CZYLI O DOBRYCH KSIĄŻKACH DLA DZIECI NIE TYLKO DLA DZIECI
Kategorie: Wszystkie | A. Błotnicka | A. Chachulska | A. Frączek | A. Hest | A. Jaromir | A. Kamiński | A. Mcghee | A. Michaelis | A. Niemierko - Pająk | A. Piwkowska | A. Vestly | A. Znamierowski | A.Bradley | A.D.Mizielińscy | A.Holmberg | A.Lindgren | A.M. Grabowski | A.Onichimowska | A.Provoost | A.Tyszka | B. Cole | B. Gawryluk | B. Kaniewska-Pakuła | B. Leśmian | B. Lindgren | B. Massini | B. Moyeyaert | B. Ostrowicka | B. Rice | B. Wildsmith | B. Wróblewska | C. Beauvais | C. Compton | C. Frabetti | C. Kruusval | C. Wolff-Brandt | C.Funke | C.Rayner | C.Rees | Ch. Bjork | Ch. Dickens | Cz. Janczarski | D. Cali | D. Combrzyńska - Nogala | D. Geisler | D. Gellner | D. Walliams | D. Wawiłow | D.Terakowska | Dr. Seuss | E. Ainsworth | E. Beskow | E. Kozyra - Pawlak (aut.) | E. Piotrowska | E. Susso | E.Carle | E.H.Gombrich | E.Nowak | F. Nilsson | F.H. Burnett | G. Bąkiewicz | G. Gortat | G. Mancomble | G. Ruszewska | G. Whelan | G.Carson Levine | G.Kasdepke | Gro Dahle | H. Ch. Andersen | H. Tullet | Heekyong Kim | I. Angerborn | I. Chmielewska | I. Degórska | I. Desjardins | J. Birdsall | J. Chmielewska | J. Fabicka | J. Frey | J. Mikołajewski | J. Olech (autorka) | J. Picoult | J. Rudniańska | J. Schlansky | J. T. Wieslander | J. Tuwim | J. Wilkoń -autor | J. Wilson | J.P. Lewis | J.Papuzińska | K. DiCamillo | K. Levine | K. Lipka-Sztabałło (autor) | K. Mital | K. Pranić | K.Majgier | K.Siesicka | L. Anderson | L. Anholt | L. Bardijewska | L. Brooke | L. Fabisińska | L. Lowry | L. Olivier | L. Stafford | M. Amelin | M. Brykczyński | M. Ekier | M. Galica | M. Happach | M. Kita | M. Kowaleczko - Szumowska | M. Matlin | M. Miklaszewska | M. Niklewiczowa | M. Oklejak (autorka) | M. Oworuszko | M. Parr | M. Prześluga | M. Rusinek | M. Sasek | M. Skibińska | M. Szczygielski | M. Waltari | M. Widmark | M. Zarębska | M.Gutowska-Adamczyk | M.K.Piekarska | M.Strzałkowska | M.Wollny | Marcel A. Marcel | N. Streatfield | P. Beręsewicz | P. Goes | P. Lindenbaum | P. Maar | P. Pawlak - autor | R. Kipling | R. Kosik | R. Lagercrantz | R. McCormick | R. Mueller | R. Piątkowska | R. Riordan | R.Dahl | R.Jędrzejewska-Wróbel | S. Crossan | S. McBratney | S. Nyhus | S. Scherrer | Shaun Tan | Suzy Lee | T. Jansson | T. Trojanowski | U. Stark | V. Howie | W. Holzwarth | W.Widłak | Yvan Pommaux | Z. Orlińska | albumy | atlasy | piosenki | serie | składanki | tradycyjne | varia | Ł. Wierzbicki
RSS
środa, 18 stycznia 2012
Anyżowa Warownia

 

 

Mitologiczny Świr Mojej Najmłodszej Córki stracił był ostatnio nieco na intensywności. Powód pierwszy to brak pożywki, bo pomału
wyczerpują nam się lektury na ten temat. Powód drugi – bo
(poniekąd z powodu pierwszego ;-) zmuszona była sięgnąć po
książki o innej tematyce i padło na Atramentową Trylogię
Cornelii Funke, co skutecznie zajęło ją na dobrych kilku tygodni.
Co tam zajęło ? Zassało zupełnie tak jak wcześniej książki
Riordana i skłoniło do konstatacji, że to właśnie Cornelia Funke
jest zdecydowanie jej ulubioną pisarką.

 Uświadomiłam sobie przy tej okazji, że jest jeszcze jedna książka tej autorki, którą lubimy, a której tu nie opisałam - „Anyżowa Warownia”.

   

 

Każdego ranka karmienie węży, w środy i soboty wycieranie kurzu z
czarodziejskich ksiąg, raz w tygodniu zdrapywanie mchu z grzyw
kamiennych lwów. A tylko raz w roku turniej w Mrocznej Skale. Tutaj
nigdy nie dzieje się nic ciekawego – tak przynajmniej uważała
Igerna. Rzeczywiście – można by pomyśleć, że nie ma na świecie
nudniejszego miejsca niż Anyżowa Warownia  !!!

 Anyż należał do rodziny Igerny od trzystu lat. Wybudował go
praprapraprapradziadek jej matki. (Może i tych „pra” było
trochę więcej, ale tego dziewczynka dokładnie nie wiedziała).
Zamek nie był duży, miał tylko jedną krzywą basztę, mury zaś
miały dokładnie metr grubości. Dla Igerny była to jednak
najpiękniejsza warownia na świecie. Anyżowy dziedziniec zdobiły
polne kwiatki, które wyrastały spomiędzy kostek bruku. Pod dachem
baszty gnieździły się jaskółki, a w fosie porośniętej białymi
liliami mieszkały węże wodne. Bramy zamku strzegły dwa kamienne
lwy, trzymając wartę wysoko, na gzymsie murów. Gdy Igerna
zdrapywała im z grzyw mech, mruczały jak małe kotki, ale gdy
zbliżał się ktoś obcy, szczerzyły kamienne kły i ryczały tak
przeraźliwie, że truchlały nawet wilki w pobliskim lesie.

 Lwy nie były jedynymi strażnikami Anyżowej Warowni. Z szarych murów na przybyszy spoglądały również kamienne maszkarony, które na
widok obcych robiły potworne miny. Lecz gdy Igerna łaskotała je w
nos jaskółczym piórem, straszydła chichotały tak, że
grzechotały kamienie w murach twierdzy. Przepastne pyski maszkaronów potrafiły połykać armatnie kule, a płonącymi strzałami
delektowały się, jakby na świecie nie było lepszego przysmaku.

 Jednak maszkarony już dawno nie chrupały strzał, bo nikt od wielu lat nie atakował Anyżowej Warowni. Kiedyś, jeszcze przed narodzinami
Igerny, zamek często bywał szturmowany, jej rodzina posiadała
bowiem czarodziejskie księgi, o których marzył niejeden
możnowładca. Chcąc zagarnąć magiczny księgozbiór, Anyż
najeżdżali rozbójnicy, książęta, baronowie, a nawet dwóch
króli. Ale nastały spokojniejsze czasy.

 Te spokojniejsze czasy skończyły się jak na zawołanie tuż przed
dziesiątymi urodzinami Igerny. Piękna Melisanda i sir Lamorak - jej
rodzice, wyczarowując prezenty urodzinowe dla córki omyłkowo
zamienili się w prosięta, a tymczasem pojawił się ktoś, kto
bardzo chciał zająć ich zamek i wejść w posiadanie Śpiewających
Ksiąg. Inny Ktoś musiał więc szybko zdobyć włosy olbrzyma,
niezbędne do odczarowania rodziców, a tym kimś musiała być
właśnie ona, mimo że młodsza i że dziewczynka...

 Albert, starszy brat Igerny chciał zostać czarodziejem jak rodzice. Ale
Igernie magia wydawała się nudna. Zaklęcia, czarodziejskie
formułki, listy składników magicznych proszków i nalewek –
wkuwanie tego wszystkiego przyprawiało ją o ból głowy. Wolała,
jak jej pradziadek Pellas z Anyżu, być szlachetnym rycerzem, ktory
walczył na turniejach i od rana do wieczora przeżywał przygody.
Albert śmiał się z Igerny, ale tak to już bywa czasem ze
starszymi braćmi, a tymczasem teraz on był potrzebny w Anyżu, a
jego młodsza siostra musiała wyruszyć na samotną wyprawę...
 

Anyżowa warownia” to opowieść o mniejszym ciężarze gatunkowym niż inne znane nam książki Cornelii Funke. Lekka, żartobliwa i w
żadnym momencie nie pozostawiająca wątpliwości co do tego, że
wszystko skończy się dobrze. A w dodatku pokazująca wyraźnie, że
jeśli dziewczynka o czymś na prawdę marzy, to nie ma powodu, aby w realizacji tych marzeń ograniczał ją fakt, że jest dziewczynką
;-)

 Czyli – jest to kolejna książka o dziewczynkach – wbrew
stereotypom - ale to wcale nie znaczy, że jest to lektura
wyłącznie dla nich...

  

Cornelia Funke „Anyżowa warownia” (ilustracje Autorki), przekł.:
Małgorzata Słabicka, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa  2008

 

czwartek, 27 stycznia 2011
Król złodziei

 

Gdy Wiktor po raz pierwszy usłyszał o Prosperze i Bo, w księżycowym mieście była jesień. Słońce odbijało się w kanałach i zalewało stare mury złotem, ale od morza wiał lodowaty wiatr, jak gdyby chciał przypomnieć ludziom o zbliżającej się zimie. W powietrzu czuło się już przedsmak śniegu, a jesienne słońce ogrzewało tylko skrzydła aniołom i smokom na dachach.

Wiktor Getz, detektyw. Śledztwa każdego rodzaju. - taki napis mieścił się na drzwiach jego biura. Estera i Max Hartlibowie właśnie kogoś takiego szukali. Kogoś, kto w labiryncie weneckich kanałów, zaułków, placów i mostów będzie potrafił odnaleźć dwóch małych uciekinierów. Po śmierci Mamy ich jedyną krewną była właśnie Estera, ale ona chciała zaopiekować się tylko młodszym z chłopców, starszego umieszczając w internacie. Bracia nie chcieli zostać rozdzieleni i uciekli – najprawdopodobniej do Wenecji.

Dlaczego akurat tam - przez całą Europę ? Bo ich Mama bez przerwy opowiadała chłopcom o tym mieście. Że są tu skrzydlate lwy i kościoły ze złota, że na dachach stoją anioły i smoki, a po schodach przy kanałach wychodzą nocami wodniki. (...) Wenecja, Wenecja, Wenecja ! Mały Bo ciągle malował skrzydlate lwy, a Prosper dosłownie chłonął każde słowo matki.

Wiktor sceptycznie podszedł do tego zlecenia. Nie wierzył, że chłopcom udało się dotrzeć do miasta, jednak okazało się to prawdą. Razem z kilkorgiem innych bezdomnych dzieci mieszkali w nieczynnym kinie „Pod gwiazdami”, a cała grupa pozostawała pod opieką tajemniczego Króla złodziei...

Tak zaczyna się ta książka, o której Julka (lat obecnie 11) mówi moja ulubiona, a która wcześniej była też ukochaną lekturą Ani. Książka niezwykła, na poły realna, na poły magiczna – tak jak niezwykłe, na poły realne, na poły magiczne jest to miasto.

Jeśli mogę tak stwierdzić na podstawie dwuosobowej próby moich córek - ta lektura rozpala apetyt na Wenecję i pozostawia jej niedosyt... Kiedy Ania zaczęła domagać się kolejnych weneckich książek odkryłam z żalem, że ich właściwie nie ma :-( Znalazłam jedną, ale w streszczeniu na okładce była mowa o walce armii weneckiej z silami egipskimi pod wodzą zmartwychwstałego z mumii faraona. W XIX wieku !!! Jest jeszcze „Vendela w Wenecji”, ale „Zakamarki” jakoś nie kwapią się z jej wydaniem :-(

Znalazłam też wtedy coś dla siebie – serię weneckich kryminałów Donny Leon i było to jedno z moich fajniejszych odkryć książkowych, a komisarz Guido Brunetti jest nadal moim ulubionym policjantem. Z każdym kolejnym tomem z radością spotykam się z nim, z jego żoną Paolą i ich dziećmi oraz jego współpracownikami z weneckiej komendy. W napięciu czekam na informację, co tym razem Paola przyrządziła na kolację, oraz na wzmianki o kreacjach signoriny Elettry. Wątki kryminalne są tam dla autorki - Amerykanki od lat mieszkającej w Wenecji jedynie pretekstem do opowieści o prawdziwym życiu w tym mieście – poza sezonem i w miejscach, gdzie nie docierają turyści. Oczywiście nie są to lektury dla nastolatków, ale jeśli prawie pełnoletnia Ania będzie szukała czegoś do czytania, podsunę jej chyba „Śmierć w La Fenice”.

Julka na Donnę Leon będzie musiała jeszcze poczekać, ale dla niej „Król złodziei” miał inny ciąg dalszy. Jakiś czas temu trafiłam przypadkiem na ekranizację tej książki pod mylącym polskim tytułem „Złodziejaszki” (w oryginale i książka, i film noszą tytuł „Herr der Diebie”). Film na szczęście nie jest produkcją hollywoodzką tylko niemiecką i generalnie trzyma się treści książki. Wenecja jest tam prawdziwa, a nie zbudowana w atelier, a postaci wyglądają tak, jak je wymyśliła Cornelia Funke. Nie policzę, ile razy Julka go oglądała, ale jest to zdecydowanie jej ulubiony film.

  


Cornelia Funke „Król złodziei” (z ilustracjami autorki), przekł.: Anna i Miłosz Urban, wyd.: Egmont, Warszawa 2003

środa, 09 grudnia 2009
Kiedy Świety Mikołaj spadł z nieba

czyli kolejna historia z cyklu: Zasadniczo nie lubię takich książek, ale... ;-)

  

Nie przypominam sobie, żeby Święty Mikołaj odegrał jakąś szczególną rolę w moim dzieciństwie. Prezenty (zarówno drobiazgi mikołajkowe, jak i te większe pod choinką) pojawiały się same i chyba od zawsze wiedziałam, że podkładają je Rodzice ;-) Z przebierańcem rozdającym prezenty spotkałam się pewnie kilka razy na zabawach choinkowo karnawałowych w pracy u rodziców i w szkole, ale (ponieważ wychowywałam się w Bydgoszczy) ten przebieraniec był raczej Gwiazdorem niż Świętym Mikołajem. Nie widywałam go także zbyt często na pocztówkach i opakowaniach, bo tych w siermiężnych czasach PRL raczej nie było. O reklamach w ogóle nikt nawet nie śnił ;-)


W czasach dzieciństwa moich córek wszystko jest inaczej. Znanego mi wcześniej Mikołaja – biskupa i świętego Kościoła zastąpił rubaszny grubas w stroju krasnoludka rodem z reklamy „Coca – coli”. Święty od miłości i dzielenia się ustąpił pola bożkowi zakupów, patronowi supermarketów, a ten pojawia się jeszcze przed Adwentem i nie ma przed nim ucieczki.


Mikołajowy Uzurpator rozpanoszył się również w książkach dla dzieci i sprowadza sens Świąt Bożego (przecież !) Narodzenia li i jedynie do prezentów, których powinno być jak najwięcej i które należą się każdemu jak nie przymierzając psu micha. Dlatego książki mikołajowe to kategoria książek świątecznych, której nie lubię najbardziej, bo wszystko w nich obraca się wokół prezentów, a ich brak (a raczej taka groźba, bo przecież wszystko zawsze kończy się dobrze) równoznaczny jest z brakiem Świąt.


Historia, którą opowiada Cornelia Funke jest inna..

W nocy z dziewiątego na dziesiątego grudnia nadciągnęła z północy straszna burza. Niezliczone błyskawice przewiercały ciemności, a grzmot piorunów przetaczał się po czarnym niebie niczym łoskot wykolejonego pociągu towarowego.

Właśnie ta burza była przyczyną, dla której wóz Niklasa Julebukka wylądował na ulicy Mgielnej. Wóz trochę dziwny, jakby cyrkowy, a Niklas Julebuk był... no właśnie – tu się zaczynają problemy translatorskie :-(

Tłumaczka określiła go jako zawodowego Świętego Mikołaja i używała tej nazwy konsekwentnie w całej książce, łącznie z jej tytułem. Tymczasem w oryginale był to Weihnachtsmann czyli po naszemu Gwiazdor *, znany dobrze mieszkańcom Wielkopolski i okolic. Nie jest on bynajmniej synonimem Świętego Mikołaja, ma swoje własne miejsce w bożonarodzeniowej tradycji, choć i jego pomału wypiera Uzurpator.

Niklas Julebukk jest ostatnim prawdziwym Weihnachtsmannem. Ostatnim, bo władzę w tej branży przejął (przy pomocy Dziadków do orzechów) niejaki Waldemar Dzieciosrogi, który dąży do absolutnej komercjalizacji Świąt.

Tak, ten Waldemar to oślizgły obrzydliwiec. (...) Świętym Mikołajom rozkazał podróżować na saniach motorowych, a z renów zrobił salami. Przekonał innych Mikołajów, aby listy z życzeniami i prośbami od dzieci wyrzucali do kosza, a zamówienia tak naprawdę przyjmowali tylko od rodziców – za zaliczką rozumie się. No i kiedy przyjdzie wieczór wigilijny, zamówienia są hurtem dostarczane do domów. Masówka.

Waldemar D. wygląda wypisz wymaluj jak Santa Claus czyli dobrze nam znany Uzurpator.


Ta książka to protest – song przeciwko utożsamianiu Świąt z górą prezentów i to koniecznie bardzo drogich.

Dzięki spotkaniu z Niklasem Ben przekonał się, że najpiękniejsze prezenty, to wcale nie te które można kupić w sklepie. To książka o przyjaźni, miłości, życzliwości, bo to jest najważniejsze podczas Świat.

No i oczywiście jeszcze żeby padał śnieg ;-)


I okazuje się, ze wcale nie są potrzebne kolorowe i błyszczące ilustracje. Te, które stworzył Paul Howard - ołówkowe, w różnych odcieniach szarości, zupełnie jak świat w początkach grudnia, w zupełności wystarczają, aby oddać nastrój ciepłej opowieści Cornelii Funke.


Cornelia Funke „Kiedy Święty Mikołaj spadł z nieba”, przekł.: Anna Wziątek, ilustr.: Paul Howard, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2007


* Cyt. za Wikipedią – hasło Gwiazdor

Wywodzi się z dawnych grup kolędników, zaś nazwa od noszonej przez nich gwiazdy. Była to postać ubrana w baranicę i futrzaną czapę, z twarzą ukrytą pod maską lub umazaną sadzą. Gwiazdor nosił ze sobą wór z podarkami i rózgę. Odpytywał on dzieci z pacierza, znał dobre i złe uczynki i w zależności od wyniku wręczał prezent lub bił rózgą.

Obecnie postać Gwiazdora upodobniła się do św. Mikołaja, zaś z dawnych atrybutów pozostała mu rózga, którą wymierza karę niegrzecznym dzieciom. Nadal jednak częsty jest zwyczaj obchodzenia domów przez osoby przebrane za Gwiazdora, które za opłatą wręczają prezenty i pytają domowników, przeważnie dzieci, o zachowanie w ciągu roku, znajomość modlitw, wierszy, bądź kolęd. Współcześnie na skutek migracji oraz wpływu mass-mediów i działalności centrów handlowych, część mieszkańców Wielkopolski i Kaszub porzuciło tradycję Gwiazdora na rzecz św. Mikołaja, nadal jednak w tych regionach znacznie popularniejszy jest Gwiazdor.

Zachęcam ponadto do lektury bardzo ciekawego artykułu „Jak Santa Claus zastąpił Świętego Mikołaja”.

wtorek, 04 grudnia 2007
Smoczy jeździec

     

Smoczy jeździec” był trzecią po  ”Atramentowym sercu” i „Królu złodziei” książką Cornelii Funke, która ukazała się w Polsce. Tamte dwie bardzo się spodobały Ani, więc czekała na nią niecierpliwie. Żeby ją dostać na Mikołajki dwa lata temu, musiałam urządzić niemal polowanie z nagonką, ale udało się ! I tu niestety nastąpiło rozczarowanie :-( Okazało się, że jest ona adresowana do czytelnika zdecydowanie młodszego, więc nie bardzo przypadła Ani do gustu. Za to dwaj znajomi, niespełna dziesięcioletni chłopcy byli nią zachwyceni.

Nauczona tym doświadczeniem zabrałam „Smoczego jeźdźca” na zeszłoroczne wakacje i zaczęłam czytać Julce – podówczas sześcioipółletniej. Tym razem książka odniosła zasłużony sukces :-))) Wystarczyło nam czytania na całe dwutygodniowe wczasy – w końcu to ponad 400 stron. Po jakimś czasie wróciłyśmy do niej, a dziś skończyłyśmy czytanie trzecie :-)

Smoczy jeździec” to powieść drogi. Razem ze srebrnym smokiem Lungiem, koboldką Siarczynką i chłopcem Benem odbywamy podróż ze Szkocji w Himalaje w poszukiwaniu Skraju Nieba – mitycznej ojczyzny smoków i miejsca, gdzie będą mogły ukryć się przed wszechobecnymi ludźmi. Jest to podróż przez świat, jakiego istnienia nawet się nie domyślamy. Wędrowcy musieli unikać ludzi (gdyby było inaczej pewnie nie dotarliby do celu), za to spotkali wiele baśniowych stworzeń – mniej i bardziej sympatycznych. Bazyliszek, Dżin o Tysiącu Oczu, Wąż morski – to tylko nieliczne z nich (że o gadającym szczurze – kartografie i jego kuzynce pilotce nie wspomnę ;-)

Smoczy jeździec” to opowieść o przyjaźni, lojalności i współpracy. Tylko dzięki nim wędrowcom udało się nie tylko odnaleźć Skraj Nieba, ale również pokonać Parzymorta Złotego – odwiecznego wroga smoków.

Złoto będzie mniej warte niż srebro, gdy powróci Smoczy Jeździec- tak głosiła przepowiednia powtarzana w legendach i tak się stało.

- Ale to nie opowieści go pokonały – powiedział Ben.         - Prawda, my to zrobiliśmy – krzyknęła Siarczynka, rozkładając szeroko ramiona. - My wszyscy razem. Koboldy, smoki, człowiek, homunkulus, krasnal i szczur. Niezła z nas mieszanka rozpuszczająca !

Smoczy jeździec” to także opowieść o przeznaczeniu - to co nam jest pisane, wydarzy się, jeśli tylko odważymy się podążyć za jego głosem, nawet gdyby wydawało się to nierozsądne. Jeśli Ben zachowywałby się rozsądnie, to uciekłby ze starego spichrza w którym spotkał Lunga i Siarczynkę, a juz na pewno nie wsiadłby na smoka i nie wyruszył w podróż w nieznane. Gdyby zachował się rozsądnie... nie dowiedziałby się, że jest Smoczym Jeźdźcem, nie zyskałby dozgonnej przyjaźni homunkulusa i nie znalazłby rodziny.

Czasem w życiu warto zaryzykować – ale czy naprawdę było warto, wiedzieć będziemy dopiero wtedy, kiedy to zrobimy ;-)



Cornelia Funke „Smoczy jeździec” (ilustrowała Autorka), przekł.: Anna i Miłosz Urban, wyd.: Media Rodzina, Poznań 2005

środa, 31 października 2007
Atramentowa śmierć

Dobra wiadomość dla wszystkich wielbicieli  ”Atramentowego świata” - a jest ich sporo, sądząc choćby po ilości entuzjastycznych wpisów pod moją recenzją „Atramentowego serca”. Trzeci tom - „Atramentowa śmierć” już się ukazał po niemiecku. Miejmy nadzieję, że na polskie wydanie nie trzeba będzie czekać zbyt długo.

  Dobre wiadomości są nawet dwie ;-) Na jesień przyszłego roku zapowiadana jest premiera ekranizacji „Atramentowego serca”.  Tu możecie obejrzeć kilka zdjęć z tego filmu.

 

18:17, agnieszka_azj , C.Funke
Link Komentarze (35) »
niedziela, 17 września 2006
Atramentowe serce

  

Tamtej nocy padał deszcz – drobny, szemrzący deszcz. Jeszcze wiele lat później wystarczyło, że Meggie zamknęła oczy, a znów go słyszała, jakby ktoś stukał w szybę delikatnymi paluszkami. Dziewczynka nie mogła zasnąć, więc wyciągnęła książkę, którą miała pod poduszką. Podeszła do okna, żeby zapalić świecę i wtedy usłyszała kroki na zewnątrz. Ujrzała postać, kryjącą się w mroku... Kim był ten człowiek ? Po co przybył i dlaczego nazywał jej Ojca Czarodziejskim Językiem ???

Nic z tego. :-)))

Ode mnie się tego nie dowiecie – musicie przeczytać „Atramentowe serce”. Streszczając tu jego fabułę, odebrałabym Wam całą przyjemność lektury, a takiego świństwa nie potrafię zrobić nikomu.

Nic na to nie poradzę :-( Nie potrafię - i dlatego mam teraz spory problem.

Jak, nie ujawniając tajemnicy treści książki opisać jej niezwykły urok, który kryje sie przede wszystkim w pomyśle fabuły ? Jednak spróbuję... Przede wszystkim jest to książka o książkach i o ludziach, którzy je tworzą. Książka o miłości do książek i o radościach, które się z nimi wiążą, ale także o niebezpieczeństwach, jakich mogą stać się przyczyną. „Atramentowe serce” jest także próbą odpowiedzi na pytanie - czy pisarz, który opisuje na kartach swoich książek odrębny świat, tworzy go od nowa, czy jedynie ujawnia jego istnienie ? Czy świat ów istnieje tylko w tej części, którą znamy z książki, czy może autor opisał jedynie jego wycinek, a całość funkcjonuje gdzieś poza nią ? Kto ma decydujący wpływ na wydarzenia – pisarz czy postaci, które powołał do życia ?

Każdy rozdział zaczyna się cytatem z jakiejś klasycznej książki dziecięcej czy młodzieżowej, a cytat ów łączy się z tym, co wydarzy się w tym rozdziale. Dzięki temu zabiegowi uświadamiamy sobie, że w książkach właściwie wszystko już było. Mimo to autorce udało się stworzyć z tych znanych od dawna motywów opowieść zupełnie nową i zaskakującą.

Na drzwiach pracowni introligatorskiej Mo, ojca Meggie widniał  napis: Niektórych książek wystarczy skosztować, inne się połyka, a tylko nieliczne trzeba przeżuć i strawić do końca. „Atramentowe serce” należy do tych ostatnich. Obie z Anią czytałyśmy je nie jeden raz, bo jest to jedna z tych książek dla młodzieży, po którą z przyjemnością sięgną również dorośli. Dla Zosi jest to jeszcze lektura zbyt trudna do samodzielnego przeczytania. Nie odważyłabym się jednak czytać jej tego na głos...  Dlaczego ?

Ode mnie się tego nie dowiecie...   ;-)))

A gdy już ją przeczytacie, na pewno się ucieszy Was wiadomość, że lada moment ukaże się drugi tom "atramentowej" trylogii - „Atramentowa krew”

  

  


Cornelia Funke „Atramentowe serce” (z ilustracjami autorki), przekł.: Jan Koźbiał, wyd.: Egmont, Warszawa 2005

Archiwum
Tagi
Mały Pokój z Książkami

Wypromuj również swoją stronę