Ucieczka Pippi”, przekł.: Anna Węgleńska, zdjęcia: Bo-Erik Gyberg, wyd.: Zakamarki, Poznań 2010

niedziela, 19 kwietnia 2009
Pewnie, że Lotta jest wesołym dzieckiem

- Teraz jestem zła – powiedziała Lotta. - Żebyście wiedzieli ! (...)

Może nie snuła się całe przedpołudnie, czekając na nich ? I może nie obiecali, że Lotta i Mia Maria, i Jonas przebiorą się za czarownice wielkanocne i w trójkę odwiedzą wszystkich mieszkańców ulicy Awanturników, żeby im zaśpiewać i dostać cukierki, tak jak zawsze w Wielki Czwartek ?

  


Pewnie, że Lotta jest wesołym dzieckiem” to książka wielkanocnie przedświąteczna ;-) Pojawiają się tam szwedzkie zwyczaje wielkanocne -przebieranki w Wielki Czwartek, słodycze od wielkanocnego zajączka w Wielką Sobotę.

Właśnie z tymi słodyczami jest problem, bo sklep ze słodyczami na ulicy Awanturników właśnie przestał istnieć. Jak powiedział Lotcie jego właściciel - Grek Vasilis: Wy w tym kraju jecie za mało cukierków. Tylko w sobotę ! Z tego się nie da utrzymać. Nie ma sklepu i Tatuś (jak się okazuje - zastepujący wielkanocnego zajączka) nie ma gdzie kupić słodyczy. Lotta nie byłaby jednak Lottą, gdyby nie znalazła rozwiązanie tego problemu ;-)

Moja Julka zgłosiła reklamację po jej przeczytaniu: dlaczego nie ma w niej w ogóle Niśka ? Gdyby Astrid Lingren jeszcze żyła, Julka napisałaby do niej list z prośbą o uzupełnienie tego braku ;-)

Czytałyśmy tę książkę z pewnym smutkiem, mimo że wcale smutna nie jest. Nie może nam być jednak wesoło ze świadomością, że to już ostatnia historia o Lotcie. Koniec. Finito. The end :-(((

Mimo wszystko jednak cieszę się, że nieocenione „Zakamarki” pojawiły się na naszym rynku w samą porę i wydały wszystkie te książeczki zanim ostatnia z moich córek zdążyła z nich definitywnie wyrosnąć. Chwała im za to i cześć !!!


P.S.

Spotykam się dość często z pytaniem o kolejność, w jakiej należy czytać książki tego cyklu. Odpowiedź jest prosta – wystarczy uważnie przyjrzeć się ilustracjom Ilon Wikland.

”Dzieciach z ulicy Awanturników”  Lotta to jeszcze trzy czy czteroletni maluszek z pulchnymi nóżkami. W „Lotcie z ulicy Awanturników””Pewnie, że Lotta umie jeżdzić na rowerze” wyraźnie podrosła i jest zbuntowaną pięciolatką. W  Pewnie, ze Lotta umie prawie wszystko” - to już całkiem spora panna, która dzielnie pomaga Mamie i Cioci Berg. A w ostatniej - „Pewnie, że Lotta jest wesołym dzieckiem” jeszcze urosła i wyleciał jej pierwszy ząb !


Astrid Lindgren „Pewnie, że Lotta jest wesołym dzieckiem”, przekł.: Anna Węgleńska, ilustr.: Ilon Wikland, wyd.: Zakamarki, Poznań 2009

środa, 17 grudnia 2008
Pewnie, że Lotta umie prawie wszystko

Ze mną to jest dziwnie. Ja tyle umiem. Skombinować choinkę i różne inne rzeczy. Tak, naprawdę umiem wszystko. (...) Chociaż oczywiście – dodała Lotta – nie umiem zjeżdżać slalomem !

   

Czy mogłabym napisać o tej książce coś, czego nie napisałam już przy okazji  ”Dzieci z ulicy Awanturników” i  ”Pewnie, że Lotta umie jeżdzić na rowerze” ? Chyba niewiele. Może tylko to, że jest to książka bardzo zimowa, trochę świąteczna, a swoją atmosferą przypomina ostatni rozdział z „Dzieci z ulicy Awanturników”.

Może jeszcze to, że książki o ulicy Awanturników udały się Astrid Lindgren dużo lepiej niż  cykl o Kati ;-)

Są w niej wszyscy, którzy tam być powinni, a więc: rodzice Lotty, i Jonas, i Mia Maria, i ciocia Berg, i jej piesek Skotty, i Nisiek (który znajduje się w poważnych tarapatach). Jest też parę innych osób i oczywiście Lotta. Bez niej nie było by tej książki.

Bez niej i bez ilustracji Ilon Wikland – uroczych jak zawsze. Szwedzka zima, która nam podarowała, choć trochę wynagradza to, co mamy za oknem. Spójrzcie na te obrazki i porównajcie. Czy tak wygląda zima ???

P.S. Tak - wiem oczywiście, ze w kalendarzu jest jeszcze jesień. I co z tego ? Ja chcę śniegu !!!


Astrid Lindgren „Pewnie, że Lotta umie prawie wszystko”, przekł.: Anna Węgleńska, ilustr.: Ilon Wikland, wyd.: Zakamarki, Poznań 2008

czwartek, 04 grudnia 2008
Kati w Paryżu

Przeczytałam  ”Kati w Ameryce”, przeczytałam  ”Kati we Włoszech” więc nie mogłam nie przeczytać „Kati w Paryżu” ;-) 

    

I to jest niestety jedyne uzasadnienie tej lektury :-( 

Paryż, którego już nie ma, opisywany w dodatku tak, że jeśli się nic o tym mieście nie wie, to ta lektura nic do tej wiedzy nie wniesie. Rozważania na tematy małżeńskie ciut anachroniczne ;-) i raczej mało interesujące dla współczesnych nastolatków. Pomysł zabrania w podróż poślubną najlepszej przyjaciółki, która w dodatku nie odstępuje nowożeńców ani na krok – co najmniej dziwny.

Astrid Lindgren potrafiła mistrzowsko opisać szczęśliwe dzieciństwo, bo takie właśnie sama miała. Opis szalonej młodzieńczej miłości i szczęśliwego zamążpójścia wyszedł jej gorzej - chyba nie miała okazji sama tego doświadczyć.

Reasumując - „Kati w Paryżu” to książka wyłącznie dla nieuleczalnych maniaków Astrid Lindgren, którzy w dodatku mają zwyczaj kończyć to, co zaczęli czytać ;-)

Astrid Lindgren „Kati w Paryżu”, przekł.: Anna Węgleńska, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2008

czwartek, 11 września 2008
"Świat Astrid Lindgren" w Vimmerby

O tym, że w Vimmerby – miasteczku, w którym urodziła się i wychowała Astrid Lindgren, istnieje poświęcony jej twórczości park tematyczny czyli  ”Świat Astrid Lindgren” dowiedziałam się w uroczej książki   ”Przygody Astrid – zanim została Astrid Lindgren”. Odkąd ją mamy, Vimmerby znalazło się na liście żelaznych punktów naszej Tour de Bałtyk.

              

Vimmerby powitało nas deszczem i słońcem. Potem na niebie ukazała się tęcza i było ją widać bardzo długo. Możecie się ze mnie śmiać, ale miałam wrażenie, że to sama Astrid Lindgren wita nas w ten sposób w mieście swojego dzieciństwa.

   

 „Astrid Lindgren Varld” nie przypomina Disneylandu. Zdecydowanie nie przypomina tez typowego wesołego miasteczka. Nie ma tam: po pierwsze - głośniej muzyki, po drugie – plastiku (szczególnie różowego), po trzecie - wyciągania z rodziców pieniędzy na każdym kroku. To miejsce jest po skandynawsku naturalne, a zabawy, które proponuje dzieciom – uroczo staroświeckie, np. chodzenie na szczudłach czy zabawa w „nie dotknąć ziemi”. Można też zrobić sobie zdjęcie jak na dawnym jarmarku.

      

Ceny biletów... no cóż... małe nie są (nawet jeśli się skorzysta z biletu rodzinnego), ale co jest w Szwecji tanie ? Pocieszające jest tylko to, że płaci się jedynie za wstęp, a w środku wszystkie atrakcje są już za darmo. Z wyjątkiem jedzenia i licznych sklepów z pamiątkami, ale trzeba im w tym miejscu oddać sprawiedliwość - oferują wyłącznie rzeczy związane z twórczością Astrid Lindgren. Jest też księgarnia z jej książkami, w której niestety (a może stety ? ;-) nie ma książek w języku polskim. Tylko od naszej siły woli zależy to, ile pieniędzy tam wydamy.

Zwiedzanie zaczęliśmy oczywiście od  ulicy Awanturników, gdzie na  naszą rodzinną Lottę oraz jej Niśka czekał nie tylko żółty dom Nymanów, ale także czerwony domek cioci Berg. Wyglądał tak, jakby gospodyni poszła właśnie do kuchni smażyć wafle dla gości, a na kanapie leżała jej robótka.

Następnie odbyłyśmy podróż  na Saltkrakan. W tym celu najpierw zmuszone byłyśmy odczekać w kolejce, która mojemu sceptycznemu Mężowi skojarzyła się z kolejką po papier toaletowy w zamierzchłych czasach PRL. No cóż - on w przeciwieństwie do nas nie należy do fanatyków twórczości Astrid ;-) Warto jednak było odstać swoje, bo potem miałysmy dużą frajdę w rozpoznawaniu scen z książki zainscenizowanych na trasie przejażdżki wagonikiem. Zresztą czekanie nie było wcale nudne, bo w trakcie można było oglądać fragmenty filmów o Saltkrakan.

Co było dalej ?  Zamek Mattisa, który Julka nazwała podróbą, bo Diabelska Czeluść nie była jej zdaniem należycie głęboka. No, ja się nie dziwię, że nie była !!! Wyobraźcie sobie co by było, gdyby wszystkie te dzieci kłębiące się po nim, zaczęły uważać, żeby do niej nie wpaść ;-)

      

                     

Następnie - Willa Śmiesznotka, gdzie obejrzeliśmy przedstawienie o Pippi i złodziejach i wcale nam nie przeszkadzało, że było po szwedzku.

          

Tam również zadziwiło nas drzewo, na którym wisiała masa smoczków, ale pozostało ono tajemnicą do rozwikłania następnym razem.

          

Potem była Dolina Wiśni z Zagrodą Jeźdźców i Dolina Kwitnących Róż z chatką Mateusza. Było nawet tajne przejście pod murem otaczającym dolinę, do którego wchodzi się przez kredens !

Oraz  Zagroda Katthult ze stolarnią. W sklepiku obok można było kupić ukochaną czapkę Emila i drewnianą strzelbę, a że dzieci były tam w większości jasnowłose, więc dookoła biegały tabuny Emilów. O – na przykład taki

           

I Domek Karlssona na dachu, do którego wchodziło się przez wielkomiejskie kamienice, a w dół zjeżdżało jedną z kilku zjeżdżalni.

           

Było jeszcze... wiele ciekawych rzeczy, ale nie będę odbierać przyjemności tym, którzy się tam wybiorą ;-)))

 „Astrid Lindgren Varld” jest adresowany przede wszystkim do dzieci szwedzkich – w tym języku odbywają się przedstawienia teatralne. Wystarczy jednak dobrze znać Jej książki – wtedy braki językowe nie będą przeszkodą w dobrej zabawie. Jednego tylko nie możemy odżałować – tego, że filmy o Saltkrakan były tylko w czterech językach: po szwedzku, duńsku, norwesku i fińsku. Moje  skandynawskie skrzywienie nie sięga jednak aż tak daleko, żebym zaczęła się ich uczyć. A może jednak... ???

piątek, 25 kwietnia 2008
Wiosna w Bullerbyn

               

Wiosna, wiosna już w powietrzu...

W moim ogrodzie po morelach, których kwitnienie jakoś nam umknęło w ogólnym zimnie i szaroburości, zakwitła śliwa. Rośnie tuż pod oknem naszej sypialni, więc co rano czuję się niemal jak Ania z Zielonego Wzgórza ;-)

Zmęczyła mnie już bardzo ta trwająca od ponad pół roku jesień. Obawiałam się, że już nam zostanie na zawsze tak szaroburo i ponuro, a kolejne pory roku oglądać będziemy tylko w książkach. Na przykład tych  zakamarkowych ... Zimę z prawdziwego zdarzenia w tym roku widziałyśmy właściwie tylko w   zimowej „Madice”, a na wiosnę mamy „Wiosnę w Bullerbyn”.

Wydarzenia opisywane w tej książce dzieją się trochę później niż „Dzieci z Bullerbyn”, bo malutka siostrzyczka Ollego – Kerstin jest tu już dziarsko chodzącym i sporo mówiącym, zbuntowanym dwulatkiem. „Wiosna” to właściwie zbiór scenek o tematyce wiosenne, trudno tu mówić o jakiejś akcji. Obok wiosennych zdarzeń, które pamiętamy z ”Dzieci”, jak łażenie po płotach w drodze ze szkoły czy opieka nad jagniątkiem Pontusem, znajdziemy też takie, których tam nie było. "Wiosna" to dobra ksiązka zarówno dla tych, którzy zaprzyjaźnili się już z dziećmi z Bullerbyn, jak i dla tych, którzy pierwszy raz się z nimi spotykają.

Kiedy pierwszy raz wzięłam „Wiosnę w Bullerbyn” do ręki, skojarzyła mi się ona z elementarzem Falskiego, z którego się uczyłam w szkole – w tej starszej wersji sprzed ilustracji Grabiańskiego. Podobny papier, format, kolory, realia i kreska – a wszystko tak mile staroświeckie.

Współczesna wieś (nie tylko szwedzka) wygląda oczywiście inaczej, ale jedno pozostaje niezmienne – ten wiosenny amok ogarniający dzieci. Ten rodzaj szaleństwa wynikający z potrzeby odreagowania długich miesięcy spędzonych w domu i spętania ciepłymi ubraniami. Jest w wiosennym powietrzu cos takiego, że dzieci staja się po prostu doładnie dzikie ;-)


P.S. A wieczorami czytam Julce  ”Ronję córkę zbójnika” i po raz kolejny zachwycam się tą książką. Trochę żal mi, że już ostatni raz towarzyszę dziecku w jego pierwszej wyprawie do tego świata, w pierwszym spotkaniu w Pupiszonkami, Wietrzydłami, Pieśnią Wilków i Huczącą Gardzielą...



Astrid Lindgren „Wiosna w Bullerbyn”, przekł.: Anna Węgleńska, ilustr.: Ilon Wikland, wyd.: Zakamarki, Poznań 2008

 
1 , 2 , 3
Tagi
Mały Pokój z Książkami

Wypromuj również swoją stronę