CZYLI O DOBRYCH KSIĄŻKACH DLA DZIECI NIE TYLKO DLA DZIECI
Kategorie: Wszystkie | A. Błotnicka | A. Chachulska | A. Frączek | A. Hest | A. Jaromir | A. Kamiński | A. Mcghee | A. Michaelis | A. Niemierko - Pająk | A. Piwkowska | A. Vestly | A. Znamierowski | A.Bradley | A.D.Mizielińscy | A.Holmberg | A.Lindgren | A.M. Grabowski | A.Onichimowska | A.Provoost | A.Tyszka | B. Cole | B. Gawryluk | B. Kaniewska-Pakuła | B. Leśmian | B. Lindgren | B. Massini | B. Moyeyaert | B. Ostrowicka | B. Rice | B. Wildsmith | B. Wróblewska | C. Compton | C. Frabetti | C. Kruusval | C. Wolff-Brandt | C.Funke | C.Rayner | C.Rees | Ch. Bjork | Ch. Dickens | Cz. Janczarski | D. Cali | D. Combrzyńska - Nogala | D. Geisler | D. Gellner | D. Walliams | D. Wawiłow | D.Terakowska | Dr. Seuss | E. Ainsworth | E. Beskow | E. Kozyra - Pawlak (aut.) | E. Piotrowska | E. Susso | E.Carle | E.H.Gombrich | E.Nowak | F. Nilsson | F.H. Burnett | G. Mancomble | G. Ruszewska | G. Whelan | G.Carson Levine | G.Kasdepke | Gro Dahle | H. Ch. Andersen | H. Tullet | Heekyong Kim | I. Angerborn | I. Chmielewska | I. Degórska | I. Desjardins | J. Birdsall | J. Chmielewska | J. Fabicka | J. Frey | J. Mikołajewski | J. Olech (autorka) | J. Picoult | J. Rudniańska | J. Schlansky | J. T. Wieslander | J. Tuwim | J. Wilkoń -autor | J. Wilson | J.P. Lewis | J.Papuzińska | K. DiCamillo | K. Levine | K. Lipka-Sztabałło (autor) | K. Pranić | K.Majgier | K.Siesicka | L. Anderson | L. Anholt | L. Bardijewska | L. Brooke | L. Fabisińska | L. Lowry | L. Olivier | L. Stafford | M. Amelin | M. Brykczyński | M. Ekier | M. Galica | M. Happach | M. Kita | M. Kowaleczko - Szumowska | M. Matlin | M. Miklaszewska | M. Niklewiczowa | M. Oklejak (autorka) | M. Oworuszko | M. Parr | M. Prześluga | M. Rusinek | M. Sasek | M. Skibińska | M. Szczygielski | M. Waltari | M. Widmark | M. Zarębska | M.Gutowska-Adamczyk | M.K.Piekarska | M.Strzałkowska | M.Wollny | Marcel A. Marcel | N. Streatfield | P. Beręsewicz | P. Goes | P. Lindenbaum | P. Maar | P. Pawlak - autor | R. Kipling | R. Kosik | R. Lagercrantz | R. McCormick | R. Mueller | R. Piątkowska | R. Riordan | R.Dahl | R.Jędrzejewska-Wróbel | S. Crossan | S. McBratney | S. Nyhus | S. Scherrer | Shaun Tan | Suzy Lee | T. Jansson | T. Trojanowski | U. Stark | V. Howie | W. Holzwarth | W.Widłak | Z. Orlińska | albumy | atlasy | piosenki | serie | składanki | tradycyjne | varia | Ł. Wierzbicki
RSS
piątek, 30 września 2016
Wanda Chotomska. Nie mam nic do ukrycia.

 

To nie jest książka dla dzieci.

Jest dla tych dorosłych, którzy jako dzieci czytali utwory Wandy Chotomskiej – czyli dla... wszystkich, bo nie ma w Polsce osoby, która by się z jej twórczością nie zetknęła.

   chotomska

Pierwszą ważną książką w moim życiu było „Abecadło krakowskie” - sympatyczna rymowana historia wędrówki Słoneczka po Krakowie, w której każdej literze alfabetu przypisane było jakieś ważne miejsce lub rzecz w tym mieście. Uwielbiałam ją, znałam ją na pamięć i na niej właśnie nauczyłam się czytać. Jak opowiada moja Mama, jeszcze zanim posiadłam tę umiejętność, po mistrzowsku ją udawałam - czytałam na głos recytując z pamięci, ale palcem cały czas wodziłam po tekście utrzymując tempo ;-) Dzięki „Abecadłu” nie tylko nauczyłam się alfabetu, ale także poznałam Kraków na długo przedtem, zanim tam pojechałam. Do dziś pamiętam, co było pod każdą literą: od Akademii Sztuk Pięknych po dzwon Zygmunta przez Elementarz, Fafika i Igrce. Pamiętam też zakończenie – z przymrużeniem oka łączące genius loci z duchem czasów, w których powstawało: Zachwycony Krakowem i uroczą wycieczką, wszystkim padam do nóżek – Obywatel Słoneczko.

Kiedy wreszcie zobaczyłam Kraków na własne oczy... rozczarowałam się srodze. W tzw. realu wczesnych lat siedemdziesiątych nie dorastał do tego z ilustracji Jana Marcina Szancera, szczególnie w mroźną, ale bezśnieżną zimę.

   abecadło krakowskie


Myślę, że nie będzie przesadą, jeśli powiem, że od „Abecadła” zaczęło się wszystko, co w moim życiu ważne, czyli maniackie czytanie i zainteresowanie historią. Nie mam już tamtej książki z mojego dzieciństwa, zapewne padła ofiarą naszej przeprowadzki do Warszawy, kiedy rodzice stojący wobec konieczności spakowania i przewiezienia własnego, niemałego księgozbioru, drastycznie ograniczyli mój, oddając wszystkie książki, z których już wyrosłam. Pamiętałam ją doskonale – jej tytuł, ilustratora (bo kreska Szancera jest nie do pomylenia), ale nie wiedziałam, kto był autorem. Dopiero po wielu latach odkryłam, że napisała ją Wanda Chotomska.

Nie był to, jak się okazuje, mój pierwszy kontakt z jej twórczością, bo przecież (jak wszystkie dzieci wówczas) oglądałam w telewizji Jacka i Agatkę !

 W ogromnym dorobku Wandy Chotomskiej nie da się wskazać jednego utworu, który znają wszyscy, jak „Lokomotywę”, „Akademię Pana Kleksa” czy „Dzieci z Bullerbyn”. Nie ma jednak osoby (nawet wśród tych, które kontakt z książką miały i mają niewielki), która by się żadnym z jej utworów nie zetknęła – jeśli nie z podręcznika do języka polskiego to chociażby jako piosenki Gawędy. Czy był w Polsce ktoś, kto w latach siedemdziesiątych nie słyszał choć raz „Gry w kolory” ?

Nie należałam do Gawędy, ale miałam tam koleżanki, chodziłam na ich koncerty, słuchałam płyt i wszystkie piosenki, które na nich były, umiałam na pamięć.

Moje córki najlepiej znają chyba „Tadka niejadka”. Czarna płyta z tym słuchowiskiem (z cudowną Ireną Kwiatkowską w roli Babci !) pochodziła z czasów dzieciństwa mojego Męża, a ja przegrałam ją dla dziewczyn na kasetę magnetofonową. Kiedyś usłyszałam, jak któraś z nich śpiewa piosenkę o balonikach uwzględniając w niej to miejsce, w którym podczas nagrywania płyta się zacięła ;-)

Barbara Gawryluk przez dwa lata odwiedzała Wandę Chotomską w jej mieszkaniu na rogu Tamki i Warszawy i... rozmawiały. Te rozmowy (jak mogliśmy dowiedzieć się na bardzo miłym spotkaniu w Muzeum Książki Dziecięcej) zaczynały się w chwili, gdy gospodyni otwierała drzwi mieszkania, a kończyły dopiero, kiedy za gościem zamykały się drzwi windy. Rozmawiały o wszystkim począwszy od najwcześniejszego dzieciństwa Poetki, przez wojnę i lata tużpowojenne, ale najwięcej oczywiście jest opowieści o literaturze i literatach, o książkach, spotkaniach autorskich i podróżach. Rozmowom towarzyszyło przeglądanie zawartości przepastnych szuflad pełnych zdjęć, listów, ręko- i maszynopisów, nierzadko budzących zaskoczenie ich właścicielki. Wiele z tych znalezisk znalazło się w książce, a dwa być może będą miały ciąg dalszy... ;-)

Są tam też opowieści licznych znajomych z branży (i nie tylko). Wszystkich nie wymienię, ograniczę się tylko do Joanny Papuzińskiej, Bohdana ButenkiGrzegorza Kasdepke, który powiedział tam: Szwedzi mają Astrid Lingdren, Finowie Tove Janson, a Polacy - Wandę Chotomską. Naprawdę nie wyszliśmy na tym źle !

Też tak uważam – szczególnie, że Polacy znają świetnie książki obu tych autorek, a czy Skandynawowie mieli okazję poznać twórczość Wandy Chotomskiej ???

 

P.S. Cieszę się, że ja również w maciuciupuleńkim stopniu przyczyniłam się do tej publikacji, bo dedykacja Będzie miała Ania dużo do czytania pochodzi z książki „Tańce polskie”, którą moja córka przyniosła ze spotkania w swojej szkole :-)

 

 

Barbara Gawryluk „Wanda Chotomska. Nie mam nic do ukrycia”, wyd.: Marginesy, Warszawa 2016

 

 

sobota, 14 marca 2015
Czarna, Klifka i tajemnice z dna morza

 

   

 

Siedział sam w ostatniej ławce pod oknem. Często wyłączał się z lekcji i gapił przez nie. W oddali widac było wypływające w morze statki. Coraz mocniej czuł, że chce znaleźć się na pokładzie któregoś z nich.

Teraz właśnie, w czasie długiej przerwy, obserwował wielki, biały prom z napisem „PRINCESSA”. Statek powoli wychodził w morze. Ivan miał wrażenie, że słyszy buczenie syreny i widzi ludzi machających z górnego pokładu...

Od pierwszych słów tej książki zazdrościłam jej bohaterowi tego, że mieszka w Gdyni i ma na co dzień morze na wyciągnięcie ręki, Choć obawiam się, że ja, mając taki widok z okna klasy, miałabym duże problemy z nauką ;-) Wzdychałam tęsknie towarzysząc mu podczas spaceru z psem po plaży czy kiedy obserwował statki ze szczytu redłowskiego klifu. A gdy w dodatku, dzięki tajemniczemu listowi sprzed lat, w czasie wakacji dotarł na Gotlandię, moja zazdrość niepokojąco wzrosła, bo tę wyspę znam tylko z serialu o Pippi i z serii kryminałów Mari Jungstedt.

Ivan jest Polakiem, a swoje nietypowe imię, które często bywa źródłem problemów, zawdzięcza tacie i jego marzeniom, że wychowa syna na tenisistę - następcę Ivana Lendla, Niestety – te ambitne plany szybko zniweczyła kontuzja barku. Chłopcu pozostało tylko sportowe imię i poczucie, że rozczarował tatę.

Poznaliśmy go w momencie, kiedy jego dotychczasowe życie zawaliło się. Rodzice zdecydowali się na rozwód, a tata wyprowadził się nie tylko z domu, ale także z Trójmiasta. W dodatku sytuacja materialna Ivana i jego mamy pogorszyła się radykalnie, co nie pozostało niezauważone przez jego kolegów.

Czasem czuł, ze tęskni za ojcem, ale najczęściej był na niego wściekły. I na wszystkich, którzy stawali mu na drodze. Okazuje się jednak, że wszystko w życiu jest po coś, a każdy koniec jest zarazem początkiem.

Gdyby tata Ivana nie wyprowadził się z domu, koledzy chłopca nie mieliby powodu, aby mu dokuczać i nie doszłoby między nimi do bójki. Gdyby nie doszło do bójki, Ivan nie trafiłby do schroniska dla psów i w jego życiu nie pojawiłaby się Czarna...

Gdyby tata Ivana nie wyprowadził się z domu, jego mama nie musiałaby przyjąć sublokatora i Ivan nie poznałby Marka, który jest członkiem Błękitnego Patrolu, a wtedy nie wiedziałby, co zrobić ze znalezioną na plaży foczką...

Gdyby...

Próbowałam zrobić listę ważnych tematów, które poruszane są w tej książce i okazało się, że jest ich, jak na jej niezbyt okazałe rozmiary, całkiem dużo. A więc: rozwód, przemoc szkolna, bezpańskie psy i schronisko, foki bałtyckie i fokarium na Helu (to chyba pierwsza polska książka, w której się one pojawiają !), morze i związane z nim niebezpieczeństwa, ale też marzenia o morskich podróżach i legendarny już jacht Zawisza Czarny, szwedzka pomoc dla Polski w trudnych powojennych latach i tajemnica zatonięcia statku Mount Vernon... Uff, to chyba wszystko ;-) Ale mimo to, że tych ważnych rzeczy jest tak wiele, autorce udało się uniknąć publicystyki i historię Ivana, Nikoli, Czarnej i Klifki czyta się z dużą przyjemnością.

 

Barbara Gawryluk „Czarna, Klifka i tajemnice z dna morza”, ilustr.: Magdalena Kozieł – Nowak, wyd.: Literatura, Łódź 2014

 

 

 

niedziela, 17 listopada 2013
Dwa domy

 

  

Kiedy zobaczyłam okładkę tej książki (jeszcze w zapowiedziach)  przestraszyłam się - naprawdę ! Obawiałam się, że ten rozdarty na dwoje dom na okładce może oznaczać rozwód rodziców Natalki, a zdążyłam już polubić całą jej rodzinę. Z drugiej strony wydawało mi się to nierealne, bo robili wrażenie dość stabilnego związku.

Ale na szczęście nie o to chodziło...

...  choć może sformułowanie na szczęście nie jest tu na miejscu. Rodzina Natalki musi stawić czoła innemu poważnemu problemowi – chorobie Dziadka, nieuleczalnej i postępującej. Dlatego właśnie rodzice zdecydowali się na powrót do Krakowa, co szczęśliwie zbiegło się z propozycją pracy w ich dawnym szpitalu.

I znów, jak przed rokiem, Natalka postawiona została przed faktem dokonanym – wtedy dowiedziała się, że wyjeżdżają do Szwecji, teraz – że wracają do Polski. Z jednej strony cieszy się, bo przecież tęskniła do swojej poprzedniej klasy, przyjaciółek i Ósemki, ale w Szwecji też ma już przyjaciół: Karinę, Maję, Matsa, radzi sobie z językiem i odnalazła swoje miejsce w Rabarbarze. Choć rozumie, że tak musi być, że są potrzebni Dziadkom w Krakowie, jednak jest jej ciężko...

Ten wątek wydaje mi się bardzo ważny. Zarówno rodzice Natalki jak i ona sama ani przez chwilę nie dopuszczają do siebie myśli, że mogliby zostawić Babcię samą z tym problemem w Polsce, wspierając ją na odległość wyłącznie finansowo, bo w Szwecji żyje im się wygodniej. Są takie momenty w życiu, kiedy rodzina powinna trzymać razem. Teraz, kiedy trendy jest raczej hedonistyczny egoizm, taki przykład odpowiedzialności ma ogromną wartość.

Dwa domy” to ostatni tom cyklu, którego początkiem było „Moje  Bullerbyn”. Cztery pozornie niepozorne książki, a znalazło się w nich miejsce dla tylu ważnych spraw !!! Problemy związane z przeprowadzką do innego kraju i powrotem na Ojczyzny łono nie dotyczą tylko naszej bohaterki. Elena wróciła ze Szwecji do Lwowa, a do klasy w Krakowie przybył nowy kolega - repatriant z Hiszpanii. Znajdziemy tam także: przyjaźń, pierwsze nieśmiałe zakochanie, tajemnicza historię z przeszłości, Kraków, Sztokholm, Lwów, Tatry, Wieliczkę, TOPR, psy,  granie w filmie, hip – hop... aż się w głowie mąci ;-)

Miałyśmy niestety z tym cyklem problem :-( Co prawda miedzy pierwszym a ostatnim tomem w życiu Natalki minął tylko rok, ale w realu trwało to trzy lata. Moja Julka, która na początku była tylko trochę starsza od niej, z zainteresowaniem przeczytała jedynie pierwsze dwie części. Potem już uznała, że są dla niej za dziecinne. Szkoda :-(

 

 

Barbara Gawryluk „Dwa domy”, wyd.: Akapit Press, Łódź 2013

 

 

poniedziałek, 29 października 2012
Baltic. Pies, który płynął na krze.

 

Może spotkacie kiedyś na spacerze nad morzem niewielkiego kundelka ?
Zapytacie wtedy z niedowierzaniem:

- To ten pies ?

A siwobrody marynarz uśmiechnie się i odpowie z dumą:

- Tak, to ten pies, To Baltic.

 

   baltic 

Tą historią żyła cała Polska.

Przez kilka zimowych dni 2010 roku we wszystkich telewizyjnych programach informacyjnych można było zobaczyć małego psiaka płynącego z prądem Wisły na krze. Nikt nie wiedział, jak się tam znalazł, ale w wielu nadwiślańskich miejscowościach podejmowano próby wyciągnięcia go na suchy ląd - bez skutku. Potem kra wpłynęła na wody Bałtyku i kiedy wszyscy kibicujący psiakowi stracili już nadzieję – stał się cud ! Zauważyli go marynarze ze statku naukowo – badawczego R/V Baltica, błyskawicznie zdecydowali o podjęciu akcji ratunkowej, spuścili szalupę i udało im się uratować pieska. W ostatniej chwili, bo już był bliski zamarznięcia i nie miał siły utrzymywać się na chybotliwej krze.

Baltic. Pies, który płynął na krze” to druga, po „Dżoku” historia niezwykłych losów psa opisana przez Barbarę Gawryluk i zilustrowana przez Iwonę Całą. Tym razem jest to jednak opowieść z happy endem :-) Baltic przeżył  niebezpieczna podróż, znalazł dom na statku „Baltic” i wspaniałego opiekuna w osobie pana Adama Buczyńskiego.

Baltic stał sie bohaterem nie tylko tej książki – za kilka tygodni w gdańskim teatrze „Miniatura” odbędzie się premiera przedstawienia opartego na jego historii. Ta wzruszająca i niesamowita historia o losach psa i jego wybawców jest kanwą opowieści o rodzącej się w najtrudniejszych  warunkach przyjaźni między psem a człowiekiem - mówi dyrektor Romuald Wicza-Pokojski. - Szukaliśmy takiej historii, która może być taką naszą "opowieścią wigilijną". Szukaliśmy pozytywnego bohatera. Baltic wydał się nam idealny. Chcemy, aby ta historia wzruszała i uwrażliwiała dzieci na krzywdę zwierząt, aachęcając je do niesienia pomocy, uczyła empatii i odpowiedzialności za słabszych od nas.

Bardzo jestem ciekawa sposobu, w jaki ta historia zostanie przełożona na język sceny, ale zapowiada się interesująco. Zazdroszczę mieszkańcom Trójmiasta i okolic, że będą się mogli o tym naocznie  przekonać.

 

P.S.
Dodać trzeba, że w tym samym teatrze można już obejrzeć spektakl „Tajemnica diamentów” oparty na pierwszej książce o Lassem i Mai, a na 8 listopada zapowiadana jest premiera „Tajemnicy kina” :-)))

 

 

Barbara Gawryluk „Baltic. Pies, który płynął na krze”, ilustr.: Iwona
Cała, wyd.: Literatura 2012

 

 

  

niedziela, 26 lutego 2012
Dziewczynka z fotografii

 

  

Tak się jakoś ostatnimi czasy porobiło, że wszystko co dobre, musi
mieć koniecznie ciąg dalszy...

Spędziłam niedawno dłuższą chwilę przed półką z literaturą młodzieżową w Empiku – książki pojedyncze, nie będące częścią żadnej serii, sagi, cyklu występowały tam w charakterze rzadkich rodzynków. Moja dwunastoletnia Julka w ciągu ostatnich kilku miesięcy przeczytała tylko jedną książkę nie będącą częścią większej całości i to wyłącznie dlatego, że „Sposób na Alcybiadesa” był jej lekturą szkolną. Następną była „Ania z Zielonego Wzgórza” ;-)

Jeśli jakiś film odniesie sukces, natychmiast kręci się jego sequel (a bywa że i prequel  ;-). Seriale mają swoje kolejne sezony i każdy z nich kończy się tak, żeby zostawić jego twórcom furtkę do realizacji następnego. W sklepach mamy nie tylko serie kosmetyków, ale też zabawek czy sosów do potraw. Nawet reklamy są już najczęściej serialami...

Wśród książek na jednym biegunie tego zjawiska mamy rozpisane na kilka tomów historie, które jednakowoż konsekwentnie od początku zmierzają do definitywnego końca (np. "Atramentową trylogię"), a na drugim – cykle oddzielnych historii powiązanych ze sobą wyłącznie osobą głównego  bohatera (bohaterów), gdzie kolejność czytania nie ma najmniejszego znaczenia (np. cykl o Lassem i Mai, który, jak pokazują ostatnie komentarze pod moim wpisem, okazuje się być szalenie kontrowersyjny).

Gdzieś pośrodku plasują się serie opowieści typu neverending story ;-) ,
w których kolejny tom  jest kontynuacją poprzedniego i odwołuje się do wydarzeń tam opisanych, a więc należy je czytać w odpowiedniej kolejności.  A kiedy się już przeczyta, należy czekać na kolejny. Do tej kategorii należy cykl rozpoczęty książką „Moje Bullerbyn”.

Potem były „Kolczyki Selmy”

   

 

a niedawno ukazała się kolejna (i z całą pewnością nie ostatnia;-) część - „Dziewczynka z fotografii”.  

 

Te trzy niepozorne książeczki obejmują trochę ponad rok z życia
Natalki, która wraz z rodzicami i dwójką młodszych braci przeprowadziła się z Krakowa do niewielkiego szwedzkiego miasteczka.
Tylko rok, a tyle się w tym czasie wydarzyło... Nowy dom, nowy język, nowa szkoła, nowi znajomi z różnych stron świata, nowa grupa taneczna, ale także odwiedziny u Dziadków w Krakowie i przyjazd do Szwecji jej krakowskich przyjaciółek... Jeżdżąca na wózku Karina i jej powrót do sprawności... I wreszcie - znajomość z Selmą – samotną staruszką, która kiedyś była światowej sławy tancerką, jej śmierć i niespodziewany spadek po niej, a w ostatniej części – wyprawa do Lwowa, w którym Selma spędziła dzieciństwo i młodość.

Czytając "Dziewczynkę z fotografii”  uświadomiłam sobie, że jest to
wśród książek dla dzieci i młodzieży pierwsza, w której pojawia się problem dawnych Kresów Rzeczpospolitej – współcześnie. To trudny temat, ale
Barbara Gawryluk jak zawsze zdołała znaleźć właściwy ton, aby pisać o tym  w sposób odpowiedni dla wczesnych nastolatków.

Pokazała współczesny Lwów jako miasto ukraińskie, w którym Natalka i Karina odwiedzają swoją serdeczną przyjaciółkę Elenę, poznaną w Szwecji i serdecznie kibicują w jej meczu piłki ręcznej. Nie zapomina jednak o tym, że  przed wojną Lwów był trzecim miastem Rzeczpospolitej i że nadal mieszkają tam Polacy, a na Cmentarzu Łyczakowskim są groby wielu sławnych polskich artystów, profesorów i znanych osobistości. Może ta książka będzie dobrym wstępem do zainteresowania się tą częścią naszej historii ?

A kiedy już ją przeczytacie, to...

...zaczniecie czekać na kolejny tom tej serii  ;-)  

 

Barbara Gawryluk „Dziewczynka z fotografii”, wyd.: Akapit Press, Łódź
2012

Barbara Gawryluk „Kolczyki Selmy”, wyd.: Akapit Press, Łódź 2011



 

poniedziałek, 02 stycznia 2012
Mali bohaterowie

 

Kiedy pierwszy raz usłyszałam o tej książce, miałam sporo obaw. Od razu przypomniały mi się rozmaite łzawe artykuły, jakie czytałam np. o małym Brajanie, który wezwał Straż Pożarną, ale sam zginął w pożarze. Rozwiały się one jednak, gdy zobaczyłam nazwisko autorki – Barbara Gawryluk nie należy do osób, które skłonna bym była podejrzewać o to, że wpadną w poetykę tabloidu.

Książka dedykowana jest Januszowi Bobakowi,chłopcu z Białego Dunajca, który w 2008 roku uratował dwie młodsze siostry z pożaru, a ratując najmłodszą, zginął razem z nią w płomieniach, ale wszystkie opisane w niej historie skończyły się dobrze.

Barbara Gawryluk (co nie dziwi specjalnie znając inne książki tej autorki ;-) zdołała ustrzec się z jednej strony czułostkowości, a z drugiej – tonu nadmiernej sensacji. Nie ujawniła nazwisk dzieci, ani miejscowości, w których mieszkają. Nie ma tam też ich zdjęć – jedynie szkicowe, reporterskie ilustracje Joanny Olech.

Sam autorka tak mówi w wywiadzie "Wielkie czyny małych ludzi", którego udzieliła „Wysokim Obcasom”: Książka ma uczyć dzieci, jak radzić sobie w trudnych sytuacjach, kiedy inna osoba nagle potrzebuje pomocy. Ona nie powinna przerażać ! I jeszcze: na spotkaniach z dziećmi, kiedy przychodzę do nich do szkół, zawsze mówię: jeśli dzieje się coś złego drugiemu człowiekowi, pomóżcie mu, ale nie narażajcie się, od tego są inni – dorośli. (...) Moja książka nie jest adresowana do małych dzieci, ale do tych z klasy drugiej, trzeciej, czwartej (oczywiście podstawówki). One są mądre, one potrafią odróżnić głupie ryzyko od konieczności.

Wydarzenia tam opisane, mogą zdarzyć się każdemu i w każdej chwili. Mali bohaterowie z tej książki to zwykłe dzieci, których bohaterstwo w większości przypadków polegało wyłącznie na zachowaniu zimnej krwi, wykręceniu numeru 112 i wezwaniu pomocy. Tak niewiele i tak wiele. Ilu z dorosłych w sytuacji pożaru czy widząc nieprzytomnych ludzi traci głowę i nie stać ich nawet na tyle ?

Barbara Gawryluk „Mali bohaterowie”, ilustr.: Joanna Olech, wyd.: Skrzat, Kraków 2011

czwartek, 11 listopada 2010
Moje Bullerbyn

  

Ta książka to balsam na moje skandynawskie skrzywienie, cierpiące ostatnio z braku pożywki literackiej :-)))

Lektura „Południowej łąki” doprowadziła mnie na skraj depresji. Skandynawskie kryminały (z "Millenium" na czele), których sporą dawkę zaaplikowałam sobie ostatnio, zainspirowały natomiast do rozważań, czy w Szwecji mieszkają wyłącznie dewianci seksualni. Dzięki „Mojemu Bullerbyn” wiem, że jednak tak nie jest. Ufffff, co za ulga  ;-)

Zrobili to ! Nie mogłam uwierzyć, że to zrobili ! Jeszcze niedawno wydawało mi się to niemożliwe. (...)

W środku wakacji dowiedziałam się, ze nie wrócę już do nowej szkoły. Że nowy rok szkolny zacznę w nowej szkole, w nowym mieście i... w nowym kraju !

Natalka ma 9 lat, dwóch młodszych braci – bliźniaków i rodziców, którzy są lekarzami. Odział szpitalny, na którym pracowali, ma zostać zlikwidowany, a oni zdecydowali się wyjechać na dwa lata do Szwecji. Z dziećmi oczywiście, choć Natalka wolałaby zostać z babcią i dziadkiem w Krakowie, w swojej szkole i na swoich zajęciach tanecznych ...

W nowej, szwedzkiej szkole dziewczynka spotyka dzieci z Ukrainy, Australii, Boliwii i... Polski. Jej krakowski kolega wrócił niedawno z Irlandii, a drugi – wyjechał z mamą do Londynu. Takich dzieci jest i będzie coraz więcej, bo coraz więcej ludzi decyduje się na życie za granicą, czasem z konieczności, a czasem z wyboru.

Moje Bullerbyn” to książka polsko (czy też dokładniej: krakowsko) – szwedzka i... trochę lwowska. Jak to jest możliwe i co wyszło z takiej mieszanki ? Wyszła po prostu świetna książka. I mimo że nie sprawdziłam jej jeszcze na żywym materiale, czyli na Julce, nie mogłam się powstrzymać, żeby się nie podzielić z Wami radością z jej odkrycia :-)

Barbara Gawryluk jest pisarką, dziennikarką i skandynawistką. Napisała m.in. „Dżoka”,  „W zielonej dolinie”, cykl o Gwizdku (który nota bene powiększył się o dwie kolejne pozycje, więc są już książki o każdej porze roku w Tatrach). Tłumaczy ze szwedzkiego książki dla wydawnictwa „Zakamarki” - cykl o Lassem i Mai  oraz o chłopcu imieniem Tsatsiki. Prowadzi w Radiu Kraków niedzielny „Alfabet” i jest to (poprawcie mnie jeśli się mylę !) bodaj jedyna cykliczna audycja radiowa poświęcona literaturze dziecięcej.

W „Moim Bullerbyn” też nie zapomina o literaturze szwedzkiej, a jeden z rozdziałów w całości poświęcony jest wizycie rodziny Majewskich w Junibacken w Sztokholmie. Teraz jeszcze bardziej chciałabym tam pojechać !

Chociaż miejscowość, w której zamieszkała rodzina Natalki oczywiście nie nazywa się Bullerbyn, jest w tej książce coś z tamtej atmosfery. Wszyscy są dobrzy i sympatyczni (nawet jeśli z początku robią inne wrażenie), problemy (jeśli się pojawiają) dają się rozwiązać i oczywiście wszystko zawsze dobrze się kończy.

Kiedy tu przyjechałam, wszystko było źle. I tak bardzo tęskniłam za moimi przyjaciółkami, za babcią i dziadkiem, za tańcem, za Krakowem, za moim pokojem, nawet za szkołą. I dalej tęsknię. Ale minęło kilka miesięcy i nie wyobrażam sobie, co by było, gdybym nie poznała ciebie, Matsa czy Selmy. W szkole dalej jest ciężko, ale w Rabarbarze – super. (...) „Będzie dobrze, Natalko” - tak mi wszyscy mówili. I chyba już jest dobrze !


Barbara Gawryluk „Moje Bullerbyn”, wyd.: Akapit Press, Łódź 2010

czwartek, 05 marca 2009
Gwizdek

Gwizdek nie chce spać

  

Gwizdek i śniegowa kula

  

Gwizdek jest... No właśnie – ciekawa jestem, ile dzieci jest w stanie rozpoznać na obrazku, kim jest Gwizdek ?

Nie jest on ani pingwinem, ani surykatką, ani guźcem, ani wombatem, ani żadnym innym dobrze znanym polskim dzieciom zwierzakiem ;-) Pewnie znajdą takie, którym skojarzy się on z maskotkami świszczącymi, kiedy się wchodzi do sklepu (niekoniecznie z Zakopanem) i to będzie dobra odpowiedź. Gwizdek, proszę państwa, jest świstakiem.

Konkretnie - tatrzańskim świstakiem, a cyklowi książek o nim patronuje Tatrzański Park Narodowy. Cykl adresowany jest do dzieci w wieku przedszkolnym i ma się składać z czterech części. Na razie ukazały się dwie, które można określić jako jesienną i zimową.

Gwizdek nie chce spać” to część jesienna, a jej tytuł doskonale streszcza zawartość ;-) Gwizdek, jak każde szanujące się dziecko, nie chce położyć się spać wtedy, kiedy nakazują mu to rodzice. Szczególnie, ze czeka go dłuuuuuugie spanie, a dookoła dzieje się tyle ciekawych rzeczy. Okazuje się jednak, że nie tylko świstaki przygotowują się do snu...

Gwizdek i śniegowa kula”, jak się nietrudno domyślić, jest książką zimową. Gwizdek budzi się w środku zimy, wyłazi z norki i zaczyna na własną rękę eksplorować zimowy świat.

W obu tych książeczkach, obok świstaczej rodziny pojawiają się inne elementy przyrody tatrzańskiej – kozice, owce z owczarkiem, narciarze... A wszystko to pięknie zobrazowała  Małgorzata Flis .

Jesień już dawno za nami, zima pomału też się ma ku końcowi. Na forsycji w moim ogrodzie pojawiły się nieśmiałe pączki, a ja nieśmiało pytam: kiedy możemy liczyć na kolejną, wiosenną książkę o Gwizdku ?



Barbara Gawryluk „Gwizdek nie chce spać”, ilustr.: Małgorzata Flis, wyd.: Literatura, Łódź 2008

Barbara Gawryluk „Gwizdek i śniegowa kula”, ilustr.: Małgorzata Flis, wyd.: Literatura, Łódź 2008

piątek, 13 lipca 2007
DŻOK legenda o psiej wierności.

  

  

Kiedy zobaczyłam okładkę tej książki, od razu przypomniałam sobie weekend, który spędziłyśmy z Zosią w Krakowie przed dwoma laty. Pojechałyśmy tylko we dwie - to miał być czas tylko dla niej, spędzony tak, jak chciała. Odpuściłam więc sobie cały program turystyczny, szczególnie że najważniejsze zabytki zaliczyłyśmy przy okazji poprzedniej bytności w Krakowie. Wtedy, we trzy z Anią wędrowałyśmy śladami babci Brygidy z książki Doroty Terakowskiej'

Tym razem nasz plan składał się z trzech punktów:

* spotkanie z pewną moją internetową znajomą, równie jak ja zakręconą na punkcie książek;

* jazda na rolkach nad Wisłą, bo poprzednim razem bardzo żałowałyśmy, że tyle tam pięknych asfaltowych dróżek, a my niestety na piechotę :-( ;

* karmienie gołębi na Rynku czyli ulubione krakowskie zajęcie mojej córki.

Wszystko udało się nadzwyczajnie – Zosia spędziła niezapomniane popołudnie z Sarą, córką Bei, a ja z jej rodzicami (pozdrawiamy wszystkich !!! :-). Następnego dnia gołębie omal nie pękły z przejedzenia. Moja córka była niezmordowana - i w karmieniu tych żarłoków, i w wyciąganiu ode mnie pieniędzy na kolejne porcje ziarna. Rolkowanie z widokiem na Wawel w piękne niedzielne przedpołudnie też było fantastycznym przeżyciem, a przy okazji, zupełnie nieoczekiwanie natknęłyśmy się na ten oto pomnik.

  

Przypomniałam sobie (przypadkiem zobaczoną kiedyś w telewizji) informację o jego odsłonięciu. Niewiele mogłam jednak powiedzieć Zosi o tym piesku – tylko to, że niezmordowanie czekał na swojego zmarłego nagle pana w miejscu, z którego zabrała go karetka pogotowia. Dzięki książce Barbary Gawryluk, urokliwie zilustrowanej przez Iwonę Całą, wiemy już dużo więcej.

Kraków jest miastem obfitującym w legendy, a ta narodziła się niemal na naszych oczach. Dżok czekał przy rondzie na powrót swojego pana blisko rok i chyba nie było wtedy w tym mieście osoby, która by o nim nie słyszała. Nie dawał się złapać i odwieźć do schroniska, nie chciał stamtąd odejść z nikim. Zaufał dopiero starszej pani, która go przez ten czas dokarmiała i która zadbała dla niego o schronienie przed mrozem. Kiedy stracił juz widać nadzieję na powrót pana Nikodema, uznał ją za swoją nową panią.

Dżok” to książka niewesoła. Poszyta jest ( jakże przecież typową dla Krakowa ) melancholią, ale znajdziemy w niej też dużo ciepła. Nieszczęścia, które spadały na Dżoka, zostają niedopowiedziane, bo patrzymy na nie niejako z jego punktu widzenia. Za to ludzie, których piesek spotkał na swojej drodze są bez wyjątku dobrzy i życzliwi.

Historia Dżoka, jak to w legendach bywa, nie ma ani początku, ani końca. Nie wiemy, co przeżył, zanim trafił do schroniska, skąd zabrał go pan Nikodem. Nie wiemy też, gdzie podziewał się po tym, jak uciekł na widok karetki, która znów miała zabrać bliską mu osobę. Przybył nie wiadomo skąd i odszedł nie wiadomo dokąd, ale pozostanie na zawsze symbolem wiernej miłości, jaką psy potrafią obdarzyć ludzi w zamian za okazane im serce.

A Julka pozazdrościła Zosi tego, że widziała pomnik Dżoka na własne oczy i dopytuje się, kiedy pojedziemy do Krakowa ;-)))


Barbara Gawryluk „DŻOK legenda o psiej wierności”, ilustr.: Iwona Cała, wyd.: Literatura, Łódź 2007

środa, 07 czerwca 2006
W zielonej dolinie

 

  

W zielonej dolinie u podnóża zielonych gór leży mała wioska. W tej wiosce razem z rodzicami i rodzeństwem mieszka Malwinka. Właśnie skończyła pierwszą klasę. Nie wyjeżdża na wakacje, ale wcale tego nie żałuje - wakacje w Górkach są wspaniałe. Jej rodzice prowadzą gospodarstwo agroturystyczne i latem gromadka dzieci z Górek (oprócz Malwinki, Asi i Kajtka mieszkają tam jeszcze: Dorotka, Celina, Kuba i Antek) powiększa się o „miastowych” gości. Wszyscy razem – miejscowi i przyjezdni świetnie się bawią: chodzą na wycieczki, zbierają jagody, podglądają sarny i bociany. W tym roku chłopcy pomagają też harcerzom z pobliskiego obozu w uporządkowaniu zapomnianego cmentarzyka wojennego.

Zaletą tej książki jest to, że w sposób naturalny, niejako mimochodem, porusza tematy rzadko występujące w literaturze dziecięcej. Mama Malwinki pochodzi z rodziny łemkowskiej od pokoleń zamieszkałej w Górkach. Poznajemy specjały kuchni łemkowskiej – kisełycię i hałuszky, mamy też próbkę ich języka w piosence o tarninie.

Na wakacje przyjeżdża do Górek Zosia - dziewczynka z porażeniem mózgowym. Malwinka podziwia ją, bo świetnie pływa i mistrzowsko porusza się na wózku. Oprócz tego, że na nim jeździ, nie różni się niczym od pełnosprawnych rówieśników i jest świetnym kompanem.

W zielonej dolinie” ma w sobie coś z klimatu Bullerbyn. Mieszkańcy Górek (i duzi, i mali) dobrze się czuja tam, gdzie mieszkają - nie ciągnie ich w wielki świat, nie mają kompleksów wobec przyjezdnych z miasta. Na tym jednak kończą się podobieństwa. Bullerbyn to biedna wieś, której mieszkańcy ciężko pracują i dzieci też muszą w tej pracy pomagać. Górki są wsią nowoczesną, ich mieszkańcy żyją właściwie tak samo jak w mieście, z tą tylko różnicą, że... na wsi. Dzieci nie muszą pasać krów czy pielić grządek, mają całe wakacje dla siebie. Zakładają nawet stronę internetową Górek, dzięki której wszyscy mogą się dowiedzieć jak jest u nich pięknie i ciekawie. Zwierzęta są w gospodarstwie po to, żeby turyści mieli co głaskać ;-))), a kury hoduje tylko babcia Malwinki „bo ma małe wnuki”. Gdyby nie to, jajka kupowałoby się w sklepie.

Jeśli szukacie książki, z której wasze dzieci dowiedziałyby sie czegoś o letnich pracach na wsi (sianokosy, żniwa itp), to pomyliliście adres. Gdybyście natomiast chcieli przeczytać fajną książkę o beztroskich wakacjach sympatycznych dzieci, to „W zielonej dolinie” jest jak najbardziej na miejscu.


Barbara Gawryluk „W zielonej dolinie”, ilustr.: Joanna Zanger – Kolat, wyd.: Literatura, Łódź 2005


Tagi
Mały Pokój z Książkami

Wypromuj również swoją stronę